To nie był film
(Dramat bez aktów, z morałem może i bolesnym, acz łacno możliwym do przewidzenia i odgadnięcia)
Zagrzmiało. Wojtek pomyślał, że w ten sposób zaczyna się większość kiepskich opowiadań. Ale co miał robić, skoro naprawdę na zewnątrz szalała burza, a kolejne błyskawice przecinały niebo z łatwością noża wbijającego się w masło w telewizyjnych reklamach.
Zagrzmiało ponownie. Wojtek był już poważnie zdenerwowany: oto od dwóch godzin nie mógł połączyć się z internetem, tymczasem po drugiej stronie kabla czekała na niego ONA. Czyli po prostu Beata. Przynajmniej tak się przedstawiła. Szybko pisała, zwykle dość inteligentnie, naprawdę niewiele trzeba, by rozkochać w sobie samotnego nastolatka za pomocą zwykłego komunikatora. Kiedy okazało się, że mieszkają w jednym mieście, pomyślał „nie, to już się naprawdę robi książkowa historia - w prawdziwym życiu takie rzeczy się nie zdarzają”. A jednak, właśnie dziś mieli się umówić na pierwsze spotkanie. Cholerna burza. Idioci z elektrowni.
W tym samym czasie, kilka ulic dalej, trzynastoletnia Beatka Malejko prosiła, błagała wręcz tatusia by pozwolił jej skorzystać z laptopa. Tatko był jednak nieprzejednany, nie chciał uzależnić dziecka od internetu. A może po prostu bał się o to, że sprzęt może szlag trafić? Nieważne. Dla dziewczynki liczyło się tylko to, że prawdopodobnie straciła swoją życiową szansę. Pojutrze był w szkole wielki bal andrzejkowy, a ona już pochwaliła się koleżankom, że przyjdzie z własnym facetem. Właściwie to pochwaliła się mocno na wyrost, by nie rzec - bezpodstawnie. W końcu mieli spotkać się dopiero na tym balu, to znaczy ON jeszcze o tym nie wiedział (i już się pewnie nie dowie), ale ona była pewna, że jak tylko ją zobaczy, błyskawicznie się zakocha. Jak w filmach.
Beatce nie przeszkadzała świadomość, że Wojtek uważał ją za wysoką i zgrabną osiemnastolatkę. Skłamała tylko troszkę, troszeczkę, tycieńkę. W rzeczywistości była mała, ruda i piegowata, ale jak mniemała wysokie obcasy, miniówka i ostry makijaż odmienią ją zupełnie (jak w tym reality „Dom nie do poznania”). Tyle że tutaj szło nie o jakieś przemeblowanie, a o jej image (z franc. „i-masz”(z pol. babo placek)).
Tymczasem napięcie w domu Wojtka narastało. Chłopak miotał się z kąta w kat, ciskając nienawistne spojrzenia to w kierunku okna, to w stronę spokojnie siedzących na swych fotelach rodziców. Przestraszył się nawet kot, który porzuciwszy rozchełstany kłębek wełny czmychnął w okolice pieca. To znaczy piec wcale nie był piecem, a nowoczesną kuchenką gazową, ale kot był staroświecki i wolał stosować tradycyjne nazewnictwo.
Świtało, kiedy Wojtek otworzył lewe oko. Ułamek nanosekundy później był już na nogach, ubrany i przygotowany do włączenia komputera. Przykra niespodzianka: prądu nadal nie było. Załamanie było blisko, tyle zachodu i nic. Co on teraz powie kumplom? Przecież już załatwił sobie na imprezę pełnoletnią panienkę, jak się teraz pokaże bez niej? Nie, nie może tak tego zostawić... zaraz, przecież miał gdzieś jej numer... nie dzwonił wcześniej, bo nie chciał, by głos zdradził jego młody wiek. Naściemniał trochę w mailach, ale nie na tyle, by nie mógł tego odkręcić jego urok osobisty i gadka (o tym, że Wojtek „miał gadane” wiedzieli wszyscy, szczególnie rówieśnicy zadziwiająco często oddający mu swoje drugie śniadania i nie mający najmniejszego pojęcia, czemu to robili).
Zadzwonił, ona odebrała. Oboje próbowali zaprosić się na dyskotekę, ale jakoś nie mogli dojść do porozumienia. Nic zresztą dziwnego, oboje mieli już „zajęty” jeden i ten sam termin. W końcu postanowili się umówić jeszcze tego samego dnia i ustalić wszystko osobiście. Koniec płomiennego, internetowego romansu zbliżał się wielkimi krokami.
Kiedy Wojtek w kawiarni nie dostrzegł nikogo oprócz swojej trochę zwariowanej koleżanki z klasy, zdenerwował się dodatkowo. Jeszcze smarkula go wyda przed jego nową panną! Beatka miała podobne odczucia, ona jednak szybciej zorientowała się, że oboje trzymają w rękach ustalony znak rozpoznawczy - paczkę tic-taców. Pojąwszy grozę chwili spróbowała jakoś dyskretnie je schować, ale było za późno. Wojtek wpatrywał się w jej dłonie trzymające opakowanie niskokalorycznych drażetek i powoli zaczął płonąć. Rumieńcem. Beatka wstała, nie mniej czerwona. Pogratulowała koledze żartu, strzeliła go w pysk i opuściła lokal. Chłopak stał dalej, nerwowo rozglądając się na boki i zaczynając już powoli szukać dobrej wymówki, która pomoże mu zachować twarz przed kolegami.
Beatka miała już rozwiązanie problemu. Powie po prostu „bo to zboczeniec był i tyle”.
Tuxedo