Po raz kolejny wstałem z ziemi. Nie czułem już bólu zadawanego biczem tej istoty bez duszy i sumienia. Krew kapała ze mnie bardziej niż pot. Szedłem na śmierć. Czekałem na nią. Wolałem ją bardziej niż dalsze życie – życie w roli niewolnika. Czułem, że zbliża się mój koniec. Wymarzony koniec mojego życia. Nie szedłem jednak sam. Razem ze mną tysiące innych skazańców. Czy było warto? Czy najlepszym rozwiązaniem był bunt? Każdy z nas wiedział, że jest to jedyna ucieczka z tego miejsca – miejsca, w którym niewolnicza, ciężka praca jest codziennością. Nie ma nawet czasu na przemyślenia. Wiedziałem, że tam spotkam się z nimi wszystkimi – tymi, którzy zginęli na poprzedniej egzekucji. Zbuntowali się. Jednak ja i kilku innych niewolników nie miałem odwagi, aby pójść za nimi. Teraz się to zmieniło. Po co mam żyć, jeżeli nie ma tutaj nikogo, kto mnie kiedyś szanował. Nikogo, kto mi kiedyś ufał. Nikogo, kto mnie kiedyś rozumiał, przynajmniej próbował zrozumieć. Wszyscy oni odeszli. Ostatni raz widziałem ich, gdy wchodzili za czarną bramę – bramę, za którą czekał na nich ponury żniwiarz z kosą. To on prowadził ich na tamten świat. To on pokazywał im drogę – drogę do tamtego świata. Świata, w którym wszyscy są równi. Świata, w którym nie wybuchają bunty. Nie wybuchają, ponieważ nie ma powodów, dla których miały by wybuchać. Nie ma tam niewolnictwa, bólu, krwi – krwi niewinnych ludzi. Krwi spływającej z biczów czarnych lordów. Pierwszy raz byłem na drodze do tej bramy – bramy, zza której już nikt, kto ją przekroczył nie wyszedł. Jeszcze nikt nie ujrzał tam nadziei – nadziei na przeżycie. Co najwyżej ujrzeć można było tam mroczną twarz egzekutora – kata, który przypominał śmierć. Kata, który od wielu wieków nie posiadał duszy. Nie posiadał żadnego współczucia dla ofiar jego zakrwawionego toporu, pod którym nie jeden człowiek ujrzał ostatni raz ten świat – świat, który od kilku lat był oczekiwaniem na śmierć. Śmierć, która byłaby wybawieniem. Śmierć, która była by ucieczką od codziennej pogardy. Ucieczka od istot, którym nie zależy na uczuciach ludzi. Ucieczką od istot, które nie mają serca. Nie mają litości. Nie mają żadnej skruchy. Potrafią zupełnie bez powodu zabić człowieka. Potrafią jednak uwolnić go z tego świata – świata, w którym rządzi niewolnictwo. „Uwolnić – cóż za piękne słowo.” W chwili przejścia przez czarną bramę przez głowę przebrnęła mi ta myśl. Uwolnić się z tego świata raz na zawsze. Nie powrócić więcej do niego. Po co, jeżeli mam być niewolnikiem? Po co, jeżeli nikomu nie jestem potrzebny? Właśnie nadeszła chwila. Chwila, która miała mnie raz na zawsze połączyć z tym drugim światem. Chwila, która miała mi dać szansę na zobaczenie się z nimi wszystkimi. Ostatni raz popatrzyłem na twarz kata, Jednak jej nie dostrzegłem. Zobaczyłem tylko otchłań nie kończących się bólów ludzkich. Otchłań, która jest zgubą dla nie jednego, nawet „najlepszego” człowieka. Zakrwawiony topór, a dokładniej jego ostrze spadało mi na szyję. Myślałem, że to już koniec. Faktycznie, był to koniec. Lecz nie mojego życia, życia niewolnika, ale snu. Obudziłem się.