» AM Fantastyka: wydanie #17

Krzat spotyka się z Łazikiem...

...czyli o tłumaczeniu "Władcy" słów kilka.

Wiecie, czytałem sobie ostatnio 45 nr. Action Maga(kumpel pożyczył płytkę na drugi dzień po tym, jak kupiłem CD-A, a oddał w marcu 2005 ;-) i nagle, bez pukania, wpadł mi do głowy pewien pomysł- dlaczegóż by nie napisać kilku zdań na temat polskiego wydania wspaniałej książki Tolkiena?Temat jest chyba dość kontrowersyjny, prawda? Chociaż, z drugiej strony, czyż za kontrowersyjną można uznać sytuację, w której niemal wszyscy bluzgają na jedną stronę? Ale po kolei...

Mamy oto dwa tłumaczenia*. Pierwsze, pani Skibniewskiej, uważane przez większość ludzi za jedyną i właściwą ścieżkę, jaką winien kroczyć czytelnik chcący zaznajomić się ze Śródziemiem.Autorem drugiego przekładu jest pan Jerzy Łoziński-człek raczej za swoją pracę potępiany.Dlaczego? Otóż pofolgował on swojej wyobraźni, zmieniając imiona, określenia, nazwy miejsc.Cel był moim zdaniem szczytny: przybliżyć czytelnikowi atmosferę, jaką stworzyć chciał Tolkien, bardziej wprowadzić go w świat Śródziemia i pokazać tę krainę z perspektywy Hobbitów, nie znających Wielkiego Świata istot.Stąd nazwy miejsc znajdujących się na północy, w pobliżu Shire(lub Włości, jak chce mr. Jerzy) zostały przez niego zmienione, uczynione bardziej swojskimi.Np. Gorzawina, wspomniana już Włość, Bagosz zamiast Bagginsa i.t.d. Przykłady można mnożyć. No, ale wnioskując z powyższego akapitu ktoś mógłby pomyśleć, że chcę w tym arcie pana Jerzego Łozińskiego potępić- podczas gdy ja , jak już wyżej napisałem, uważam jego cel za szczytny.Tłumaczenie powinno być piękne, a nie wierne, czyż nie? Choć należy uważać, gdyż za dużo pudru i szminki może je uczynić szkaradą...

Nie trzeba być lingwistą, by się zorientować, że dla Anglika bardziej swojsko brzmi Shire lub Beer niż Minas Tirith czy Cirith Ungol.Pan Jurek chciał, aby polski czytelnik odbierał książkę tak jak angielski oraz tak, jak hobbit(pisałem o tym kilka akapitów wyżej).I w tej inicjatywie go popieram, uważam, że dobrze zrobił, zamieniając Baginsa na Bagosza i.t.d.Co prawda, na końcu(albo lepiej na początku)książki winno znajdować się wyjaśnienie- co, jak, dlaczego i- przede wszystkim- jak brzmiało w oryginale, ale sam pomysł jest znakomity.Zwłaszcza, że na rynku znajdowało się już alternatywne(i konserwatywne) tłumaczenie. Niestety, w dalszej części książki Łoziński zaprzecza samemu sobie- czyni swojskimi również te nazwy mistyczne, magiczne i tajemnicze, budzące dreszcz w dole pleców, o którym pisałem przy okazji jakiejś recenzji. Zabieg, który miał oddać klimat oryginału, ba, który był wręcz idealny do tego celu, który uczyniłby ten przekład wyjątkowym i nowatorskim sprawił, że znikła duża część niepowtarzalnej, właściwej oryginałowi atmosfery. Mordka mi się krzywi, gdy czytam np. Minas Tirit. Niby ubyło tylko jednej literki, ale to już nie to samo, prawda? Kolejna sprawa, którą pan Łoziński spalił(i to na popiół) to przetłumaczenie angielskiego "dwares" na "krzat".Choć we wstępie dowodził, że są językowe podstawy by tolkienowscy brodacze nie zasługiwali na miano krasnoludów, to jednak ich specyficzny charakter(brody, topory, wzrost, fakt, że byli świetnymi, wiernymi przyjaciółmi i doskonałymi wojownikami) wskazuje na to, że są tymi samymi istotami co bywalcy większości gier, filmów i książek fantasy.Brodacze zapisali się w ludzkich umysłach jako krasnoludy- i zmiana tego miana ;-) to już niepotrzebne komplikowanie i szukanie dziury w całym, nie uważacie?

Jeśli zaś chodzi o to, który przekład lepiej się czyta, to (oprócz nazw własnych) nie zauważyłem jakichś większych różnic.W obu wersjach książkę czyta się doskonale, a, żeby przyczepić się też do Skibniewskiej, zaznaczę że w jej przekładzie tytuł pierwszego tomu jest dość głupi."Wyprawa" tyle ma wspólnego z "Fellowship of the ring**" co wilk z astronomią.

Warto jeszcze zaznaczyć, że po nikłym sukcesie i negatywnych opiniach czytelników wydawca wymógł na Łozińskim daleko idące zmiany w jego pracy.Bagosz znów stał się Bagginsem, a Włość przybrała swoje dawne miano-Shire.Czy to dobrze, czy też źle- zależy.Od gustu i od tego, jak się na rzecz patrzy- IMO źle ze względu na nazwy północne, dobrze ze względu na nazwy południowe. Złoty środek skrzętnie ominięto- jak zwykle.I chciałbym zaznaczyć jeszcze, że trochę się wydawca nieładnie zachował wobec Łozińskiego, nie uważacie?

*Autor zdaje sobie sprawę z faktu, że jest to błąd. Dziękuje w tym miejscu naczelnemu, Tedziowi, że go uświadomił. Wyraża jednocześnie ubolewanie nad marnym stanem swojej kieszeni, któren nie pozwala mu na zakupy, oraz nad mizernym stanem zaopatrzenia znanych mu bibliotek, któren uniemożliwia mu wypożyczenie. Przeprasza w tym miejscu Czytelników, zaznaczając jednocześnie, że istotą tego tekstu była opinia na temat "Bagoszów" i.t.p, więc cały art chyba bardzo nie ucierpi na pominięciu imć "Gumowskiego lub Gumkowskiego", jak to jeden nieumarły mu napisał ;-)

**A co powiecie na "Lord of the Dicks : Fellowship of the shit"? :D

Cava