» AM Fantastyka: wydanie #17

JK Rowling - Harry Potter i Książę Półkrwi

PÓŁ KRWI, PÓŁ WODY
czyli Odchudzony Pojjeb

Co by nie mówić o serii autorstwa pani Rowling, każdy kolejny tom do tej pory był zdecydowanie lepszy od poprzedniego. Część czwarta, choć dość niedopracowana, miała tabun charyzmatycznych postaci drugoplanowych (w kinowej adaptacji przerobiony na tabun śmiesznych harcerzy, ale po co o tym wspominać) i kilka ciekawych zwrotów akcji, za to "Zakon Feniksa" oprócz wspaniałej dynamiki i intensywności zdarzeń zaprezentował kilka scen zapierających dech w piersiach - wizytę w szpitalu psychiatrycznym, śmierć Syriusza, lecz przede wszystkim Departament Tajemnic, w którym Rowling popisowo zmierzyła się z abstrakcyjnymi tematami, jak uniwersum, śmierć, miłość czy ludzki umysł i powalająca rozmowa Harrego z Luną o bliskich im zmarłych.

Nic dziwnego, że "Księcia Półkrwi" z założenia musiałem mieć w dniu premiery. Spodziewałem się czegoś co najmniej dorównującego tomowi piątemu, licząc na niespodzianki. I faktycznie, część szósta jest znacząco odmiennna od poprzednich. Na początek rzuca się w oczy zarzucenie absolutnie subiektywnej narracji. Do tej pory cały czas siedzieliśmy w głowie Harrego (którą to rzetelność u Rowling podziwiałem), tym razem zaś od drugiego rozdziału wiemy coś bardzo ważnego, o czym nie wie chłopak, a nawet Dumbledore. Uznałem to za zabieg niepotrzebny, aż do zakończenia, które kazało mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, bo...
No właśnie - zakończenie. Czytając książkę układałem w głowie różne uwagi na jej temat, i wyliczałem zarzuty: chaotyczna narracja, zdawkowy, zbyt pośpieszny tok zdarzeń, rutyniarskie wątki romansowe, brak chwil oddechu i refleksji, momentów prawdziwych emocji... ponadto cały Książę Półkrwi nie odgrywał tak dużej roli i nie martwiłem się wcale, kim on/ona może być, a potencjał związany z nowym nauczycielem obrony przed czarną magią nie wydawał się wykorzystany (nie wiedzieć czemu lubię sceny znęcania się psychicznego nad Harrym). I tak było przez sześćset stron - stron ciekawej intrygi i wartkiej akcji, ale stron niepowalających. "Książę Półkrwi" ma jednak stron siedemset i w końcu nadeszło - finał tak popisowy, rzucający nowe światło na wszystko, tak mieniący się zaskoczeniem, uczuciami i znaczeniami, że mogłem tylko upaść i bić pokłony. Problem jest jeden - skoro jest on totalnym szokiem (jednocześnie urzekając swą przewidywalnością... brzmi bez sensu ale tak właśnie jest!), to nie wypada go zdradzać w recenzji, a to przecież klucz do interpretacji, prowadzący do największych zalet tomu. Zresztą efekt zaskoczenia niszczą już przypisy tłumacza z tyłu książki, które zachciałem przeczytać na początek.

Mimo recenzentożernej kompozycji "Księcia Półkrwi", opiszę to i owo. Pierwsze co widać, to ilość stron - jak dla mnie jest ich po prostu za mało, powieść ma strukturę niemal streszczeniową - dzieje się to, potem tamto, ale nie ma w tym dystansu, nieraz stwierdzałem "kurcze, Harry mógłby trochę nad tym pomyśleć". Najciekawsze motywy wskakują na kilka stron, by wrócić dopiero pod koniec, inne są bardzo skrótowe i nie ruszają czytelnika, choć nie brak i takich naprawdę wciągających ("co się panu stało z dłonią?"). Rozumiem, że Rowling skracając ten tom ugięła się pod naciskiem wydawcy, bo "Zakonem Feniksa" pokazała, iż wie jak zaangażować czytającego emocjonalnie. Tutaj mamy tylko budowanie jednej, kluczowej więzi - tej z Dumbledore'em. Jest on na okładce i jest go więcej w książce, z czegom rad niezmiernie. Jego dialogi są tak bystre, zaskakujące i dowcipne jak nic do tej pory. Z jednej strony widzimy jego unikalną więź z Potterem (motyw zmałpowany osatnio przez serial "Zagubieni" - vide Locke przyswajający dziecko do życia w dżungli), z drugiej - jego konfrontację z Voldemortem. Dwaj wrogowie okazują się swoim całkowitym przeciwieństwem, przede wszystkim jako ciało i duch, życie i śmierć. Tom Riddle przede wszystkim boi się zgonu, boi się tak obsesyjnie że zrobi wszystko by ciągle trwać, tymczasem Trzmiel uważa, że "dla właściwie zorganizowanego umysłu śmierć jest tylko początkiem nowej wielkiej przygody" (co jest opatrzone przez Rona przejmującym komentarzem - "zawsze mówiłem, że on jest trochę stuknięty"). Cóż, jest to przesłanie bardzo religijne, a więc trudne do omawiania. Ja pogodziłem się z tym, że seria jest bardzo sentymentalna, i w pewnym sensie jednak magiczna, bo nie lekceważy tematu śmierci, ale wyraża mocną wiarę w to, co logicznie niemożliwe. Nie jest jednak naiwna i na przykładzie Dumbledore'a pokazuje, jak nasz świat odpowiada na mądrość, dobroć i wiarę w człowieka. Magią można tutaj pokroić sałatę albo zabić człowieka, ale nie rozwiązuje ona znanych w prawdziwym świecie problemów. To zabójcze połączenie realizmu z romantyzmem jest dla mnie jedną z największych zalet całej serii.

Przez całą książkę Rowling próbuje oddać dojrzalszy wiek Harrego, co nie do końca wychodzi - niezbyt pasują mi tutaj kopanie z buta w twarz, pyskowanie do nauczycieli, wszechobecne podsłuchiwanie, pospolite słownictwo i gesty, erotyczne obsesje... tak, tak! Wiele miejsca - przyznam szczerze - zmarnowano na mało udane opisy romansów. Nie odkrywają one nic nowego, dotykają problemów czysto młodzieżowych, co jest krokiem wstecz ("Zakon Feniksa" był raczej o dylematach dorosłych, jak biurkokracja czy korupcja). Już bardziej podobały mi się nieśmiałe początki z Cho w części piątej. W "Księciu Półkrwi" Harry staje się nie tylko bystry i sławny, ale i przystojny, co bardzo utrudniło mi identyfikację z bohaterem (fryzurą, a i życiorysem bliżej mi do Snape'a). Niby Potter ma jakieś tam wątpliwości i fascynacje, ale zwłaszcza zakończenie wątku miłosnego jest żałośnie banalne jak na tę serię. Szkoda, bo przeciwstawienie rozkwitającego uczucia wydarzeniom tragicznym (wspominałem już, że zakończenie wbija się w mózg niczym miliontonowy topór?) to pomysł o wielkim potencjale. Myślę, że gdyby Rowling posiedziała nad książką jeszcze z rok, to "Książę Półkrwi" byłby prawdziwym arcydziełem. Najbardziej niedopracowany wydaje mi się wątek Dracona Malfoya - zarys jest ciekawy (ukazany jest z bardziej ludzkiej perspektywy, nawet płaczący), ale nadal brakuje mu psychologicznej głębi, którą można było ujawnić choćby podczas jakiejś rozmowy z Harrym.

Pisałem o kroku wstecz - misa na okładce nieprzypadkowo przypomina myślodsiewnię, bo wspominki są tutaj bardzo ważne. Harry, a wraz z nim czytelnik, uczy się rozumieć tyranię, poznaje ją już w zalążku i obseruwje jej rozwój, wnikając do "ciemnych pokoi" skuteczniej niż Harold Pinter. Analiza przeszłości miesza się z rozwojem akcji całkiem płynnie, lecz znów - zabrakło miejsca do pełnej satysfakcji. Tom szósty jest też spokojniejszy pod innym względem - Harry przestał już bowiem być buntownikiem. Jako szesnastolatek jest grzeczniejszy niż pięć lat temu, kiedy jego włosy naturalnie nie dawały się uczesać i chodził w zdartych dżinsach. Teraz bohater trochę popyskuje do nauczycieli i ministra, ale te postaci nie budzą sympatii, więc ich nie żal. Wygląda na to, że po kulminacyjnej w "Zakonie Feniksa" konfrontacji młodzieńczej buty Harrego i starczego spokoju Dumbledore'a chłopak dał się obłaskawić. Teraz i młody, i stary popełniają błędy. Nadal widać, że profesor trzyma nad wszystkim pieczę, a Harry przypadkowo stał się kluczową postacią, wrzuconą w oko cyklonu w wieku 12 miesięcy, wcale nie wybitną i to że jeszcze żyje zawdzięcza temu, że jest potrzebny i "dobrym", i "złym". W przedostatniej części serii Potter przestaje być zagubiony i znajduje swój życiowy cel - wolumen siódmy będzie pewnie o tego celu realizacji.

"Książę Półkrwi" jest nierówny i niedopracowany, ale i tak wspaniały. Przez większość czytania lekko frustruje, angażując jednak czytelnika, by w końcu całe to zaangażowanie wykorzystać dla wielkiego dramatycznego efektu. Po lekturze Dumbledore'a nie tylko podziwiam, ale też zastanawiam się nad jego postępowaniem i jakbym nie patrzał - Rowling wcisnęła w tą postać tak wiele moralnego realizmu, że rozumiem oskarżenia Kościoła o jej próby podważania Biblii. Tyle że druga najbogatsza brytyjka z Testamentami się nie kłóci, raczej wykorzystuje je do przedstawienia własnej opowieści - co jest kolejną cechą łączącą ją z Dostojewskim. Bo tak jak "Zakon Feniksa", "Księcia Półkrwi" bez strachu stawiam obok "Zbrodni i Kary" wśród najważniejszych wykładów moralnych literatury współczesnej. A to wszak cholernie wiele.

J. K. Rowling: "Harry Potter i Książę Półkrwi", Media Rodzina, 39 PLN (miękka) / 49 PLN (twarda)

oqqozo