Kolesie

Codziennie razem. Boisko, PlayStation, boisko. W kółko. Graliśmy, rozmawialiśmy, snuliśmy plany i dzieliliśmy się marzeniami. Było nas czterech, czasami ktoś rotacyjnie dołączał do paczki. Nie mieliśmy zmartwień, kłopotów w szkole i dowodów osobistych. Nasi rodzice nie byli specjalnie bogaci, ale pieniądze w zasadzie nie były nam potrzebne do szczęścia. Na małe zachcianki przeciętnych dzieciaków zawsze starczało.

Nie byliśmy świętoszkami. W wieku ośmiu lat klęliśmy jak szewcy i robiliśmy sobie jaja z młodszych i starszych. Przemocy nigdy nie używaliśmy, ale niejeden człowiek zaznał przez nas jakiejś przykrości. Nas to bawiło - byliśmy po prostu głupimi dzieciakami. Rodzice nie raz bywali w szkole i wysłuchiwali jacy to jesteśmy niegrzeczni. A nauczyciele tylko kiwali głowami: tacy dobrzy uczniowie, a zachować się nie potrafią.

Dorastaliśmy. Głupich żartów było coraz mniej, jednak intensywność naszych kontaktów ani trochę się nie zmieniała. Rówieśnicy popalali już papieroski, jednak my byliśmy temu absolutnie przeciwni. Mimo, że mieliśmy wiele za uszami to potrafiliśmy zachować pewien umiar. Woleliśmy kopać piłkę.

Rozmawialiśmy o wszystkim. Tematy sportowe równoważyły rozważania o nowych grach video i najładniejszych dziewczynach w szkole. O prawdziwej miłości wiedzieliśmy tyle co nic, jednak w wieku jedenastu lat potrafiliśmy być bardzo śmiali w stosunku do koleżanek. A one często nie miały nic przeciwko...

Po podstawówce nastał czas gimnazjum. Wtedy nasze kontakty były najmocniej zacieśnione. Byliśmy prawie jak członkowie rodziny. Każdy w domu kumpla traktowany był jak swój.

W końcu naprawdę dorośliśmy. Poszliśmy do liceum, zaczęliśmy chodzić na imprezy i do pubów. Zaczęliśmy mieć oddzielne zainteresowania. Niestety, zaczęliśmy również się od siebie oddalać. Na boisku spotykaliśmy się już tylko czasami, a nasze rozmowy stały się mniej intymne. Po prostu każdy z nas zaczął myśleć kompletnie po swojemu, często inaczej niż większość. Baliśmy się odtrącenia. Nasza znajomość po prostu nie przetrwała próby.

Przyszedł czas "wahania nastrojów". Mogliśmy nie widywać się przez miesiąc, po czym przez tydzień dzień w dzień nasze nogi wspólnie wędrowały na boisko. Tak było lepiej. Przez długi czas rozłąki zbierało się wiele tematów do rozmowy, co nie owocowało niezręczną ciszą.

Wreszcie nastał huragan. Wyprowadziłem się z miasta. Widywaliśmy się jedynie w szkole. Początkowo było źle, rozpaczaliśmy, że to koniec. W praktyce okazało się, że wcale nie jest aż tak beznadziejnie. Znaleźliśmy sobie inne towarzystwa i każdemu było dobrze.

Przyszła jednak chwila, w której należało po huraganie posprzątać. Wyjechaliśmy razem na wakacje. Było super, jednak doskonale dało się dostrzec podziały, jakie się między nami wytworzyły. Czasami rozmawialiśmy ze sobą tylko z poczucia obowiązku. Prawie nigdy na poważnie. Z dawnych lat została w nas jedynie pasja do wygłupów.

Sprzątanie to okazało się tylko zgarnięciem śmieci pod dywan. Po wakacjach wszystko wróciło do normy. Były nawet momenty, w których się nie znaliśmy.

Po maturze nastało zapomnienie. Przypadkowe spotkania na ulicy, żadnych spontanicznych ruchów. Każdy miał swoje życie w oddzielnym środowisku.

Teraz każdy z nas studiuje. Dzielą nas duże odległości, bo każdy jest na innej uczelni. Widujemy się czasami na dworcach i w pociągach. Czasami nawet umawiamy się "na kiedyś", jednak jakoś nigdy te spotkania nie dochodzą do skutku.

Ja - przyszły dziennikarz. B. - przyszły księgowy. S. - przyszły specjalista od turystyki. D. - nawet nie wiem, nie widziałem go od ponad pół roku. Jeszcze tego pożałujemy. Oby tylko wtedy nie było za późno...


zabójca /zabojca@buziaczek.pl/