"Z pamiętnika nieśmiałego człowieka"

Jest to mój pierwszy tekst dla Was. Action Maga czytam od niedawna, a ściślej - wstyd przyznać - od trzech\ czterech numerów wstecz. Bardzo mi się AM spodobał i zabierałam się od razu do napisania czegoś. Ale do rzeczy.

Czytam sobie, czytam, a tu mi piszą o nieśmiałych ludziach. Już wcześniej mnie to denerwowało - gdziekolwiek by nie pisali o problemie nieśmiałości, genialną metodą jej zwalczenia jest... przełamanie się! Och, ależ to bystre, w życiu bym sama na to nie wpadła, żeby się przełamać i mieć problem z głowy. Niestety łatwo to tylko napisać, a wykonać trudniej, zwłaszcza, że nieśmiałość jest sama w sobie niemożnością przełamania się. Ale do wszystkich ekstremalnie nieśmiałych: można to zrobić! Jestem na to żywym dowodem.

Pierwsza klasa liceum, nowie koleżanki, nowi koledzy, w klasie nikogo znajomego. Myślę: wszystko będzie OK. No i dobra, kilkoro bliższych znajomków, ale z resztą klasy dalej problem. Słowa nie wypowiem. Dobry Boże (przepraszam), jaki to koszmar, z własnej winy nie móc się wyrazić! Na każdy temat mogłabym rzec coś ciekawego, często zabawnego, ale nie dałam rady. Blokada. Bardzo chciałam, by ktoś z klasy podsłuchał, jak rozmawiam z przyjaciółką z poprzednich szkół - zero jakichkolwiek zahamowań. A proszę, rozdzielamy się przy szatni, podchodzę do kogoś z nowej klasy, lub ktoś do mnie i już mam usta zasznurowane, wypowiedzi sztywne, żarty bez sensu. Myślę, czy nie powiem czegoś głupiego. Gdy inni rozmawiają, nie wtrącam się, słucham. Gdy pytają mnie o coś, odpowiadam lakonicznie, choć w umyśle mam inną odpowiedź, tę moją, która niestety nie może mi przejść przez gardło.

Kolejna partia czasu. Czasem powiem coś normalnego, pośmieję się z kolegami z innych kolegów lub nauczycieli, ponarzekam. Ale i tak większość tego, co chcę powiedzieć, pozostaje tylko chceniem, a nie słowami. Pragnę (nie lubię tego słowa), żeby ktoś powiedział: "Poznałem się na tobie, jesteś bystrzejsza, niż myślałem, dlaczego nic nie mówisz, chociaż tak dużo wiesz?". Dalej powtarzam sobie codziennie: "Od jutra będę się dużo udzielać i normalnie i bez nerwów rozmawiać z innymi". Nic z tego.

Kolejne tygodnie. Święta. Wigilia szkolna. Miało na wigilii nic nie być, ale było przyjemnie. Mieliśmy opłatek, choć nie wiem skąd, bo mieliśmy go olać i nie przynosić. Składaliśmy sobie życzenia. Och, jak to dobrze, że przyszłam wtedy do szkoły. Zapamiętam je przez długi czas. "Żebyś się tak nie denerwowała, bo ty dużo wiesz, a mało o tym mówisz", "Żebyś dalej była taka fajna i żebyś się dalej rozkręcała". I od nauczycieli: "Żeby było więcej takich uczniów jak ty", "Żebyś nie siedziała taka smutna w tych pierwszych ławkach". Na to ostatnie chciałam zaprotestować, że przecież śmieję się z innymi, jak dzieje się coś śmiesznego, ale po prostu sił mi zabrakło. To prawda, siedzę ponuro w jak nie pierwszych, to drugich ławkach i słowem się nieproszona nie odezwę. A proszona, to krótko i w bólach rodzę tę wypowiedź. W tę szkolną wigilię złożyłam życzenia niemal wszystkim, z którymi mam styczność i myślę sobie: "Nie no, teraz, to jest zawijaście, na pewno już wszystko będzie OK", taki miałam dobry humor. Byłoby super, ale nie starczyło go na po świętach. W dwa tygodnie przyjemne wrażenia trochę się ulotniły.

I znów to samo, cicho - sza. Ale oto nadszedł ten dzień. Ja pierniczę, co to było! Dostałam cztery z fizyki!! No, po prostu nie dało rady nie chodzić cały dzień z bananem na twarzy. I język mi się jakoś rozwiązał - po prostu - myślę - cud nad Wartą! To było trzy dni temu. Poza tym chodzę wcześniej spać, żebym nie chodziła po szkole taka przymulona. Mam nadzieję, że powera starczy mi na bardzo długo, aż powiem tyle, żeby nie było odwrotu, żeby nie było żadnej innej opcji, jak tylko mówić dalej. Już nie martwię się, że gadam o głupotach. Przynajmniej mam z kim.

Słowo na koniec? Cztery miesiące zajęło mi wprowadzanie prostego polecenia w życie. Niech mi teraz ktoś napisze/ powie, że wystarczy TYLKO się przełamać, to mu wyrwę głowę razem z kręgosłupem. I niech - mimo wszystko - żyje fizyka i pan G. (u którego tak trudno o ocenę pozytywną, o czwórkach już nie mówiąc)! 



P.S.:Tego (P.S.) można się było spodziewać. To - jak wspomniałam - mój pierwszy tekst oddany na rzeź i jako człowiek wielce zainteresowany cudzym zdaniem o mnie, otwarta jestem na wszelkie komentarze i krytykę. Problem w tym, że nie mam internetu poza szkołą, a i to nie zawsze, więc będę się musiała nauczyć paru rzeczy propos tego.


P.S.2:Historia w 100% oparta na faktach, więc pisało się samo, przy muzyce... operowej. A zdecydowałam się napisać pod wpływem "Chcę zaistnieć" (KoBzOn), że kiedyś to człowiek pisał o rzeczach normalnych, zwykłych itp.


Do usłyszenia - 
- Niare D'Shay