|
Podobno samobójstwo przestało szokować. Widok
zdesperowanego i bardzo martwego pryszczatolatka, który dynda pod gałęzią,
nie jest już powodem do podziwu dla jego odwagi. Teraz symbolizuje żałosne
tchórzostwo.
Ostatnio moje uszęta często wyłapują z otoczenia
rozmowy nt. wzrostu autodestrukcji nastolatków. Bo jeden ma w dzienniku
same lufy; bo drugiego olała dziewczyna; trzeci za dużo zastanawiał się
nad światem; czwarty zaś nie podołał rodzinnej tragedii i tak dalej, i tak
dalej. Ja osobiście w najbliższych planach nie mam zamiaru się
przekręcać, bo a) nie mam powodu, b) zrujnowałbym psychicznie moją
rodzinę, c) po prostu się boję. Tak, prędzej poluzowałbym zwieracze
podczas rozwolnienia, niż wziął błyszczącą jednorazówkę i poszlachtal
sobie żyły. Powodów również ku temu nie posiadam, bo ciągłe laczki w
szkolnym dzienniku lub rozrzedzanie się płci pięknej wkoło mojej osoby są
za mało sugestywne. Ponadto, nie ukrywam, chciałbym, by mnie w jakiś
sposób zapamiętano. Wiem, że w czasie, gdy zostanie ze mnie cmentarny
nawóz, nie za bardzo będę świadom tego, iż ktoś kojarzy moje nazwisko. Ale
teraz, póki gniotę moimi adidasami miejskie chodniki, miło jest pomyśleć o
przyszłości, w której jestem obecny tylko w głowach tego dwunożnego bydła,
zwanego ludźmi. Z drugiej jednak strony na taki pośmiertny prestiż trzeba,
przepraszam, zapierdalać jak dobrze karmiony wół, a ja jestem na to zbyt
leniwy i życiowy staż niewielki mam. Ale właśnie...
Ciekawi mnie,
ile procent z amatorów tego jednorazowego wyskoku robi to z wspomnianej
przed sekundą chęci bycia zapamiętanym. Bo, przyznaję, wybicie się ponad
szarą przeciętność oraz zakończenie tego skoku nagłym i niezapowiedzianym
strzałem w łeb nakręca pamięć o osobie. Dajmy takiego Kurta Cobaina.
Najbardziej znany desperat na gitarowej scenie. Jego legenda w dużym
stopniu polega na trajektorii pocisku, który zrobił z jego przećpanego łba
karmik dla ptaków. Ta śmierć poza wdową i córeczką pozostawiła nazwisko
Cobain w głowach glaniarzy z wielu nadchodzących pokoleń. Jestem
przekonany, że gdyby spudłował, jak Bobek z Huty99, i dalej szarpał
struny, by prześcignąć "Smells Like Teen Spirit", jego aktualny status
byłby znacznie mniej imponujący. Natomiast wątpię, by taki samotny
szarak, siedzący sam w szkolnej ławce, zabłysnął w polskich obywatelach -
nie mówiąc już o zagranicznych - samym samobójstwem, nawet gdyby dokonał
tego w domu sprofanowanego Wielkiego Brata. W takim przypadku osobnik
stałby się dodatkowymi godzinami pracy dla plotkarzy z Faktu i Bravo, może
napisem na koszulce, ale nic więcej. Samodzielna, dobrowolna śmierć
uwieńcza tylko już i tak wysoką pozycję. Dzięki temu ktoś pokroju
rzeczonego grunge'owca uwieczni swoją chwałę, sprawi, że plakaty z jego
facjatą zawisną nad milionami łóżek na świecie. Trzeba mieć dużo ikry, aby
tego dokonać... albo heroinę w żyłach, zamiast krwi, co jest względnie
łatwiejsze.
Nie krytykuję samobójców, czy to samobójca trzeźwy czy
naszprycowany/nawąchany/nadmuchany. Jestem za wolnością, więc jeżeli komuś
spieszno do piekielnego piekarnika na wieczne potępienie, proszę bardzo,
droga wolna. Byłoby tylko o wiele milej ze strony denatów, gdyby swoje
zamiary chomikowali przed ludźmi - przynajmniej postronnymi - bo
faktycznie nie ma niż żenującego, niż anonimowy, roznerwicowany i w
dodatku jeszcze żywy trup. |