DLACZEGO
NIE WARTO CHODZIĆ NA DYSKOTEKI
„My
aim is locked,
Bringin’
the noise,
Bringin’
the voice
To
get you schoked,
But
only if you feel this shit”
Method - Man
To znowu ona. Moja komórka. Mieliście może kiedyś taką sytuację, że wasza komórka dzwoni w nieodpowiednim momencie? Bywa. Tylko, że ja mam ten problem bardzo często. Mogę pół dnia leżeć blisko niej, umieszczonej na szafce i oprócz kilku sygnałów (popularne „szczałki” ) nawet nie dźwięknie. Wystarczy, że ruszę się do następnego pokoju i już ktoś dzwoni z interesem. Albo pójdę do łazienki. Bez wyjątku. Żałuję, że na komórce nie ma panelu z wyborem opcji niedostępny. A i jakiś fajny opis by się przydał.
Pamiętacie Pawła, z mojego pierwszego arta o dyskotekach? Tak, dobrze kombinujecie, to właśnie on dzwonił. Stary wyjadacz dyskotek, ziomal nie z tej ziemi, swój chłop.
-Się masz Artur, co tam robisz?
-Siedzę- odpowiadam, choć akurat stałem. Pomijajmy szczegóły.
-A co będziesz robił wieczorkiem.
-Siedział. A co?- odpowiadam wietrząc jakąś sprawę.
-Pomyślałem, że może miałbyś ochotę na wizytę w jakimś ciekawym lokalu- owijał w bawełnę. Źle zinterpretowałem jego słowa.
-Znowu do pubu? Człowieku, wczoraj wydawało mi się, że umieram. Bawcie się dobrze, ale nie idę.
-Nie, nie do pubu. Mamy zamiar wybrać się na dyskę, do <ciach!>.
Jakbyśmy tam mieli nie pić, pomyślałem, ale poddałem się. Wiem, że kac nieleczony mija po 1 dniu, a leczony, po 10, ale to był kac gigant i wolałem go zapić niż z nim żyć. Poza tym perspektywa przebywania w domu w nudny, zimowy wieczór nie była zbyt zachęcająca. Wybrałem, więc mniejsze zło.
-Dobra, niech będzie. Przyjedźcie po mnie o jakiejś siódmej- podałem termin, patrząc na zegarek. 20 po piątej, powinni się mendy wyrobić.
-Będziemy o szóstej- odpowiada mi Paweł.
-Upadłeś na głowę?! (wersja złagodzona- przypominam JA :P ) Będziemy sterczeć pod <ciach!- inny niż poprzedni> godzinę.
-Nie jedziemy do <ciachu linijkę wyżej> tylko do <ciach jedenaście linijek wyżej>.
-To chyba gdzieś poza miastem.
-Jak najbardziej- upewnia mnie w mojej racji Paweł- To nowa dyskoteka, 20 km za. Jachu jedzie z nami to nas zawiezie. Podobno wypas, więc odpicuj się jakoś. Pamiętaj, będziemy tam po raz pierwszy i trzeba zrobić dobre wrażenie- poucza mnie złośliwie Paweł.
-Cóż, ja zdążę, a tobie operacji plastycznej w pół godziny nie przeprowadzą- odpowiadam pełnym złośliwości głosem, ale mimo to radosnym. Ostatnie doświadczenia z dyskotekami, były jak najbardziej pozytywne. Poznałem wiele osób na przestrzeni tych paru miesięcy, odkąd wznowiłem swoją aktywność w tych rejonach po dość długiej nieobecności, no i dobrze się bawiłem. Alkohol, miejsce do tańczenia i odurzenie wywołane duchotą czynią cuda.
W dodatku będzie to nowe miejsce, więc nowe „towarki”, jak to się teraz modnie określa. Może będą też jakieś „cipliderki” lokalnej drużyny/koszykarskiej/piłkarskiej/cholera_wie_jakiej_jeszcze. Słowem same plusy („To zdanie, które teraz czytacie znajdzie się w AM - Peryskop #72” tak, to jest prowokacja!)
Czemu miałbym się nie wybrać?
O zapowiedzianej godzinie pojawili się kolesie. Ubraliśmy się jak kolesie z kiczowatego ziomalsko-blokowiskowego teledysku. Chłopaki wyglądali jeszcze w miarę normalnie, ale wymiękli przy mnie. Długie, niebieskie jeansy, niebieska koszulka z kapturem, na którą założyłem jeszcze białą, koszykarską koszulkę Allena Iversona. Nic tylko dać jakiemuś 50 Centowi, albo Faboulosowi do klipu, bez gadania. Mniejsza o to, zwłaszcza, że ta moja powierzchowność do zwracania uwagi, co było jej celem, nadawała się idealnie. A biały się ładnie odbija w świetle pseudo laserów.
Samochód, którym jechaliśmy, nie prezentował się zbyt efektownie, ale w końcu nie o to chodzi. Miał mieć mocny system audio i wywoływać palpitację serca u każdego, obok którego przyjeżdżamy. No i miał szyberdach, przez który można było wyglądać. Słowem, wszystko co potrzebne do drogi.
Te paręnaście kilometrów drogi przemilczę. Idiotyczne śpiewy, zagłuszane przez muzykę, odgłosy mlaskania kolejnych rozsypujących się wokół paczek chipsów i otwierania kolejnych browarów, co by zrobić podkład przed klubem i zaoszczędzić (w Arenie zrzynają za piwo 4 zł, frajery jedne :P ). Niczym nie wyróżniająca się pielgrzymka pędząca do swojego miejsca kultu, czyli dyskoteki. Gdyby ktoś nas wtedy sfilmował, trafilibyśmy pewnie do jakiejś nisko budżetowej, kretyńskiej komedii młodzieżowej. Chyba byłbym z tego nawet zadowolony.
Pod klubem pojawiliśmy się na krótko przed otwarciem jego „bram”. Jak okazało się na miejscu, pomysł z oszczędzaniem przyszedł do genialnych głów nie tylko nam. Podkład piwem robiło około 100 osób stłoczone przed wejściem, bądź stojąc i rozmawiając, bądź siedząc w samochodach. A tych było więcej, niż na giełdzie, ale tam przynajmniej mają lepsze marki. Pełno tu było starych BMW trójek, maluchów, Poldków, skarpet, ogólnie całą automobilowa menażeria rodem z ubiegłego wieku, która nadaje się do muzeum lub straszenia dzieci nowych technologii. Z każdego obowiązkowo przy otwartych drzwiach dolatywała uszu muzyka. Różnorodność rodzajów powalała, pod warunkiem, że za różnorodność przyjmiemy mieszankę kiczowatego popu i emtivowego hip hopu dla ułomnych. Na szczęście nie musiałem się tym katować, gdyż jeden utwór zagłuszał drugi, toteż do uszu dobiegały jedynie strzępy, tworząc mix, który prowokował jedynie do agresywnych zachowań.
-Ty, mamy jakieś bilety?- spytałem się Pawła, zmartwiony. Sądząc po liczbie głodnych zabawy dysko zgromadziło się tu więcej osób niż w supermarkecie podczas wyprzedaży -50%. A ja nie przyjechałem tu tylko po to, aby popatrzeć na Muzeum Gratów na parkingu, ale aby sobie pobaunsować jak każdy prawdziwy O.G. (z nutką ironii, jakby ktoś nie wiedział. Komu ja to mówię….).
-Nie martw się ziom, zobaczysz, jakie tu mają zajebiste bilety- odparł mi z bananem na twarzy Paweł, nie rozwiewając mi wątpliwości swoim hippisowskim nastrojem.
Czas, który upływał niemiłosiernie i zbliżał mnie do otwarcia przybytku umilałem sobie na obserwowaniu nastoletnich wielbicieli clubbingu. Powiem wam, tak świetnej menażerii nie widziałem nawet w ZOO (bo w ZOO nigdy nie byłem). Byli tu więc dresi, z karczychami wielkości mojego ramienia, były tu towarki, zarówno miejskie jak i wiejskie, wymalowane mamusinymi perfumami w rytm zasady: jebać jak to wygląda, grunt by było dużo. Znalazło się też kilka w miarę normalnych dziewczyn, ale ginęły w tłumie.
Dzięki Bogu, w którego niezbyt chce mi się wierzyć znalazło się też kilku znajomków z okolicy, którzy skorzystali z okazji z pochwalenia się znajomością z miastowymi takimi jak my, zwłaszcza, że z powodu mojego stroju, jak i ziomalskich akcesoriów moich kumpli byliśmy obiektem niezbyt dyskretnych spojrzeń. Tradycyjne przywitanie przebiegło spokojnie, nie obyło się też bez kilku zdań rozmowy:
-Co tam, kurwa?
-Spoko, a co u ciebie?
-Chujowo, znowu nie zdam. Jebana dziwka z zawodówki się na mnie uwzięła. Ale jebać to! Co was tu przywiało?
-A, co miało przywiać? Chcemy się zabawić.
Ta wypowiedź spowodowała iście diabelski uśmiech u już pijanego kumpla. Objął mnie ramieniem, przyciągnął do siebie i wskazał ramieniem kilka panienek.
-Ta, ta i ta.
-Co, co co?- odparłem elokwentnie?
-Jak to kurwa co? To lokalne dajki. Tę blondynę dmuchałem tydzień temu. Którą bierzesz i o której?
-Że kurwa co?!- wyrwało mi się z ust okrzyk zdumienia. Nie, zrozumiałem tą propozycję, ale nie mogłem jej zaakceptować. Normalności, z jaką została mi przekazana. Nie no, świat mi ocipiał jak spałem.
-Po ludzku kurwa nie rozumiesz ziomuś? Inteligenciki cię w końcu przerobiły, czy co? To puszczary, więc musisz ustawić się w kolejce. Proponowałbym ci dwunasta, będziesz tak nawalony, że nic ci nie będzie przeszkadzało.
-Dobra, pomyślę- zbyłem go i uwolniłem się od jego uścisku, popychając lekko w stronę moich kumpli. Sam zaś przyglądałem się dziewczynie. Faktycznie, wyglądała na puszczarę. Lekko drapieżny, choć kokieteryjny wyraz twarzy. Skąpy ubiór, mimo panującego zimna. Gdybym był moim wulgarnym kumplem, powiedziałbym, że jej rozepchana, gorąca cipka ją grzeje, na szczęście nie jestem.
Pogadaliśmy z ziomalami słuchając wieści z ostatnich kilku tygodni. A to ktoś kogoś zadźgał, ktoś się z kimś pobił, aż koleś w szpitalu wylądował, sprawa o gwałt właśnie toczy się w sądzie, ostatnio wybuchł czyjś samochód tuż przed tym klubem, słowem normalka na wiejskiej dyskotece.
W końcu otwarto przybytek.
Faktycznie, bilet był wspaniały. Kiedy doszedłem do pana bileciarka, który jednocześnie był ochroniarzem i uiściłem niewysoką opłatę pacnął moje przedramię jakimś stemplem drugiej jakości i popchnął do środka.
Wnętrze robiło wrażenie. To nie była jakaś prowizoryczna dyskoteka powstała na miejsce dawnej szkoły albo innego budynku gospodarczego. To był porządny klub, jeden z najsławniejszych w okolicy. I największych. Dwa pięterka, oba z trzema barami, podesty do tańczenia, schody, w miarę luksusowe stoły, wszystko co mogło być potrzebne klubowiczom.
Z głośników leciało zaś techno. Fuck techno! Nienawidzę tej muzyki, jednak tu leciało kilka kawałków, które mi się w miarę podobało.
Mam pewną zasadę odnośnie klubów, której się trzymam: nie tańczę, dopóki nie wypiję odpowiedniej ilości alkoholu. Kilka piw lub wódka działają na mnie rozluźniającą, co pozwala mi osiągnąć zadowalający wynik w tańcu pseudotwarzyskim, czyli gibaniu się na parkiecie. Początkowo chłopaki towarzyszyli mi przy tym zajęciu, ale w końcu rozpierzchli się, jak to mamy w zwyczaju, by zbiórkę zorganizować za jakąś godzinkę. Miałem więc dość czasu i na picie, i na obserwację.
Menażeria w akcji okazała się jeszcze gorsza, niż u nas, w Bravo. Jakby to powiedzieć, już wiem czemu światła stroboskopowe i im podobne nieustannie migają, przygaszając się co chwilę. Te fragmenty sekund na które gasną i wznawiają się po nich likwidują odbiór obrazu płynności ruchu i sprawiają, że to, co widzimy wydaje nam się lepsze i lepiej wyglądające niż jest w rzeczywistości, maskując taneczne niedoskonałości. Nie podejrzewałbym konstruktorów tych badziewi o taką inteligencję i logiczne myślenie, a tu patrzcie, to ma nie tylko ładnie wyglądać.
W klubie jak to w klubie, każdy w portfelu grosza wydłubie. Obserwowałem oprócz tańczących także gości przy barze. Ci nie wyglądali na zbyt rozbawionych typów. Cały czas pili i zachowywali się jakby byli w pubie, a nie w dyskotece. Trudno. Ja nie zamierzałem dłużej siedzieć.
Jeden z moich znajomych zawsze narzeka, że gdy zaczyna tańczyć koło dziewczyn to te się wnet ewakuują. Próbowałem mu delikatnie wytłumaczyć, że to z powodu jego umiejętności tanecznych, a nie dlatego, że jest ciut przystojniejszy od diabła, ale nie podziałało. Chwaląc się z pełną premedytacją powiem, że ja nie mam tego problemu. Kiedy już ruszyłem na parkiet, dawałem czadu przez dwie godziny, robiąc tylko przerwy na kolejnego browarka. A raczej łyka.
Specyfika tańcu w klubie: można tańczyć pojedynczo, w parze z mniej lub bardziej zaawansowanymi pieszczotami, albo w kółeczku. Większość frajerów tańczy solo. Kółeczko to pierwszy stopień towarzyskiego zapoznawania się, w trakcie których zakupione zawczasu krążą wśród tańczących niczym fajka pokoju. Później przechodzi się do etapu najważniejszego w przypadku gdy ktoś chce zaliczyć jakiś towar, czyli do tańca w parze.
Po upolowaniu kółeczka niewiast razem ze świeżo znalezionymi pośród stolików moimi buddies ruszyliśmy na łowy. Potańczyliśmy wokół kilku panien, po czym przeszliśmy w kółeczko. W końcu każdy wybrał sobie jedną, z którą zaczął tańczyć w pewnej odległości, od czasu do czasu wymieniając kilka słów. Jedna panienka, która została bez partnera tupnęła nogą i poszła szukać towarzystwa, my zaś tańczyliśmy.
Tej nocy w pełni zrozumiałem fenomen seksu klubowego odchodzącego przeważnie w kiblach, lub na parkingach. Chodzi o zwykłe pieprzenie się bez zobowiązań! Panowie, pigułki gwałtu to legenda. Dziewczyny same wskazują wam między nogi!
Tak było w przypadku mojej partnerki. Po raz kolejny wyszło mi to, że oceniam ludzi po wyglądzie. Moja partnerka okazała się być kobietą wyzwoloną, ja zaś uznałem ją za kogoś w miarę konserwatywnego, sądząc po wyglądzie. Musiałęm się jej chyba spodobać, gdyż nieustannie albo się przytulalała do mnie, albo przyciskała moją twarz prawie że do biustu, skrywanego bardzo cienkim kawałkiem materiału, albo też kładła moje dłonie na swoich pośladkach, jeśli „nieopatrznie” położyłem je zbyt wysoko. Słowem, leciała na mnie. Chyba było jej wszystko jedno, z kim się prześpi. Próbowałem skojarzyć ją z którąś z pokazywanych mi puszczar, ale albo miałem słabą pamięć po tych kilku piwach, albo to jaką świeża krew w tym zawodzie.
-Napiłabym się czegoś- wrzasnęła do mnie, co było jedyną formą komunikacji. Chwyciłem ją w pół i poprowadziłem do baru, gdzie postawiłem drinka. Chwilę rozmawialiśmy. Były to rzadkie zdania, gdyż ledwo udawało się nam dosłyszeć z powodu głośnej muzyki.
-Jak się bawi Arena?- krzyczał DJ.
-Zajebiście!- odkrzyknęliśmy razem z resztą klubowiczów.
Moja bejbe usiadła mi w końcu na kolanach. Znam ten etap i wiedziałem, do czego za chwilę dojdzie. Nie zdążyłem zaoponować. Zanim się odezwałem, ona już wpychała mi język prawie, że do gardła. Nie przerywała, a ja nie wyrywałem się. Dziwiłem się sam sobie. Jedną częścią świadomości miałem ochotę zrobić to z nią. Alkohol szumiał w głowie, a ona była aż nazbyt chętna i rozpalona. Moje ziomalskie ego miało ochotę ją przelecieć.
Na szczęście mam w sobie coś z porządnego człowieka. Czasami.
Kiedy przerwała całowanie i zaczęła mi lizać ucho mówiąc „w łazience” delikatnie odsunąłem ją od siebie. Usiadła obok i spojrzała na mnie zdziwiona. Odwzajemniłem spojrzenie. Zdziwiło mnie w niej jedno. To, co robiła, uważała za naturalne. Puszczanie się było dla niej zajęciem. Czemu to robiła? Może chodziło o zakład, może szukała przyjemności, której brakowało jej w ciągu tego tygodnia, może po prostu była zwykłą szmatą. Nie wiem. Uderzyło mnie tylko jej zdziwienie, kiedy przerwałem ten namiętny pocałunek. Tak jakby to, co ona robiła było normalne. DO cholery, w tym miejscu to było normalne! Absolutnie normalne.
Powiedziałem głośno, choć wiedziałem, że robię to zbyt cicho. Ona i tak wiedziała, o co chodzi. Najpierw spojrzała na mnie jak na idiotę, a potem wkurzyła się. Zadziałała duma? Skąd w niej coś takiego? Wylała na mnie resztę drinka, poczym wymierzyła mi siarczysty policzek, prawie wykłuwając paznokciem oko. Mogłem się obronić, ale nie chciałem. Wymierzyła mi tę karę, po czym szybko poszła. Przez chwilę wszyscy z pobliża mi się przyglądali, a ja poszedłem w kierunku łazienki.
Umyłem twarz. Czułem, że mam jakąś szramę, ale nie było, w czym przejrzeć swojego zapijaczonego ryja. Z kibla odchodziły jednoznaczne odgłosy. Ktoś właśnie kogoś posuwał.
Była trzecia w nocy, kiedy kumple po mnie przyszli. Siedziałem przez cały czas od tamtego policzka przy barze i zamawiałem piwo za piwem, niczym ci, których przedtem wyśmiewałem. Poszliśmy do samochodu. Część z nich miała otwarte drzwi i wystawały z nich nogi i gołe, męskie pośladki. Wiadomo, co tam się działo.
Mój najmniej pijany kolega usiadł za kierownicą, ale zasnął. Sen zmorzył i nas, na szczęście nikt nas nie okradł. Cud, albo wpływ kolegów. O jakiejś szóstej, po krótkiej drzemce przerwanej przez samochody obudziliśmy się i już ruszyliśmy do domu.
Ja rozmyślałem o tej dziewczynie. O tym, jak się zachowałem. Jak to mówią, mogłem sobie poruchać i zaliczyć udaną noc, a tak to straciłem kolejną. Drugiej okazji nie będzie, nie dzisiaj. Trudno. Moja koleżanka powiedziała mi kiedyś, że w przeciwieństwie do większości facetów ja nie kieruję się tylko emocjami, ale zawsze przez moment pomyślę jeszcze o konsekwencjach, choćby nie wiadomo jaka była sytuacja. Ten moment uratował tę dziewczynę przed kolejnym zeszmaceniem się.
Mimo wszystko impreza nie była zła. Rozcięta skóra po siarczystym policzku piekła trochę, ale to wszystko.
Chyba za tydzień pójdę do naszego klubu Bravo. Tam przynajmniej wszystko to, co dzieje się tutaj jest w trochę mniejszej skali. Skali, którą jestem w stanie zaakceptować i która aż tak nie rzuca się w oczy.
Artur
„ZoltaR” Jabłoński
Ps 1:Odszedł JaCeN, niech żyje ZoltaR- ta sama osoba, inna ksywa :D