Alchemik


Pośród pyłu, pośród tego wszystkiego, co nie zostało stworzone, zaistniało małe, złote światełko. Zaświeciło mocniej, odgarniając od siebie popioły i sterty bezużytecznych rzeczy. Okoliło wszystko wokół i wybrało małe pierwiastki, by je do głębi rozświetlić. Rozpalone, powstałe z prochu - powstałe, by nieść wieść o tym, że małe, malutkie światełko rozświetla mroki.


Idziesz tu. Coraz szybciej i pewniej, coraz wolniej i dramatyczniej. Trafiasz na swojej drodze na wiele, wiele różnych rzeczy, sytuacji i przeszkód. Walczysz ze swoim odbiciem. Na co to wszystko?

Coraz szybciej, coraz pewniej, coraz wolniej... coraz bezsensowniej, zdaje Ci się. Pragniesz widzieć to, co Cię otacza, lecz mgła przysłania Ci oczy, bo gdziekolwiek pójdziemy, nadal jesteśmy zamknięci.

Gdziekolwiek pójdziemy, nadal jesteśmy zamknięci we własnej percepcji. W odczuwaniu i doświadczaniu świata, w myśleniu o nim, w wiązaniu nadziei z nim. Idziemy dalej, coraz dalej... i coraz bliżej, bliżej, aż do kresu, który jest tylko odpoczynkiem. W czym jesteśmy zamknięci na tyle wieków? Kto nas uwięził?

Ptak szybuje na powietrzu, opierając się wietrze. My chodzimy po ziemi, opierając się jej atakom i jej zdradliwym porom roku. Ktoś za nami poluje na nas, opierając się niecierpliwości i litości, beznadziejności położenia - kogoś takiego jak my.

Tysiące odbić nosimy w sobie i na zewnątrz. Ten ktoś, kogo spotkaliśmy wydaje się naszym odbiciem, a ten z kolei jest odbiciem kogoś innego... i tak wszyscy jesteśmy ze sobą związani. Patrzę w Jej oczy - szepcze, że to ma sens. Wszystko ma sens.

Czasami poddaję się beznadziejności, niemocy. W końcu mamy tyle odbić - w końcu tak bardzo świat wokół nas się kreuje zgodnie z nami. Jesteśmy związani z nim, a on z nami - choć nie na zawsze... nie? To należałoby przemyśleć, albo zacząć działać w tym, albo tamtym kierunku. Tyle, że - chciałbym wiedzieć, czy którykolwiek kierunek do czegoś prowadzi.
Ona podpowiada mi, że tak. Może by tak sprawdzić? Myślami, wyobraźnią...

Odbicia, gubię się w nich - przerażenie zastępuje zdrowy rozsądek, gdy uświadamia się sobie mnogość i wielość wymiarów, rzeczywistości. Czuję się wtedy jak bohater komiksu, który którego ktoś podgląda, i śmieje się z upadków i wzlotów. On wie, że jestem tylko i jedynie kartką, malunkiem, kawałkiem węgla - niczym więcej. Widzi mnie i nie uświadamia sobie, że nawet jeśli jestem martwy, to ja Go widzę - w poprzek, patrzę w Jego stronę, choć myśli, że Go nie widzę.

A ja... mam tylko kredkę, która mnie narysowała. Ona zaś tylko mnie stworzyła; innych, podobnych mi. Czy pozwoli na to, by ten Ktoś ze mnie się śmiał? Nie wiem, Ona też posłużyła komuś za coś. A On... a Jego również Ktoś ogląda. To jasne. Szkoda, że jeszcze przerażające. Tak to już jest... w życiu, jak to wszyscy nazywają, a ja powielam - powiem poglądy, słownictwo, zestawy emocji i myśli; perspektywy patrzenia na cudy; nastawienia do ludzi. Cóż. Może jestem jednym wielkim plagiatem? Nie, lecz czuję, że wiele inni ze mnie czerpali i ja równie wiele z nich czerpałem przy tworzeniu samego siebie, wizerunku tego, czym jestem, nieważne, czy naprawdę, bo co jest prawdziwe, jeśli każdy podaje Ci fałsz do stworzenia całego jestestwa?

Jednak Ona nie jest fałszywa. Daje mi to, co prawdziwe; rysuje mnie z prawdziwości, tą istotę, która zbudowana została z węgla, z kredy, ukształtowana... nie, nie sam fałszywy kształt; nie skopiowane kolory... nie, nie jestem nimi. Jestem... kim? Pociągnięciem tej kredki? Nie, to ktoś inny to zrobił. Nieistotne, lecz istotniejszym jest istota czynu, który został popełniony.

Łatwo powiedzieć, za sprawą czego widzę. Lecz trudniej powiedzieć, za czego sprawą w ogóle istnieje coś takiego jak wzrok, widzenie. Łatwo powiedzieć, co zostało stworzone, trudniej, kto to zrobił i jak to zrobił. Powstało z niczego - powstało za sprawą Kogoś - te odpowiedzi wydają się niewystarczające i takie są. Mamy tylko objawienia.
A raczej wiele sprawozdań z jednego objawienia.

Ale to to samo, nieistotny szczegół, przez który może zawalić się wszystko. Tak, jakby kogoś lub czegoś w odpowiedniej chwili zabrakło, mogło spowodować upadek i zniszczenie całego świata. Jak będzie jednak?

Cudem jest to, że coś się dzieje w odpowiednim czasie, w doskonałym do tego czasie; harmonijnie ze wszystkim, i zgodnie z tym, co poczuto, powiedziano, pomyślano... doświadczyło. Objawienie Prawdy; jakbym mógł spojrzeć poza komiks, albo przeczytać stopkę redakcyjną: KTO TO ZROBIŁ? KTO NARYSOWAŁ?
Po co...

Nie przynosząca nadziei jest odpowiedź, że zrobiono to dla rozrywki. Ale może to był tylko ignorantyzm, ktoś tak powiedział i wszyscy inni przyjęli - Ktoś stworzył nas dla rozrywki.
Lecz nie wierzę im. Wierzę Jej - ale ona często odpowiada ciszą, która ma wiele znaczeń, ale, ale, jest tak naprawdę jedno, jedyne: nie wysłowione i niezrozumiałe...

Powiedziała, że wszystko jest możliwe, jeśli zechce... ale jeśli to wszystko jest marnością, to jaki z pożytek z tego, że będę miał to, o czym marzyłem? Podpowiada, że będzie dobrze, że będzie mi to potrzebne... do czego?

Zadaję pytania, po to, by uzyskać odpowiedź? Jak Ty myślisz? Na kogo i na co ja czekam?
Na co czekamy?

W końcu ten Ktoś może z nami skończyć - wrzucić nas to kosza i zapomnieć. Albo spalić, pobrudzić. Nieważne, co dokładnie z nami zrobi, ale może zrobić coś niedobrego.
Jednak Ona Mu na to nie pozwoli. Jesteśmy dla Niego zbyt cenni - zupełnie jak komiks, który chce i chce się czytać... dla rozrywki. Ech.

Czasami trudno zrozumieć, co mówię.
To nie moja wina... albo moja. Jednak to nie ja rysuję samego siebie; Ona to robi. Dobrze jest tak... ponieważ wie, co robić, jak to zrobić.
Jak mnie uchronić, i jak uchronić innych.
Czasami może być gorzej, ale to tylko dlatego, że ja jestem niepokorny i uparty.
Powinienem żałować, żałować po to, by mnie w końcu opuściły wspomnienia o tym, co nie było do końca dobre: co powodowało, że coś się wydarza wciąż i wciąż, w kółko.

Skończymy z tym, skończę z tym, może zacznę nowy rozdział, może skończę - na tym polega szaleństwo, że fałsz zamazuje się z fałszem, co powoduje, że nazywamy - ten proces wraz z substratami i produktami - prawdą. Nie muszę mówić, że to pospolity bullshit.

Kończymy i zaczynamy, wciąż narażając się na niepowodzenie, które naprawdę skończyłoby - lecz naszą komedię.

Mówię o początku, mówię o końcu - czuję się jak kretyn, który mówi o kolacji i o śniadaniu w czasie obiadu. Jestem w środku - czego jeszcze chce? Nie można lepiej wpaść, pomiędzy czasem - na końcu, i zarazem w środku, czyli tam, gdzie jedno się kończy, a zaczyna drugie, lecz bez fajerwerków. Co dla jednych jest zaletą, a dla drugich poważną wadą. Szkoda, że nie wiedzą o konsekwencjach takiego pragnienia. Zresztą tak samo jak ja.

Lecę wyżej, wzlatuje...
Ona sprawia, że mój chód zamienia się w lot.
Ona sprawia, że mój lot zamienia się w szybowanie.
Ona sprawia, że szybowanie przeistacza się w spadanie...
I to Ona sprawia, że spadanie przemienia się w upadek, a upadek w powstanie.

Ona sprawia, że przemienia się... w chód.

Przemiana ołowiu w złoto dokonuje się w nas, poprzez Nią - Miłość.
W nas, rysunkach w komiksie życia... w ramach zasad obwódek kartek krajobrazów.
Ktoś znowu pomyśli, że użyłem zbyt wielu metafor. I znowu będzie się śmiał z moich sytuacji... i nie zauważy, że była mowa o Nim i nadal będzie myślał, że jesteśmy martwi, ślepi i dwuwymiarowi. Może będzie myślał, że jest lepiej, jesteśmy żywi, widzący i czterowymiarowi.

Lecz - na szczęście - nie jest tak jak On myśli - jest jak jest - dzięki Niej.


De-shadow-eR
Gg: 2452969
Mail: de-shadow-er@wp.pl
Www: zin.nilfheim.pl