Sposobem

Siema! ;)

Chciałem być wielkim murarzem, tynkarzem, malarzem, glazurnikiem, hydraulikiem, gościem układającym dachówki, elektrykiem i jeszcze wieloma innymi typami pracującymi na codzień na różnorakich budowach. Niestety, perspektywa kształcenia się w wyżej wymienionych profesjach, odpłynęła wraz z rozpoczęciem budowy domu systemem gospodarczym przez moją rodzinkę. ;) System gospodarczy opiera się w dużej mierze na tym, że nie dysponując w sumie żadnymi środkami oszczędnościami lub ich niewielką ilością, chcemy stworzyć coś jak najmniejszym nakładem środków stosując zasadę- przecież dużo rzeczy można zrobić samodzielnie. W sumie to sama idea jest bardzo dobra, bo po co wydawać dużo kasy na fachowców, którzy może i mają niezłe umiejętności, ale ich cennik jest mocno wyśróbowany, jeśli można zrobić coś samemu, ewentualnie prosząc o pomoc najbliższą rodzinę. Czytaj: swojego syna - miekkiego.

System gospodarczy zbytnio mi się nie uśmiechał i dzisiaj kiedy po czterech latach wreszcie wprowadzam się do wymarzonego domku muszę was ostrzec - NIGDY NIE BUDUJCIE SYSTEMEM GOSPODARCZYM!! ;pp

Wszystko zaczęło się jak już wspominałem wyżej około pięciu lat temu, gdy kupiliśmy dwuhektarową działkę po lądowisku helikopterów nieopodal miasta. Na początku, z kasą było nieźle, mamusia pracowała, tatuś miał prywatną firmę, a i koniunktura była sprzyjąjąca, dlatego duży warsztat na samochód ciężarowy, ewentualnie dźwig nie był problemem. Tatuś zadzwonił po wujka z okolic Kalisza, który wraz ze swoim synem od rana do nocy ciągnęli budowę i tak się rozpędzili, że po dwóch latach można było się cieszyć nie tylko z dużego garażu, ale także ze stanu surowego domku. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie przyszły gorsze czasy, mamusi nie zwolnili z banku, a biznes z bronią dalej się kręcił... ekhm.. Tak czy siak musiałem ruszyć wysportowane pośladki (żeby nie powiedzieć brzydziej ;) sprzed komputera i wyruszyć na wielką próbę jaką niewątpliwie była budowa domku.

Owszem, wcześniej pomagałem, ale to co musiałem robić od tej pory przeszło moje oczekiwania. Chociaż pracę rozpoczynałem dopiero w piątek wieczorem, a trwała ona tylko do soboty, to i tak mam takie doświadczenie w budowie jak niejeden absolwent technikum budowlanego. ;) Długo można by pokazywać w szkołach ścianki działowe, które przyszło mi stawiać, jako - TAK NIE NALEŻY BUDOWAĆ ŚCIAN. Podobnie rzecz się miała z tynkowaniem. Może sama czynność tynkowania, a nawet i zawód tynkarza wydaje się niektórym wyjątkowo śmieszny, to należy zauważyć, że proste otynkowanie ściany jest wyczynem naprawdę karkołomnym. Zrobienie dobrej zaprawy, utrzymanie pionu (wcale nie mówię tu o lufach Komandosa podczas męczącej pracy ;p) czy wreszcie dokładne zatarcie było niestety dla mnie czymś nie osiągalnym. ;) Gdy w końcu jako tako opanowałem sztukę tynkowania (na razie tylko komina na strychu, ale zawsze) okazało się, że został zatrudniony tynkarz. Pan dosyć wiekowy, acz na swym fachu znał się podobno nadzwyczaj dobrze. Jeśli zna się dobrze, to po co kontrolować go na każdym kroku. Kuchnię zrobił dobrze-tak właśnie pomyślał mój tato i zakończył chodzenie od narożnika do narożnika z poziomicą. To był wielki błąd. Kolejna wielka prawda budowlanego miszcza miekkiego brzmi- NIGDY NIE UFAJ FACHOWCOM. Gość wziął sumę niemałą, bo coś około 4 tysięcy złociszy i pojechał do pracy w Austrii. Po nim, jako naturalna kolej rzeczy przyszedł kolejny fachowiec, który umiał (podobno) robić gładź szpachlową na ścianie. Chodzi o taką miałą cienką warstwę gipsową na ścianie, nakładaną na tynk tradycyjny. Ów pan był ewenementem na naszej budowie. Pierwszego dnia przyjechał swoim rozlatującym się oplem Kadettem, obejrzał dom, ściany i stwierdził, że zapomniał sprzętu. Spoko, spoko. Pojechał po sprzęt i wrócił za dwa dni. Tłumaczył się problemami zdrowotnymi córki. Popracował trzy godziny i pojechał do szpitala. Przyjechał następnego dnia. (ach, szybkość jego pracy była ogromna ;p) Już na samym wstępie odegrał piękną scenę, w której niczym klasowy aktor przedstawił swoją sytuację. Otóż jego malutka córeczka zachorowała i jest podejrzenie o raka. Po drodze jeszcze urwał mu się tłumik w Kadecie, a on jeszcze dziś musi jechać do Wrocławia. Spoko, Michał zrobi panu ten tłumik, niech pan dzisiaj nie pracuje i jedzie do córki. Hmmm.. mnie się taki obrót spraw niezbyt podobał, ale co mus to mus. Pospawałem tłumik, a gość w międzyczasie poprosił mojego ojca o 200 złotych zaliczki. No cóż, jeśli facet ma trudną sytuację to dlaczego nie dać mu tych dwóch stówek? Pan od gładzi szpachlowej już nigdy nie pojawił się na naszej budowie. Kolejna rada - NIGDY NIE DAWAJ ZALICZEK!!

Następnym fachowcem był niedościgniony wzór fachowców i miszcz nad miszczami w układaniu glazury, czyli pan Czesław. Znajomy dziadka z Fabryki Maszyn Budowlanych w Głogowie. Ogólnie starszy pan, około 50 lat, który swoją ogólną postawą wobec świata (nie tylko zabawną ;p) powodował u mnie bóle żołądka. Jego zadanie było proste. Za uzgodnioną kwotę 20 złotych za metr kwadratowy (profesjonalne firmy biorą złotych 25) miał ułożyć płytki w łazienkach oraz w kuchni. Na początku zaczął w malutkiej łazience 2x2, w której miała stać tylko kabina prysznicowa, kibelek i umywalka. Po miesiącu była gotowa. No cóż.. Jeśli bym wiedział, jakie ma tempo, może załatwiłbym kogoś z Księgi Rekordów Guinessa. Na pytanie, dlaczego robi pan tak wolno odpowiadał z wrodzonym wdziękiem - ja tak już robię. Wolno, ale dokładnie. Po tym ja zniszczył wszystkie płytki na ścianie w kuchni (każda ma uszczerbki na obrzeżach) pan Czesław został wyrzucony z budowy (a raczej sam uciekł). Zyskał jednak miano najszybszego glazurnika w mieście. Jak się potem okazało sam ułożyłem płytki w pomieszczeniu gospodarczym (3x2) i zajęło mi to bez mała cztery godziny. 

Po nim oczywiście mój tatuś, który jak zwykle na chęci zaoszczędzenia stracił, zadzwonił po profesjonalną firmę, która za cenę 25 złotych ułożyła w dwa tygodnie wszystko, łącznie z przedpokojem, kuchnią, łazienką i częścią salonu. Kolejna rada? NIGDY NIE UFAJ SAMOZWAŃCZYM FACHOWCOM, KTÓRZY ROBIĄ WSZYSTKO ZA POŁOWĘ CENY. Firmy, w dobie walki o klientów, robią wszystko, by ich usługi były jak najlepsze, dlatego warto dołożyć kilka złotych otrzymując wzamian pełną satysfakcję. Cholera, to brzmi jak reklama proszku do prania. 

Większość prac wykonywanych przeze mnie wcale nie okazała się takimi trudnymi jak mogłoby się wydawać. Banalne było malowanie, ocieplanie budynku i zakładanie instalacji elektrycznej wraz z gniazdkami itepe. Jeśli tylko jest możliwość, by ktoś zademonstrował ci ogólne zasady pracy, z resztą nie ma problemu, choć mówią, że dobrze buduje się dopiero trzeci dom. Pierwszy jest dla wrogów. ;) Może w moim przypadku się to nie sprawdzi, taką mam nadzieje. Zachęcam jednak do próbowania wszelkiej maści prac budowlanych, bo stwarzają wiele zabawnych sytuacji. Gdy patrzę na te kilka lat z perspektywy czasu, to traktuję to jako jedną wielką zabawę dużymi klockami lego. ;) Było bardzo miło, choć w całość trzeba było włożyć sporo sił, a także nieco serca (szczególnie przy moim pokoju ;). Niewątpliwym plusem jest też możliwość obcowania z ludźmi, których w życiu byśmy nie spotkali, na przykład z panem Czesiem, który zamiast wymarzonej Toyoty, którą kupować jeździł chyba pięć razy i która kosztowała 60 tysięcy i miała wszystkie bajery prócz skóry, jeździ rowerem, lub z gościem, który podczas układania dachówek na kościele (największym w mieście, z cholernie stromym dachem) poślizgnął się i zjeżdżał w dół zdzierając sobie paznokcie aż do krwi. Pod koniec uderzył z całej siły nogą w dachówkę, która pękła i jakimś cudem zdołał się złapać.

No i to niesamowite powiedzenie, że "sposobem to i nagiemu w kieszeń nasrasz". ;pp Właśnie ono w stu procentach oddaje charakter budowania domu systemem gospodarczym. ;)

pozdro


miekki (miekki@actionmag.net) 

np. MINI MAX PR.3. PR - niedziela 21.00-24.00, słuchać!