Władca Pierścieni
"FC 04 będzie tylko o Tolku, więc podsyłajcie jakieś teksty"- w tym krótkim zdaniu streścić można istotę mailów, jakie Ted wysyłał ostatnio do wszystkich wybrańców losu, którzy mieli kiedykolwiek okazję pisać do AMF lub FC. Pomijając już fakt, że za tego "Tolka" winien nasz naczelny stanąć przed plutonem egzekujcyjnym, to idea zła przecież nie jest. Aby zatem przyłączyć się do tych, którzy oddadzą Tolkienowi hołd we wrześniu czy w październiku, postanowiłem napisać ten tekst. Co prawda, wobec potęgi(pisarskiej) pana Johna jestem maluczkim profanem, ale i tak po obiedzie wrócę do klawiatury. Przynajmniej będę miał zajęcie. A teraz poczekajcie chwilkę, muszę się posilić.
Już jestem. I nie bardzo wiem, jak wziąć się do pracy. Po pierwsze, czemu piszę recenzję "Władcy Pierścieni"? Przecież wszyscy tą książkę znają .Wielu na pamięć. Głównie dlatego, że nie miałem innego pomysłu, a jest to zagadnienie tak oczywiste w kontekście tematyki FC 04, że pewnie nikt go nie poruszy. Po drugie, jak już napisałem, chciałem oddać hołd i wyrazić swoje uwielbienie dla tej książki. Bo to prawda, że każdy egzemplarz jest o tym samym, ale też każdy człowiek inaczej wszystko odbiera. A teraz do dzieła...
Nie ma sensu wspominać tu o fabule czy bohaterach, bo przecież każdy z was, zacni czytelnicy, doskonale to wszystko pamięta- i wszyscy dobrze o tym wiemy. Za to od razu powiem wam, jaką według mnie "Władca Pierścieni" winien dostać ocenę. W skali procentowej (chyba najdokładniejszej) byłoby to 90. I, co ciekawe, trudno mi właściwie powiedzieć za co. Bo na pierwszy rzut oka nie ma tu ani wyrazistych postaci*, ani nadzwyczajnej fabuły. Co prawda są świetne opisy i NADZWYCZAJNY styl, ale zazwyczaj te dwa pierwsze, dla mnie oczywiście, są jednak ważniejsze. Co więc decyduje? Po pierwsze, mestria z jaką, Tolkien oddaje atmosferę opisywanych przez siebie miejsc. Gdy czytamy "Władcę" czujemy, jak wielka i głęboka jest Moria, jak stary i rozległy jest Fargon, jak majestatyczne są posągi Dawnych Królów i Minas Tirith. A niewielu autorów ma ten dar.
Co ciekawe, jest to bodaj jedyna książka Tolkiena, posiadająca te przymioty. Hobbit poniekąd też, ale w mniejszym stopniu- to pewnie przez to, że kiedy autor opisywał przygody Bilba sam jeszcze odnosił się z pewnym dystansem do tworzących się w jego głowie wizjii, bał się zatracić we właściwej "Władcy", patetycznej formie. Musiał się z tym oswoić, nie miał może odwagi od razu iść na całość, bo bał się, że czytelnicy nie przyjmą efektu entuzjastycznie. Co prawda, "Hobbit" od samego początku miał być podobno formą bajki, a więc powieścią przeznaczoną dla dzieci. Logicznym jest, że te nie zaakceptowałyby czytadła w takiej postaci jak "Władca Pierścieni". Ciekawi mnie, w jakim stopniu było to podyktowane świadomym przejściem na lżejszą atmosferę, a w jakim właśnie brakiem pewności co do reakcji odbiorców.
Ale napisałem gdzieś wyżej, że chciałbym w tym tekście wyrazić swoje uwielbienie dla "Władcy Pierścieni".Być może czytając ostatnie akapity odnieśliście wrażenie, że mój stosunek do tej książki jest najwyżej neutralny, a miast krzyczeć głośno pochwały, ja wolę w chłodny sposób analizować i wysnuawć spiskowe teorie. Nie jest tak. Po prostu, przed otwarciem beczki z miodem trochę poględziłem. Ale teraz już przestaję i przechodzę do rzeczy. Według mnie najsilniejszym atutem WP jest wszechobecna, wciągająca i absorbująca magia. Baśniowy klimat spada na nas w cudowny sposób już po przeczytaniu kilku zdań, bez względu na to czy jest to początek, środek, czy koniec książki. To zasługa wspomninego już przeze mnie, wspaniałego, tolkienowskiego stylu. Panu Johnowi potrafię bez żadnych dywagacji uwierzyć we wszystko, co chce mi przedstawić- np. zbyt wyraźny podział na Dobro i Zło, naiwność postaci i podejmowanych przez nie decyzji. Ta książka maksymalnie wciąga, a chyba właśnie fakt że po kilku chwilach pozwala, ba, nakazuje wczuć się we własny klimat, świadczy o jej wspaniałości. No i natura tego klimatu też swoje robi.
Myślę, że "Władca Pierścieni" to książka, którą po prostu trzeba poczuć. Nie zauroczy każdego- choć większość pewnie po nią sięgnie, zważając na popularność jej samej i filmu. Jedni będą potrafili uwierzyć w to, że niziołek ze swym wiernym przyjacielem mogą przejść przez Mordor i zniszczyć Pierścień w Orduinie i łza zakręci się im w oku, gdy okaże się, że Hobbitowo jest zniszczone. Inni powiedzą, że to tylko śmieszna, prosta i oklepana opowiastka o śmiałkach, co to ratują śmieszny, prosty i oklepany świat.Do których należysz? Zapewne już wiesz, bo nie wierzę, żeby czytał ten tekst ktokolwiek, kto jeszcze z WP się nie zaznajomił.
Cava
PS.Wiecie co?Pieprzyłem przez blisko 5 kb, ale powiem wam jedno: TA KSIĄŻKA JEST ZAJEBISTA!*Nie zrozumcie mnie źle. Taki na przykład Aragorn jest w pewien sposób wyrazisty- jako rycerz, potężny człowiek, wierny przyjaciel hobbitów i wreszcie jako król. Ale jego osobowość to jałowe pole- w przeciwieństwie do np. Kinga czy Sapkowskiego Tolkienowi nie udało się zbudować bohaterów których odbiera się jak żywe osoby- chociaż wszyscy oni wzbudzają w czytelniku jakieś emocje(chociaż to już raczej zasługa okoliczności, czyli fabuły, czyli innego aspektu książki).