DONALDA DOŚWIADCZYŃSKIE PRAKTYKI
Jest takie powiedzenie, że na każdego matyska przyjdzie kryska. Czyli - że każdy, choćby się nie wiem jak bronił,
zawsze znajdzie coś, co lubi. A może to chodzi o potworę, co znajduje amatora, nie wiem. Na dobrą sprawę to absolutnie
zwisa mi to i powiewa. W każdym razie nie przypuszczałem, że zmienię swój stosunek do moich prawniczych studiów, które
bimbam koncertowo od dwóch i pół roku, gdzie egzaminy, do których wszyscy kują po parę albo paręnaście tygodni, ja zdaję
z rympała i samymi fuksami, które funkcjonują gdzieś w ósmym kręgu mojej podświadomości, czyli nie tam, gdzie powinna
się u człowieka mieścić sprawa tego typu i które ogólnie traktuję jak wrzód na dupie, po rzeczy takiej jak obowiązkowe
praktyki. Jest sobie oto, tam gdzie pobieram wiedzę, obowiązek, aby każdy student po trzecim i czwartym roku studiów
zrobił 15-dniowe praktyki. Pierwsze muszą się odbywać w sądzie lub prokuraturze, za rok można odwiedzić i inne instytucje,
jak bank czy kancelarię adwokacką. Praktyki na wydziale prawa Uniwersytetu Rzeszowskiego traktowane są wybitnie po
macoszemu. Na innych - dla porównania - wydziałach studentom prawa każą się męczyć i trzy miesiące. Widocznie nikt
nie powiedział kadrze z Rzeszowa, że na tych studiach praktyka to złoto. Języka prawniczego nie nauczą ksiażki i przepisy,
one nauczą tylko jak się rzyga z przepracowana. Z językiem prawniczym trzeba się zetknąć, poobracać w jego zawiłościach,
poczuć go. Toteż niektóre bardziej przedsiębiorcze jednostki uznawały za stosowne obracać się już wcześniej. Mnie było jednak
daleko do szukania sobie praktyk na własną rękę i pierwsze z nich odbębniłem po upływie regulaminowych sześciu semestrów.
W kwitach napisałem "Sąd okręgowy". Tylko po to, żeby pierwszego dnia lipca dowiedzieć się, że do okręgówki studentów
nie przyjmują. Ładna oprganizacja. Trafiłem za to do wydziału cywilnego rejonówki. Żeby cokolwiek wiedzieć z tego, co dzieje
się w takim wydziale cywilnym, trzeba skończyć czwarty rok prawa, byłem więc spalony juz na starcie. Cieszyły się za to
panie z sekretariatu, które mnie i kilka moich koleżanek udupiły przy opisywaniu papierów. Pani sędzia patron, gdy już nas
łaskawie do jakiegoś skierowano, okazała się w temacie praktyk jeszcze mniej kumata niż my, więc stanęło na tym że jestem
tam samopas, bez nikogo kto zechce podbić mi papiery zaświadczające ten pobyt, a dowiedzieć mogę się tylko tego, co czuje
urzędol państwowy po sześciu godzinach przesiadywania na tyłku wśród morza kwitów. Dobrze ze byłem chociaz w sądzie,
mogłem zawsze pochodzić na rozprawy karne. Na cywilne chodziłem też, z musu wysłuchując nud typu dział spadku czy
stwierdzenie własności. Ciekawie robiło się tylko, gdy na jedną ze spraw o rzeczony dział przyszła cała kilkunastoosobowa
rodzina o średniej wieku siedemdziesiąt, zajeżdżając wcześniej przed budynek sądu samochodami kupionymi za Gomułki,
a nie mytymi pewnie od późnego Gierka, i dokumentnie wypełniła salę rozpraw. Sąd to czasem jedyne miejsce jakie widzi
w dużym mieście babina w chustce na głowie. Mam nadzieję że chociaż sprawiedliwie im podzielili. W wydziale karnym była
za to to jakaś bójka, to wypadek, to fałszerstwo. I, co ważniejsze, wiedziałem cokolwiek z procedury i przepisów prawa
materialnego. Na jedną z rozpraw, na której tam byłem, nie stawił się nikt poza studentami. Byl to zdaje się drugi dzień praktyk,
więc siedzieliśmy milczący i wystraszeni. Sędzia zaczął sprawdzać obecność na rozprawie, a gdy po wyczytywanych
nazwiskach robiło się cicho, dawał wyraz zdziwieniu coraz głośniej powtarzanym pytaniem: "Nie ma??" W końcu załapał, że
jesteśmy studentami. A potem, jak już zgłosiły się właściwe osoby dramatu, przyszło do ustalenia czy ktoś będący dla
oskarżonego kuzynką, może odmówić zeznań czy nie. Wówczas to sędzia szepnął do prokuratora słowa: "Masz Waltosia?",
a mnie zrobiło się przed oczami zielono, a potem purpurowo. Waltoś to autor popularnej na trzecim roku prawa książki
do postepowania karnego, a znajdująca się w nim tabelkę z wyrysowanymi stopniami pokrewieństwa zna chyba każdy,
kto się z niego uczył. Kto się nie uczył, zawsze może zapytać wykwalifikowanego prawnika, jakim jest prokurator. Oj,
cięzko było między ławkami dla publiczności...
Ale najlepsza rozprawa zdarzyła mi sie parę dni później, Oto sądzony był gaszek oskarżony o to, że zdefasonował
drugiemu głowę metalową rurką. Od zdarzenia minęło było półtora roku, więc obaj - i oskarżony, który przesiedział ten czas
w pierdlu, i ofiara, której ową głowę posklejali, siedzieli przed nami na swoich miejscach. Gdy padło od sędziego zwyczajowe
pytanie, czy oskarżony jest przyznaje się do winy, ten odpowiedział "nie". Za chwilę oświadczył, że chce się poddać karze.
Sędzia wyprosiła więc (bo sędzia była kobietą) strony, po czym przystąpiła do pisania wyroku, a my - do rozmowy
z prokuratorem. Tenże wytłumaczył nam fakt, który był już jasny - otóż Pan Oskarżony nie poddawał się karze, aby cierpieć
niewinnie w intencji pokoju na świecie, ale z czystej kalkulacji. Przesiedział już półtora roku. Sędzia skaże go na dwa, może
trochę więcej, a czas, który spędził za kratkami zaliczy mu w poczet kary. Za pół roku niesłusznie skazana ofiara wymiaru
sprawiedliwości wyjdzie na wolność. I tamtego zabije - mozna by dodać pół żartem pół serio. "To jest pan X, niezły bandzior,
na jego wsi nikt nic o nim nie mówi, tak się go boją" - powiedział prokurator. Ogólnie to wesoły nastroj udzielił na sali rozpraw
podczas pisania tego wyroku wszystkim. Nawet ławnikom, co było wydarzeniem wiekopomnym. Ławnicy to taka kasta, która
zwykle na rozprawach siedzi z miną człowieka oglądającego czternasty z rzedu mecz szachów i rozumiejącego tylko tyle,
że czarne są przeciw białym. Jako ławnicy dorabiają ludzie, które generalnie nic nie kumają z tego, co dzieje się na rozprawie,
a ich obecność jest tylko wypełnieniem przepisu mówiącego o "elemencie laickim w wymiarze sprawiedliwości", czy podobnej
w kształcie banialuce. Jeżeli tak ma wyglądać zdrowy rozsądek, to ja wolę rozsądek chory a`la pan od rurki. Tutaj ławnicy byli
jednak nieźle rozbawieni sytuacją. Najbardziej spłoszony wydawał się pokrzywdzony po usłyszeniu wyroku. Było to jednak
jedno z niewielu fajnych zdarzeń na praktykach w sądzie, na których byłem uzywany jako popychadło, ewentualnie zwierzę
do pomocy w sekretariacie. A gdy doszło do podpisywania kwitów, niemalże je wyłudziliśmy na innej, nie mającej z nami
praktycznie nic wspólnego sędzi, gdyż nasza patron pojechała sobie w międzyczasie na urlop. Wtedy, wychodząc z budynku
sądu pokazałem mu soczystego wała, i z przeświadczeniem, że praktyki to zło konieczne, a praktykant to bydło, które
w sądzie traktują jak w Izraelu wieprzowinę, wsiadłem w pociąg i pojechałem na zjazd AM. Ale to już deko inna historia...
Przeświadczenie miało wrócić za rok i dwa miesiące. Jako że przez czwarty rok studiów nastroje olewackie nie
opuściły mnie ani na chwilę, a przeciwnie - okopały się na pozycjach, koncertowo spieprzyłem czas, kiedy mozna było
pochodzić po mieście i znaleźć sobie za miejsce praktyk jakąś interesująca kancelaryjkę, w której poobcowałoby się
z papierami, sformułowaniami, adwokatami i ich klientami. Niejako z musu wylądowałem w prokuraturze - tam zawsze
przyjmą, bo muszą. Idąc do niej, myslałem, że znowu przebębnię piętnaście dni wyjątkowo roboczych w dziurach typu
sekretariat albo hala maszyn, nosząc akta czy segregując idiotyczne małe papierki zwane zwrotkami. Zaczęło się jednak
od podpisania zobowiązania, że niektóre wieści, które stąd wyniosę, mają pozostać tylko tajemnicą prokuratury i moją.
Materiały dochodzeń i śledztw są bowiem objęte tajemnicą państwową, za której złamanie można posiedzieć nawet pięć
lat. O tym, co było na rozprawach, mogłem pisać ile dusza zapragnie, rozprawy poza nielicznymi wyjątkami są bowiem
jawne. Teraz jednak będę musiał pozostawić pewne fakty we własnych zwojach mózgowych.
Dwa dni, zgodnie z przewidywaniami, spędziłem u boku pań i panów z sekretariatu. Jak na udzędników, owi ludzie
okazali się wyluzowani, przejmowali się pracą tyle ile trzeba. Niemili byli tylko w stosunku do petentów. Nie zrozumcie tego
źle - nie do wszystkich i w drodze wyjątku. Jeżeli przyjdzie do was kobieta z trzema wnioskami do prokuratora, jednym o
żywność, drugim o środki czystości a trzecim o nie pamiętam już co, ale chyba jakaś pierdołę - które to chciała zanieść
do więzienia, jeśli zapyta, czy może we wniosku uzyć sformułowania "podkoszulek", jeśli potem zapyta czy proszek do
prania i pasta do zębów to jedna grupa środków czystości, a na końcu zawoła zza drzwi, żeby nie zapomnieć dopisać czegoś
tam, słowo "dopiszę" padające z ust człowieka za biurkiem nie musi być wypowiedziane z przesadną kurtuazją. Po sześciu
i pół godzinach adresowania pism, segregowania akt i dołączania do nich uroczych zwrotek oświadczam wszem i wobec -
jestem w stanie zrozumieć urzędnika! I jeżeli czasem się na mnie krzywo popatrzy i kąśliwie coś powie - wybaczę mu.
Podczas gdy z gorliwością przestraszonego służbisty wykonywałem moją żmudną zabiurkową robotę, do sekretariatu weszła
dziewczyna, jak się okazało, z wnioskiem o widzenie z bratem, który spędzał czas na Załężu, w najbliższym Rzeszowowi
zakładzie karnym, (który od pierwszego stycznia znajduje się już w granicach miasta - Rzeszów się rozwija, ot co!). Gdy się
odezwała, w moim mózgu odżył jakiś daleki obraz, jakieś wspomnienie wspomnienia, które kazało mi podnieść głowę.
Wówczas poznałem w niej moją koleżankę z zamierzchłych komunistycznych czasów zerówki. Rzut oka na dowód osobisty
ostatecznie potwierdził że mam rację - nie zmieniła jeszcze nazwiska ani miejsca zamieszkania. Byłem jednak daleki od
wystartowania z "Cześć Ela, pamiętasz mnie? Chodziliśmy razem do zerówki", gdyż niechybnie zostałbym uznany za wariata.
A jej starszego o parę lat brata pamiętam z faktu, że przyprowadzał ją na religię. Była to - o czym wówczas nie wiedziałem -
zapowiedź innych ciekawych znajomości do odświeżenia, które zawczasu cierpliwie czekały w prokuratorskich aktach.
Zanim jednak przyszło mi je czytać, musiałem, podobnie jak rok wcześniej w sądzie, poczekać na przydział
prokuratora patrona, a potem na samego prokuratora patrona, który nie pojawił się był jeszcze w pracy. Kręciłem się więc po
korytarzu, podziwiając ładny widok z okien piątego piętra prokuratury i pojawiające się tu i ówdzie postacie - a to jakiegoś
policjanta o wybitnie amerykańskiej twarzy, a to dwójkę niechybnych przedstawicieli elektoratu PiS, a to gościa w koszulce
z napisem "Resovia" gotycką czcionką, pewnie dość ortodoksyjnego kibica (Dla niekumatych - to nazwa jednego z rzeszow-
skich piłkarskich klubów, grającego obecnie w czwartej lidze, którego "kibice" darzą wiadomo czym "kibiców" Stali Rzeszów,
grających obecnie w trzeciej lidzej. Swego czasu Stal Rzeszów grała w lidze pierwszej, i z tego okresu pochodzi znajdujące
się na jej stadionie sztuczne oswietlenie, którym cieszy się obecnie jako jedyny chyba trzecioligowiec w Polsce). Ów gość
kręcił się koło gabinetu pewnej pani prokurator, na chwilę do niego wszedł, po wyjściu zaś zaczął kręcić się koło gabinetu
prokuratora, na którego czekałem. Za chwilę wszedł do środka, a ja pomyślałem, że niekoniecznie wpadł tutaj w odwiedziny.
Moje przypuszczenia potwwierdziły się, gdy zobaczyłem go za biurkiem. Potem przedstawiłem się i chyba zdekonspiro-
wałem jako ten, który wie, co czeka studenciaka na praktykach i jest pogodzony nawet z zesłaniem do sekretariatu, gdyż
prokurator podczas wskazywania mi mojego miejsca uznał za stosowne powiedzieć parę razy "spokojnie". Po paru
standardowych pytaniach typu kierunek studiów i magisterka, i moich standardowych odpowiedziach zdradzających trzy
nerwice naraz, prokurator stwierdził, iż ponieważ jest ambitny, to chce zebym wyniósł coś z praktyk. Ucieszyłem się,
nie powiem, jakieś resztki ambicji i we mnie drzemały, więc wiadomość, że studia nie będa mi się jednak kojarzyć wyłącznie
z czterystustronicowymi knigami i kurwami rzucanymi w desperacji, zrobiła mi dobrze. Żeby nie było jednak za pięknie,
ten dzień przebiedowałem jednak wśród znajomych już pracowników sekretariatu, mój patron dzień wcześniej wrócił bowiem
z urlopu i nie miał mi co włozyc w ręce.
Po weekendzie zacząłem dowiadywać się, co w prokuraturze piszczy. Prok powitał mnie w jeden z pierwszych dni
wiadomością, że to co przed nim widzę - a widziałem wysoki na jakieś trzydzieści centymetrów stos grubszych lub cień-
szych teczek - to jego "dzisiejsza poczta", czyli sprawy znajdujące się w jakimś stadium prowadzenia, którymi on się
zajmuje. W każdej z tych spraw należało jakoś zadziałać - a to napisać wytyczne co ma być robione dalej, wystąpić do
biegłego o specjalistyczną opinię, sporządzić nakaz aresztowania czy list gończy i wysłać go w świat, wyłączyć jakąś sprawę
do odrębnego rozpatrzenia, czyli w praktyce z jednej grubej teczki zrobić dwie cieńsze albo część zawartości jednej teczki
włożyć do innej, na której widniała ta sama na przykład osoba sprawcy. Tudzież wykonać paręnaście innych z szerokiego
wachlarza czynności, na przykład popędzić do pracy zbyt obijających się policjantów. Na moje do cna lamerskie pytanie:
"Tak dużo?" odpowiedział "Ja je znam, wiec szybko się z nimi uwinę". Nie ma co, pomyślałem, prokurator to musi mieć łeb
jak sklep. A myśl ta była z rodzaju refleksji chłopa z miejscowości Bojanowo gmina Rydzyna, widzącego Pałac Kultury i
Nauki. "Myslałem że prokurator to od ósmej do piętnastej..." - zagadnałem przy innej okazji, na co szef uświadomił mnie, że
raczę żartować. Pracy miał tyle, że jak sam mówił, beret się na głowie obracał, moherowy. Następnie dostałem w łapy akta
sprawy o zabójstwo. W całym okręgu rzeszowskim spraw o tego typu zbrodnię toczyło sie dosłownie kilka, a mój szef, jeden
jedyny prokurator rejonowy, czyli taki, których w okręgu pewnie z setka, miał z tego trzy czwarte. Trafiłem oto na speca od
ciężkich i brudnych spraw. Czyli tylko się cieszyć, mogłem się bowiem spodziewać że będę czytał naprawdę ciekawe akta,
a i może gdzieś pojadę, na przykład na sekcję zwłok, na której nie byłem wcześniej, gdyż źle wybrałem fakultety. Sprawa
była naprawdę bez historii - ot, byli sobie ojciec i syn z patologicznej rodziny, często pili i kłócili się, a podczas takich kłótni
może się zdarzyć, że jeden uderzy drugiego o raz za dużo. A ile w tej sprawie róznych kwitów, począwszy od notatek
policjantów, przez pierwsze protokoły przesłuchań, postanowienie o przedstawieniu zarzutów, (pismo, od którego śledztwo
lub dochodzenie powadzone "w sprawiie" zamienia się w śledztwo lub dochodzenie przeciwko konkretnej osobie), trochę
babrania się w historii sprawcy w postaci wygiągu z Krajowego Rejestru Skazanych, dalsze przesłuchania, których w każdej
sprawie jest na pęczki, opinie biegłych, zarówno o podejrzanym - psychologiczne, wywiad środowiskowy itp, jak i o ofierze
- np. protokół z oględzin ciała. Materiały pochodzą z masy źródeł i dziedzin wiedzy, sięgają niekiedy daleko w przeszłość,
albo głęboko w prywatność - podczas praktyk widziałem wyciągi z papierów operatorów sieci GSM, treści esemesów, zbiory
obrazków, jakie dany delikwent miał w komórce, kwity z Allegro dotyczące sprzedaży na jednym z kont, zdjęcia z sekcji zwłok,
których nie powstydziłby się rotten.com. Odtworzyć przebieg zdarzenia i motywy działającego mozliwie najbliżej prawdy,
z całej tej kupy danych, i ująć w koronnym dla prokuratora piśmie, czyli najlepiej akcie oskarżenia, to nieliche wyzwanie.
A ja wkręcając się w to coraz bardziej, odkrywałem, że pasują mi takie wyzwania. A może odkryłem to w momencie,
kiedy prokurator powiedział mi, że akt oskarżenia, który napisałem, jest bardzo dobry i przejdzie praktycznie bez zmian,
po czym stwierdził, że jestem jednym z trzech najlepszych praktykantów od paru lat. Prosta to była robota - szło o gościa
który za pomocą naiwnej bajeczki wyłudzał pieniądze od ludzi w jednym z miast w Podkarpackim, po czym znikał z ich pola
widzenia. Ci zaś wierzyli mu bez zastrzeżeń. Gość był już skazany za podobne machloje, a że miał ponad siedemdziesiątkę,
nie poszedł kiblować chyba z uwagi na stan zdrowia. Po czym zaczął oszukiwać kolejnych ludzi. W tym samym mieście.
Za pomocą identycznej bajeczki. Zastanawiałem się nawet czy w tym mieście nie mieszka sam kwiat głupoty polskiej.
A roboty z tym aktem miałem tyle, że przepisałem prawie cały akt z tamtej sprawy, gdzieniegdzie tylko zmieniając lub coś
dodając. A że podszedłem do tego beztrosko (bo zwykle to przyłaziłem do prokuratury czegoś zalękniony i spłoszony, jak
zawsze i wszędzie), to i mi wyszedł. Po tym jednak nabrałem większej wiary w siebie. A i zaimponowałem Szefowi. Potem,
i przedtem zresztą też, trafiały mi w ręce różne akta. Znalazłem między innymi sprawę, w której jedne z pierwszych skrzy-
piec odgrywał mój brat cioteczny. Odgrywał je po dobrej stronie - jest leśnikiem, a sprawa dotyczyła kradzieży drzewa
z lasu. Parokrotnie widziałem nazwiska ludzi z osiedla, z którymi chodziłem do tej samej podstawówki, i co do których już
wtedy należało spodziewać się, że usłyszy się o nich w podobnym do tego miejscu - byli to macho, których podziwiało się
będąc w klasach 1-3, którzy w dziesiątym roku życia na ślizgawce pojawiali się nie tylko bez czapki, ale i z petami w ustach,
w dwunastym widziało się ich na tej samej ślizgawce kompletnie pjanych, a potem słyszało, że we trójkę zrobili rozpierduchę
w jakimś barze i przykuli jego właściciela kajdankami do krzesła. Jako że nigdy nie byłem wzorem spokoju, z paroma takimi
działającymi mi na nerwy (może nie z legendami osiedla, ale z czołówką drugiej ligi) miewałem spięcia. Tym bardziej cieszy-
łem się widząc, że gość, który swego czasu mnie zaczepił i któremu po tym zaczepieniu okulary poleciały na dziesięć
metrów, ma teraz parę miechów ograniczenia wolności, bo ktoś mniej ode mnie tolerancyjny poszedł z jego powodu na policję.
Mimo wszystko zaskoczyła mnie ilość "znajomych", których personalia wypatrzyłem w aktach.
Pomyślelibyście, że gość, który para się zabójstwami, gwałtami i rozbojami, musi być ponurym, przygarbionym
może facetem, odburkującym coś spod nosa. W przypadku mojego patrona nic bardziej mylnego. Okazał się równym gościem,
nawet bardzo równym. Dbał o "swoich" - czyli aplikantów i praktykantów też. Ci, którzy znali go dłużej, byli z nim na "ty",
a innych też przesadnie oficjalnie nie traktował, toteż gdy szedł na przykład do sądu, siadałem sobie za biurkiem prokuratora,
w fotelu, któremu brakowało tylko funkcji masowania, wygodnym niemal jak puch, i gryzmoliłem przeróżne pisma, których, po
udanym akcie oskarżenia, dostawałem niemało i w dużej różnorodności. Wyluzowana jest zresztą cała prokuratura, wyrazy,
które na ulicy ściągałyby spojrzenia, a na wystawnym przyjęciu wychodziłyby tylko z ust ludzi pokroju Porucznika Rzewskiego,
tutaj były używane często i również w dużej różnorodności. Cóż się dziwić, to ciężka i stresująca robota, gdy trzeba czasem
siedzieć paręnaście godzin nad papierami, a nazajutrz rano wyjechać na sekcję zwłok faceta, który jest do połowy przypalony
a do połowy całkowicie spalony, bo brał udział w porachunkach mafijnych, przekleństwa nie są niczym zdrożnym, zdrowym
wyrazem dystansu. Którego trzeba mieć, będąc prokuratorem, wiele. Mój patron prowadził słynną dzięki TVN-owi sprawę doty-
czącą pewnej podrzeszowskiej rodziny, co to pewnego razu została wyrwana z błogiego porządku dnia przez antyterrorystów,
którzy wszystkich skuli i położyli na ziemi oraz zabili psa. Cała rodzina była dobrze znana policji, która miała wobec niej uzasa-
dnione podejrzenia. Parę dni wcześniej na gliniarzy, którzy chcieli ich przesłuchac czy przeszukać ich dom, niemal rzucili się
z argumentami typu siekiera czy widły, to jednak uszło uwadze dziennikarzyn z "Uwagi", którzy zjawili się tam bardzo szybko
po akcji antyterrorystów i zrobili program na temat nadużycia władzy przez policję. Prokurator w liczącym kilkanaście stron
postanowieniu o umorzeniu śledztwa wyszczególnił dokładnie, dlaczego ich użycie nie było nadużyciem władzy i dlaczego
zabicie psa było stanem wyższej konieczności. Odniósł się do dokładnie każdego wątku, wszystko, o czym trzeba było napi-
sać, napisał, a do tego zrobił to tak zajebistym językiem prawnym, że z podziwu chciałem przysiąść na zadzie. Majstersztyk.
No ale, na sprawę patrzyła praktycznie cała Polska. Policjanci po emisji programu zachowali się inaczej. Debilnie. Przestraszyli
tego, co niby narobili, kupili rodzinie nowego pieska i przeprosili za całe zamieszanie. Dzień później światło ujrzało rzeczone
postanowienie. A dwa pewnie dni później kolejny program TVN, na temat :"policja przeprasza, a prokurator umarza". Ale tutaj,
tutaj ma się takie rzeczy uroczo daleko.
Prok powtarzał mi, ze za czasów, gdy był aplikantem, marzył o tym, by dostać sprawę o zabójstwo, a ja, który jestem
tylko praktykantem, mogę w nich wybierać. I umożliwiał mi to nie tylko od strony papierowej. Tym, co lubił w tej robocie najbar-
dziej, była jednak jazda w teren. Zdarzyło mi się więc wyjechac parę razy, i odpocząć od pism, ku uldze sekretariatu, który
skarżył się, że strasznie gryzmolę. Wzorem pryncypała, miałem takie odpryski od mojej działalności równo gdzieś. Najczęściej
wyjeżdżało się, aby zrobić wizję na miejscu zdarzenia. Wizja polega na tym, że zbiera się sprawcę i wszystkich najważniejszych
świadków na miejscu przestępstwa, po czym się ich przesłuchuje, mozna im także kazać np. zademonstrować na manekinie
lub pozorancie, jak swojemu nieszczęsnikowi zadawali ciosy itp. Nad przesłuchiwaniami w siedzibie prokuratury ma to taką
przewagę, że wszyscy są tu w jednym miejscu i wprawny umysł z tego co powiedzą, może wykoncypować sobie obraz zdarzenia.
Bez wizji mógłby to osiągnąć za pomocą konfrontacji, czyli przesłuchiwania dwóch osób i wyjaśniania na bieżąco rozbieżności
między tym, co każda z nich powie. A jak świadkow jest tak ze dwudziestu, liczba potencjalych konfrontacji szła by w setki.
Tylu właśnie było podczas wizji w sprawie oznaczonej w aktach numerem jeden na zeszły rok. Zdarzyła się bowiem czterdzieści
minut po północy w Nowy Rok - wracający z imprezy gość miał nieszczęście dostać kilka ciosów nożem w miejsca takie,
których uszkodzenie ma najcześciej jeden skutek. I tylko temu że był pijany jak trzech Bełów i nie doznał wstrząsu, zawdzię-
czaliśmy fakt, iż sprawa toczyła się o usiłowanie, a nie o zabójstwo. Alkohol ratuje zycie. Wizji takich zaliczyłem cztery,
na jednej z nich wcielając się w wdzięczną rolę pozoranta. Zanim jednak zacząłem pozorować, przyszło nam czekać na
medyka sądowego. Jest to facet, na którego spojrzysz i wiesz, że to medyk sądowy - wygląda jak Drakula po cywilnemu.
Gość jest jedynym człowiekiem w województwie parającym się tą profesją i zna swoją wartość aż za dobrze. Na sporządzane
przez siebie opinie każe czekać miesiącami, trzeba mu je wydzierać niemal obcęgami - co sprawia że wszystkie sprawy
o zabójstwo, w których bez takiej opinii ani rusz, leżą, dopóki się ona nie pojawi. Czasem pytałem prokuratora, kiedy chce
puścić jakąś, którą kończy, do sądu "Jak mi doktor wyda opinię" - słyszałem w odpowiedzi. Gdy rzeczony doktor powiedział,
że będzie o dziewiątej, zasadne było spytać, jakiego czasu. Gdy mówił przez telefon, że właśnie wyjeżdżał, należało założyć
że pojedzie najbardziej okrężną z mozliwych dróg. Był chyba najbardziej niepopularną osobą we wszystkich w Rzeszowie
miejscach, w których zajmowano się trupami i w których coś zależało od kwitów wypuszczanych z jego rąk - a na pewno we
wszystkich, w których byłem ja czy moi kumple, oni również zasłyszeli o nim podobne historie. A że był człowiekiem bardzo
grzecznym, gdy już wreszcie się pojawił, pytał czy na kogoś jeszcze nie czekamy. A gdy wydał już wreszcie upragnione pismo,
mówił prokuratorowi, że ten go męczy. Owego dnia przyszedł spóźniony tylko dwie godziny, po czym wraz z czekającymi na
niego policjantami z sekcji kryminalnej ruszyliśmy dwoma samochodami do oddalonej o parenaście kilometrów wsi, w której
parę miesięcy wcześniej dwóch facetów zatłukło trzeciego, a w tamtej chwili czekało na nas od paru godzin razem ze swoimi
obrońcami i eskortą. Wkurwiony na doktorka nie był tylko manekin w niebieskiej policyjnej koszuli i krawacie Samoobrony,
który miał wymiennie ze mną grać ofiarę. Na miejscu dramatu, gdy już przyjechaliśmy, znalazło się jeszcze dwóch świadków,
których obecność była wymagana, a naokoło zebrali się inni, których obecności nie wymagał absolutnie nikt. Owi z zaintere-
sowaniem patrzyli na to, jak zawzięcie targam przez ich wieś ciężkiego, składanego z dwóch części manekina. Sam siebie
również chciałbym wtedy zobaczyć. Gdy już go położyłem, z nie mniejszym zainteresowaniem zacząłem się przyglądać
ich męskim biodrówkom, zastanawiając się, skąd u licha na przysłowiowej podkarpackiej wsi świadomość tego, co dopiero
zaczyna wchodzić w modę w Nowym Jorku. W końcu całe towarzystwo weszło do zapyziałej, zaniedbanej chaty - pieprznika,
w której mieszkał denat i w której też został zabity. Od tamtego czasu nikt niczego tam nie ruszał. Nie ma co, ładne miejsca
przyszło mi zwiedzać na tej praktyce. Prokurator odczynił zwyczajowe wymagane przepisem formuły, po czym przywołał mnie
do roli, jaką miałem pełnić. Siadłem sobie grzecznie na łóżku, a nade mną stanął Zabójca. Zabójca ów repliką siekiery i miotły
pokazywał na mnie, w jaki sposób niegdyś kończył ofiarę. Niejakim strachem napawał mnie fakt, ze facet, który macha mi nad
głową papierową siekierą miał zabić człowieka. Patrząc na niego, w życiu bym się go jednak nie przestraszył. A oprócz tego
miał dziadek piękną schizę. Tak piękną, że kładł do protokołów przesłuchań niestworzone bajdy na temat tego, jak rzeczywiś-
cie wtedy było. Jeden ze świadków, którego wersja zdarzeń była diametralnie inna, pokazywał potem, jak on zapamiętał sceny
bicia. Pokazywał na mnie, a nie na manekinie, a był tak wzburzony słowami tamtego, że zapomniał iż Bogu ducha winnych
pozorantów nie wolno bić i zapakował mi wielką pięść pod żebro, a potem włożył palec do ucha. Z tego między innymi
powodu była to najlepsza wizja, w której brałem udział. Inne nie były już tak malownicze, ale podczas jednej - rekonstrukcji
pobicia, nota bene w Głogowie Małopolskim, mieście, w którym spędziłem pierwsze siedem lat mojego życia i po raz pierwszy
byłem tam służbowo - poczułem, co znaczy żyłka detektywa, która może odezwać się podczas wizji. Sprawa była na tyle
prosta, że bez wielkiego zaznajamiania się z aktami, z samych zeznań osób dramatu, a także z ich zachowania, w mózgu
zarysowała mi się własna koncepcja tego, jak wyglądało zdarzenie. I to minuta po minucie, czyn po czynie. Oto spotykają się
w knajpie. Oto się sprzeczają. Oto jeden wychodzi a drugi idzie za nim. Oto ten teraz niechybnie kłamie mówiąc, co było
potem. Oto wiem jak było! I stawiam dużo, że niewiele mija się to z prawdą. Moją sherlockowską niemal euforię dość znacznie
kontrapunktowała okoliczność, że było wtedy minus pięć, a ja, jako że byłem w pewnym gruncie pewnych rzeczy kimś
w rodzaju wynieś-przynieś-pozamiataj, przez trzy godziny pisałem treść każdego zeznania, nie mając wiele czasu na
zagrzanie rąk. W rękawiczkach pisać nie szło, więc pod koniec przerzuciłem się już na duże litery. Mam nadzieję, że
odszyfrowywanie tych hieroglifów zdarzyło się sympatycznej załodze sekretariatru jako pierwsza czynność dnia, i to jeszcze
po miłym dniu poprzednim, skutkiem czego łacina, którą można było usłyszeć na korytarzach prokuratury, pochodziła wyłącznie
z prawniczych paremii (prokuratorzy mają zazwyczaj zamknięte drzwi, zaś sekretariat jest otwarty). Dużo z moich wypocin
wyszło gorzej niż ów pierwszy akt oskarżenia, którym to faktem byłem czasami odrobinkę sfrustrowany. Prok na moje
wzdychania nad jego maestrią w uzywaniu języka prawnego, mówił że to kwestia wprawy i że dojdę do takiego poziomu.
Naturalnie, karierę w prokuraturze zaczyna się, jako aplikant a potem asesor, od łatwych spraw, więc jeśli miałbym się wspinać
właśnie tak,. to czemu by nie... Czy dałbym radę pracy prokuratora? Zawsze wydawało mi się że nadaję się bardziej na
sędziego, jestem wrażliwy i w ogóle... Pewnego dnia Prok rzucił mi teczkę akt i polecił napisać pismo kończące postępowanie,
ale nie powiedział jakie. Sam miałem wybrać, czy pójdę w stronę aktu oskarżenia czy postanowienia o umorzeniu. Dodał też,
że jeśli dobrze opisać zebrane dowody, to każdą właściwie sprawę można skończyć na jeden albo i na drugi sposób. Myśl,
jaka się nasuwa po takim oświadczeniu, jest jednoznaczna - można mataczyć ile wlezie, z oczywistych dowodów robić równie
oczywiste dowody niewystraczające itp. Ale to błędna myśl. Tak postąpią tylko partacze, albo ludzie, którym zależy żeby
ukręcić sprawie łeb. Czasem po prostu nie ma rady, nie będzie się mieć pełnego obrazu zdarzeń, trzeba coś przyjąć i wziąć
za to odpowiedzialność przed sądem. Nie ma tak dobrze, żeby prokurator o losach ludzkich nie decydował, niech się Wam
nie wydaje, że decyduje o nich tylko sędzia przy wydawaniu wyroku. A pewne cechy mojego charakteru odpowiadają bardziej
właśnie pracy prokuratora niż sędziego... O tym jednak nie tutaj.
A wisienką na torcie w mojej karierze praktykanta okazały się wizyty w więzieniu. Było ich dwie i odbyły się
gdzieś pod koniec ubiegłego roku. Prokurator darzył mnie coraz większą sympatią i uznał za jednego ze "swoich", więc
zabierał mnie niemal w tyle ciekawych miejsc, w ile sam się zapuszczał. Przed wyjazdem do mamra omamił mnie opo-
wieścią o więziennej stołówce, która miałą tę robrą cechę, że była dotowana z ministerstwa, skutkiem czego dania, które
na mieście były do dostania za jakąś dycję albo więcej, tam chodziły za pół ceny. Stołówka cieszyła się więc dużą sławą
wśród pracowników prokuratury. Przy wychodzeniu, gdy wsiadaliśmy do windy, facet z biura podawczego popatrzył na
szefa i zazdrośnie powiedział: "Wiem dokąd jedziesz. Dwa schabowe poproszę". A w windzie Prok opowiedział mi, jak
to pewnego dnia wpadł do stołówki i zamówił sobie dwa śniadania, potem przesłuchał więźnia, potem wrócił i zamówił sobie
trzy obiady. I od tego dnia zaczeły go rozpoznawać panie kucharki. Do pierdelka, jak i do pierdelkowej stołówki, nie można
wejść ot tak z ulicy. (inaczej do restauracji sądowej, ale tam ceny są już normalne). Prokurator nie ma z tym większego
problemu, aplikant też nie, gdyż ma stałą legitymację, ale mnie, praktykantowi, trzeba było za każdym razem wypisywać
przepustkę jednokrotnego uzytku. Czynił to facet, który swoją robotę na portierce uznawał za równą trudowi świętego Piotra,
co widac było w jego minie i gestach. Tutaj również zostawiało się rzeczy w rodzaju telefonu komórkowego i podlegało rewizji
zawartości toreb. Po przejściu bramki skierowaliśmy się oczywiście do jadłodajni, wychodząc z założenia że gość, którego
mamy w planach przesłuchać, przecież nie ucieknie, bo gdyby mógł, dawno by już nie kiblował. Wystrój przypadł mi do gustu
bardzo bardzo - typowo komunistyczna stołówka z sanatoriów czy też domów wczasowych, jakie pamiętam z czasów ogólne-
go dobrobytu, gdy jako parulatek jeździłem z rodzicami do Zakopanego. Przez środek czerwona wykładzina, na stołach białe
obrusy, talerzyki z napisem "Społem", flakony z gożdzikiem, nie pamiętam jakim, ale żeby nie urazić z Misia wziętych pań
z obsługi, napiszę że z prawdziwym. Po prostu cudo. Niemal jak w restauracji Kremenaros w Ustrzykach Górnych. Szef
popatrzył na kartę dań, powiedział "To i to poproszę", ja zdając się na bywalca zamówiłem to samo. Za śmieszne dziesięć
złotych na pierwszy jednodaniowy obiad dostałem coś, co wyglądało jak krokiet, okazało się być mięsem z kurczaka,
a w samym środku miało ser, do tego ziemniaczki i surówkę. Drugi jednodaniowy obiad róznił się tym, że zamiast kurczaka
dostaliśmy pewien rodzaj kotleta w sosie. Do tego nieśmiertelny kompot. Podczas obiadu Prok wtajemniczał mnie w szczegóły
sprawy "Przyjechałem zbadać" - mówił - "czy ten gość popchnął tego drugiego na ostry przedmiot czy też bił go po głowie
tępym narzędziem" - tu przegryzł. "Jeśli to pierwsze, to może być nieumyślne spowodowanie śmierci (nałożył ziemniaki), jeśli
to drugie - zabójstwo z premedytacją. (niektóre szczegóły zostały zmienione ze względu na art. 265 Kodeksu Karnego). Gdy
odnosiliśmy talerze, zapytałem prokuratora, dlaczego nie zamówilismy trzech obiadów, na co ten odparł" My tu jeszcze
wrócimy".
Pokój przesłuchań w zakładzie karnym wygląda podobnie jak kuchnia w akademiku. Nawet podobnie tam pachnie.
Jedyna róznica, oprócz braku oczywista kuchenek, to taka, że w większości kuchni stół i krzesła nie są przytwierdzone
na stałe do podłoża, a okno i świetlówki nie są zakratowane. Więzienie w ogóle skojarzyło mi się z przeciętnym akademi-
kiem - długie, nudne korytarze, portiernia... Tylko gdy tutaj zamknęły się za mną drzwi, poczułem się dziwnie. Winny. Nie
wiadomo czego. W każdym razie, poczułem się inaczej. Koleś, z którym przyjechaliśmy rozmawiać, zbyt rozmowny się nie
okazał, jednak kazał na siebie długo czekać. W pewnym momencie szef spojrzał na zegarek i powiedział mu: "Spiesz się,
bo musimy zdążyć do firmy". A ja odstawiłem w myślach rotfla za protokołem, wiedziałem bowiem gdzie musimy zdążyć.
Po pożegnaniu pana aresztowanego ruszyliśmy jak szaleni w stronę drzwi, wypadliśmy na rozdzielnik skłądający się z na oko
pięciometrowego muru na zwieńczonego drutem kolczastym, który oddziela część dla pesronelu i służby więziennej od pierdla
właściwego i w te pędy pognalismy do stołówki, gdyż pora wydawania posiłków właśnie się kończyła, a w zasadzie było już
po niej. Prok nie zważył jednak na zamknięte już okienko, wszedł do kuchni i dostał po znajomości pulpety.
Podczas mojego drugiego pobytu w więzieniu nie zawitałem do stołówki. Ale nic to. Miałem bowiem okazję poznać
legendę polskiego szkolnictwa wyższego. Człowieka, który tak mocno trzymał się na fotelu rektora PWSZ w Jarosławiu,
że trzeba było zmienić prawo, żeby go stamtąd wykopać. Kogoś, kto dzierżył swoje miasto w szachu, mając wtyki
praktycznie wszędzie, za pomocą czego skutecznie obchodził się z ludźmi, którzy chcieli mu zaszkodzić i prowadził
dalej swoją działalność uświęcaną sobie tylko znanymi regułami, w których duzo było o Bogu i Ojczyźnie. Do tego miał
poparcie środowisk radiowo-moherowych, w których to kręgach cieszył się - i cieszy do dziś - opinią superporządnego
człowieka, którego wielkim dziełem była katolicka uczelnia, i który za to właśnie wielkie dzieło obrywa od władzy, mogącej,
jak to powszechnie wiadomo, zniszczyć każdego. Zdawało mu się więc być nie do ruszenia. Ale jak go już prokuratura
ruszyła, to postawiła mu takie zarzuty, że jeśli moim skromnym zdaniem zobaczy jeszcze wolność, będzie to zawdzięczał
albo genialnemu obrońcy, albo stanowi zdrowia. Na który to stan ustawicznie narzeka i na kolejnych rozprawach regularnie
mdleje lub przynajmniej odczuwa bóle. Sympatyczny i grzeczny starszy pan uścisnął mi prawicę, po czym również nie
popisał się zbytnią elokwencją. Do zaprotokołowania miałem praktycznie nic. A czegoś, czego Poliszynel by nie wiedział,
w ogóle nic. Tym niemniej, Prokurator tym przesłuchaniem rozpieścił mnie do cna. W ogóle, gdy we wrześniu, pod koniec
moich obowiązkowych piętnastu dni zaproponował mi, żebym przychodził do niego raz na jakiś czas i kontynuował praktyki,
moje bywanie w prokuraturze przypominało bardziej wolną amerykankę niż zorganizowane działanie. Raz w tygodniu to
chyba trochę za mało. Tym niemniej byłem rozpromieniony i nie zastanawiałem się długo nad przystaniem na propozycję,
a i rzeczy, które pryncypał mi zlecał, były ciekawszeniż wcześniej. Niewiele z tych gryzmołów weszło co prawda do
oficjalnych akt, ale cztery projekty aktów oskarżenia, ze dwa postanowień o umorzeniu postępowania, paręnaście zarzą-
dzeń i innych pism to niemało, jak na jakieś trzydzieści dni roboczych.
Przyszedł jednak nowy semestr, a wraz z nim konieczność zdania ostatnich egzaminów i napisania pierwszej pracy
naukowej. Trzeba było więc, z braku czasu, skończyć wizyty w prokuraturze. Na dziś dzień z praktyk zostało mi do
posłuchania co nieco o napisanym ostatnio akcie oskarżenia w sprawie pewnego podejrzanego o zabójstwo i gwałt. Czego
się przez cztery miechy nauczyłem? Nauczyłem się wiele - przede wszystkim tego, że praktyka w prawie ma się tak do
teorii, (którą przecież jest, ale wprowadzoną w zycie), jak Jarosław do Lecha - niby to samo, a jednak coś zupełnie innego,
i dużo ważniejszego. Możesz być mistrzem teorii, ale jak nie kumasz, jak nie ogarniasz, giniesz. Przynajmniej mnie się
tak wydaje. Potrzebowałbym dłuższego okresu praktyki, żeby więcej zakumać, bo cieżko kumaty jestem, ale zobaczenie
jak coś takiego wygląda od kuchni, od strony człowieka - przecież to ludzie wprowadzają te przepisy z papieru w zycie, ludzie
popełniają przestępstwa, ludzie je ścigają - daje poczucie że nie schylasz się nad abstrakcją, ale robisz coś konkretnego.
Ponadto otrzaskałem się z językiem prawnym, wiem jak sformułowac jakieś pismo, wiem jak ugryźć prawo na dzień dobry.
Jak to ja, przeszedłem te praktyki bez jakiejś głębszej refleksji czy chcę w tym kierunku ewentualnie zadziałać, traktując je
raczej jak przygodę. Ale prokurator mówi, żem dobry, a nie mam podstaw, aby mu nie wierzyć. Więc głębsza refleksja pewnie
mnie najdzie. Musiałbym być kompletnie niepoważny żeby mnie nie naszła. Ale pewnie najdzie mnie po tym, jak postudiuję
sobie parę lat we Wrocławiu.
Donald
visotzky@tlen.pl
31-01-2006 - 1-02-2006