I TAK MARNIE SKOŃCZYSZ
Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy. Jeden taki szkielet po gruntownym zamroczeniu mózgowym wtacza się do późnowieczornego tramwaju, zmokły jak kura, z kapturem na głowie, trzymając w rękach niezbyt wypchany plecak. Pakuje się na pierwsze wolne miejsce, po czym bezceremonialnie opuszcza głowę na dół i zasypia,
Współpasażerowie obserwują bieg wydarzeń z widocznym zniesmaczeniem, czując wyraźną wyższość moralną nad osobnikiem, który przed chwilą chwiejnym krokiem pokonał osiemdziesięciocentymetrowy dystans dzielący drzwi i mało zdatne do spania metalowe siedzisko. Siedząca obok babcia z wnuczką obserwują zaistniałą scenę z przerażeniem:
- Babciu, co się stało temu panu?
- Nic wnusiu, ten pan ma chyba problemy z alkoholem
- Babciu, czy to menel?
- Karolinko, nie można tak mówić…
- A czemu on tak się zachowuje?
- Jak się nie będziesz się uczyć to też tak skończysz…
- A co on ma w plecaku?
- Pewnie jakieś wina czy coś…
Wtem do przedziału wpada dwudziestokilkuletni dżentelmen, dostrzega naszego menelskiego bohatera, podchodzi do niego, szturcha go w kolano i pyta:
- Ej, Andrzej, wstawaj, co Ci jest?
- Chrrr… Co… Gdzie… Hy? A… Cześć… Jeezu, gdzie ja jestem? Kurde, masakra, przez ostatnie trzy dni spałem pięć godzin, nie widziałem nic oprócz książki, a dzisiaj pół dnia siedziałem pod gabinetem profesora, żeby mnie łaskawie przyjął… Cholewa… Ledwo żyje… Mówię Ci, te studia mnie wykończą…