|
Robię w słowach. Bez cienia hipokryzji mogę
stwierdzić, że to fajne. Bezpiecznie i bez skrępowania mogę puścić
binarno-słownego bąka, mimo iż nie jest kierowany przez żadną myśl
przewodnią (zupełnie jak teraz). To też jest fajne.

Wiecie, co takiego pcha mnie do ciągłego tworzenia tekstów? Mógłbym pójść
na łatwiznę i chwycić się najbardziej trywialnego usprawiedliwienia, czyli
"piszę dla siebie". Jedno tylko mi na to nie pozwala - nie lubię kłamać.
Gdybym tworzył, niczym rasowy samolub, tylko i wyłącznie dla siebie, wtedy
efekty tego artyzmu (bezczelnie profanuję to słowo, wiem) chomikowałbym w
bezpiecznie ukrytym zakamarku twardego dysku. A tak, jak widać, nie robię.
Powodem nieustannego płodzenia moich elaboratów (oj, już druga profanacja)
są ludzie, których właściwie nie znam, bo przez chwilę byli "tylko" moimi
czytelnikami. Poświęcili tak cenny dzisiaj czas i wchłonęli każde moje
słowo. Potem, jeżeli moja praca w jakiś sposób ich poruszy - pozytywnie
lub negatywnie - dopadają własne klawiatury, by w emailu mnie o tym
poinformować. I to również jest fajne.
Właśnie czytelnicy powodują wzwód mojej - i zapewne nie tylko mojej -
twórczości. Nie jest to zbytnio odkrywcze, zdaję sobie z tego sprawę. Nie
ma to, jak po podłym dniu w jeszcze podlejszej szkole zasiąść przed
monitorem i wyświetlić na nim list, przepełniony ciepłą aprobatą. Lepsze
niż cytrynkowy kisiel. Nie istniałbym już na tej scenie, gdybym po
wysłaniu pierwszych tekstów (nie tylko do AM) otrzymał liściki tylko z
krytyką i szczerymi radami, bym zajął się aerodynamiką, hodowlą
koszatniczek pospolitych lub tworzeniem moherowej opozycji, ale, na rany
Chrystusa, nie kaleczył sztuki pisania. Szczęście dla writerskiej sceny
było, zauważcie, niesamowicie blisko.
Zrobiłem się ostatnio sentymentalny. Wspominam moje początki, mimo iż nie
dzieli mnie od nich dużo czasu. Ale lubię przypomnieć sobie, że kiedyś
świadomość bycia amatorskim i niezależnym felietonistą lub, jak w moim
przypadku, jego skromną imitacją, była powodem do poprawienia sobie
dupnego humoru. Bo publikując, zyskujesz swoich zwolenników, których ilość
nie jest ważna - byle większa od przeciwników. I zgadnijcie...
To też jest fajne.
Lecz jako felietonista mogę niespodziewanie i bardzo niechcący utknąć w
martwym punkcie.
I to już nie jest fajne.. |