Anty



Wiem, nie prosiłeś mnie nigdy o nic, a dobrych rad masz potąd. Mimo to usiądź ze mną. Na chwilę? Nie, chwila nie wystarczy. Mam ci sporo do powiedzenia, ale to, co z tym zrobisz, nie zależy już ode mnie. Nie chcesz słuchać? Hm, wiedziałem że tak będzie. Co taki kolo jak ja może mieć do powiedzenia, nie, men?

A jednak.

Też nie chciałem słuchać krawaciarzy, tym bardziej nie słuchałem starych. Oni byli obok, nigdy tak naprawdę nie znaleźli się na mojej drodze. Fakt, czasami dochodziły mnie ich narzekania, docinki - ale ja to ignorowałem. Chociaż jak teraz sobie pomyślę, to to wcale nie było nic przeciwko mnie. Może tylko chcieli, żebym zrozumiał rzeczy, z których oni już dawno zdali sobie sprawę, w końcu przeżyli już kawał czasu. Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Wolę myśleć, że to oni przyłożyli do tego rękę, wszelkimi niepowodzeniami zacząłem obarczać ich, tak było wygodniej. Ale to też nie tak, od razu. Może po kolei?

Na początku bardzo się starałem. Wtedy było w miarę spokojnie, właściwie nic ze strony ojca mi nie groziło, gdy przynosiłem do domu same piątki. To było dawno, bardzo dawno. Jak przez mgłę pamiętam, za co jednak obrywałem - klocki na dywanie, urwane ucho od kubka. Powody znajdowały się zadziwiająco często, ale jak tak na to patrzę z perspektywy to chyba było takie zdarzenie, które mógłbym nazwać szokującym. Oto dzieciak, zaraz po Pierwszej Komunii, swoim nowym aparatem pstryka foki pijanemu ojcu śpiącemu nad talerzem z zupą. Co w tym dziwnego? Nic, może on po prostu chciał wypróbować nowy sprzęt. Nic, jeśli się nie wie, że w jego małej główce kiełkowały myśli, że może te zdjęcia przydadzą się na sprawę rozwodową...

Matkę kochałem, ale z czasem stał to się tylko substytut miłości. Widziałem to, jak była poniżana i niszczona psychicznie, chciałem tego rozwodu. Tylko spróbujcie wziąć rozwód gdzieś, gdzie wszyscy wiedzą o wszystkim, a pracy nie ma, bo szanowny małżonek kazał się jej zwolnić niedługo po ślubie. Ubezwłasnowolnienie może przybierać różne formy, postawiwszy ku niemu chociaż jeden, maleńki kroczek wpadamy po same uszy. Potem już nie ma odwrotu. Chyba, że ma się bogatego wujka w Krakowie. My nie mieliśmy.

Dosyć już o tym, w końcu nie ma co burzyć czyjegoś spokoju historyjkami o tym, jak to było źle i w ogóle. Co było potem... potem był przeskok, zwany też reformą edukacji. Wiecie - gimnazjum, eksperymentalny rocznik, te sprawy. Źle reagowałem na zmiany, co jednak zachwiało moimi wynikami jeszcze w nie tak dużym stopniu. Potem był pierwszy komputer i teraz widzę, że chyba przy okazji największy błąd. Ale to, co zawdzięczam matce, czyli jakaś tam część inteligencji wystarczyła, by bez specjalnego nakładu pracy wegetować na w sumie niezłych ocenach.

Zaczęło się przy wyborze szkoły średniej, który to wybór okazał się błędem numer dwa. Kiedy uczeń „czwórkowy” nagle spada w rejony średniej nieco jedynie powyżej dwóch, to już zaczyna się robić problem. Co to było? Zwykłe niedostosowanie nakładu pracy do nowych wymogów. Bo ja się nie przestałem tak zupełnie uczyć, po prostu nagły przeskok na osiemnaście przedmiotów, z czego ponad połowa mocno nielubianych - to się nie mogło skończyć inaczej. Potem przyszło mozolne odrabianie strat, chociaż w tunelu zawsze znajdzie się jakieś światełko. Tym światełkiem były nieliczne przedmioty humanistyczne. I Ona. Miała (ma, cholera, czemu piszę w czasie przeszłym?) na imię Justyna i była zjawiskiem, na jakie czeka się latami. Kiedyś mocno zastanawiałem się nad tym, jaki jest mój ideał kobiety. Po kilku miesiącach spędzonych w nowym otoczeniu już wiedziałem. Albo dalej nie wiem, łudząc się i zauroczenie nazywając wielką miłością. A prawda jest taka, że przez pierwszy rok nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. W drugim po prostu wykorzystałem pewną sytuację: Justynka miała dość wcześnie autobus i musiała zwalniać się z ostatniej lekcji niemal codziennie. Wymyśliłem więc bajeczkę, że nie wyrabiam się z dobiegnięciem do własnego busa - matka łyknęła to od razu i zwolnienie, piękne i świeżutkie, leżało na moim stoliku, następnie zostało wklejone do dziennika. Od tej pory pokonywałem po szkole dwie drogi: jedną na przystanek Justyny, jakiś kilometr do przejścia, następnie trasę dokładnie odwrotną, martwiąc się przy tym, czy nie wpadnę na nauczyciela, z którego lekcji danego dnia się zwolniłem.

Polubiłem poniedziałki, bo wtedy na sto procent mogłem być pewien, że dostanę pół godziny w świetnym towarzystwie. Czekałem niecierpliwie na koniec lekcji, łudząc się, że może tym razem uda mi się wyznać swoje uczucia. Nie udało się nigdy i tak ciągnę do dzisiaj.

Z miłością bardzo silnie związana jest nienawiść, tak było i w moim przypadku. Po roku względnej sielanki (chociaż dla innych będzie to zaledwie namiastka szczęścia, albo wręcz masochizm) coś się zmieniło. Najpierw zmienił się rozkład jej autobusu - teraz nie musiała opuszczać zajęć. Straciłem więc naturalną już formę kontaktu z Justynką, w dodatku ta mocno zakumplowała się z moim... no właśnie, teraz już chyba byłym kolegą. Bolało bardzo, kiedy widziałem ich razem na szkolnym korytarzu i chociaż nie byli parą, to świetnie się razem bawili. Co mogę dodać? Szczerze znienawidziłem chłopaka, zacząłem się zastanawiać, co on takiego ma w sobie. Jest niski, niezbyt przystojny i do tego zwykle dość chamski. Próbowałem to sobie tłumaczyć, że jeśli takie coś jak on jej odpowiada, to widocznie sama jest podobna, ale to było za proste. Ponadto nie dawało się, po prostu awykonalnym było uwierzyć, że ona może mieć jakieś wady.

Ale zostawmy to, chyba starczy wynurzeń. Kim stałem się w ciągu lat spędzonych w technikum? Na pewno nie kimś lepszym. Zacząłem olewać sobie wiele rzeczy, nie przykładałem się do niczego i pewnie w tym momencie bardzo bym już tego żałował, ale nie - zawsze dobrze wypadałem na wszelkich testach „podsumowujących” - czy to był ten pogimnazjalny, czy jakiś Kangur, czy próbna matura. Ta, zamiast mnie otrzeźwić, wypadła zadziwiająco dobrze. Nagle z mocno średniego ucznia stałem się pierwszoplanową postacią. Przynajmniej na moment rodzice dali mi spokój - z procentami, przedstawionymi czarno na białym, trudno się przecież kłócić. Co więc jest teraz? Marnuję końcówkę ferii. Nie zrobiłem w tym czasie absolutnie nic, dalej wyznając filozofię „zrobię jutro” i nie zauważając, że następne miesiące będą już naprawdę decydujące dla mojej przyszłości. Właściwie moją jedyną szansą są studia dzienne - jeśli się na nie nie dostanę, cóż, różowo na pewno nie będzie. Rozejrzę się za jakąś pracą (wojsko mam z głowy), ale co ja tu znajdę? Nawet, jeśli zostanę gdzieś przyjęty, to nie ma tu nic, co pozwoliłoby mi się rozwijać albo przynajmniej dawałoby satysfakcję.

Piszę ciurkiem, ale może tak jest lepiej. Zobojętnienie, rozczarowanie. Jedno wyniknęło z drugiego, a drugie nie mogło żyć bez pierwszego. Na wszystko ciągle te same tłumaczenia, że to nie moja wina, gdyby mi się inaczej ułożyło, gdybym miał, gdyby mnie...

Tłumaczenia te same, ale tylko przed samym sobą. Nie powiem tego osobie, która mnie urodziła, dla której byłem trzecim z kolei dzieckiem i jednocześnie jedynym, bo gdyby oni nie odeszli - nie byłoby mnie. Jej nie rzucę prosto w oczy odzywki, że przecież sama sobie wybrała męża, który stworzył w domu takie, a nie inne warunki. Nie zrobię tego, bo już stanowczo zbyt wiele razy widziałem w tych oczach łzy.

Ja, lat dziewiętnaście, antyholik. Całe życie na nie. Chcę z tym walczyć.



Tuxedo