MĄŻ MOJEJ MATKI

 

“I’m a truth

Everytime I step right here

I speak the truth,

You know what I’m bringin’ to you

I bring the truth

You motherfuckers know who I’ll be

I’ll be         the truth     

Cause my speech gonna sets you free”

 

Jak co wieczór. Ta sama lista czynności. Najpierw odpowiednio chwycić wersalkę, po czym unieść lekko do góry i przysunąć do siebie. Dzięki temu nie ściągnę dywanu, nie przerwę harmonii panującej w moim pokoju. To samo z drugiej strony, i mogę spokojnie ścielić łóżko. Gdybym zrobił tej bez tych przygotowań, uderzyłbym jedynie w ścianę. Muszę uważać, aby przesunąć ten stary model wersalki na odpowiednią odległość. Kilka razy przesunąłem ją zbyt blisko i przez swój pieprzony zwyczaj wsadzania podczas snu nogi między ścianę a wersalkę zrobiłem małą dziurę w ścianie. Pieprzone ścianki działowe z lipnego papieru, toć to ma wytrzymałość panelu! Gorzej niż na przedpokoju, gdzie są właśnie panele. Na szczęście tam nic jeszcze nie zrobiłem, a i dziura w ścianie raczej nie przeszkadza mi, gdyż wersalka na szczęście ją zasłania.

2:00. Późno. Nie mam co robić. Jutro, raczej już dzisiaj znowu będę szedł do szkoły. Znowu będę musiał próbować opanować coś, co ma mi rzekomo pomóc sięgnąć po lepszą przyszłość. Tak jak mój ojciec, który pisząc ludziom prace zarabiał grubą kasę na studiach. Ja jestem w liceum, ale robię to samo.

Ciekawe, czy tak było naprawdę. Spytałbym ojca, gdybym, choć raz w życiu widział go na oczy. Przepraszam raz widziałem. Był ze swoją drugą żoną w supermarkecie. Pamiętam ten market. Teraz zrobili tam centrum, ale przedtem był to średniej wielkości markecie. Miałem z sześć lat i byłem na zakupach z mamą. Akurat byliśmy na tym samym piętrze, co on. Mama go dojrzała, ukucnęła obok mnie, wskazała go palcem i powiedziała.

-To tata. Idź do niego.

Wyobrażacie sobie, co może czuć sześcioletnie dziecko, kiedy po raz pierwszy w życiu widzi ojca, informowane zaś jest o tym tonem najzupełniej normalnym? Jakby widywał go codziennie. Nie pamiętam, co wtedy czułem, ale pamiętam każdy szczegół z tego, co się wtedy działo.

Podszedłem do niego, tak jak gdyby nigdy nic. Patrzył akurat na stoisko z zabawkami. Zapewne zamierzał kupić coś swoim następnym dzieciom. Cholera wie. Jego druga żona trzymała go pod rękę. Stanąłem obok niego, ale on nawet mnie nie zauważył. Był zbyt zaabsorbowany zabawkami. Stałem tak przez chwilę chłonąc go wzrokiem. Nie był wysoki, był sporo niższy niż ja obecnie. Wtedy był jednak wielki. Dla mnie wielki. Nie wiedziałem wtedy, co powiedzieć. Zawsze byłem rezolutnym, raczej pyskatym dzieckiem i do każdego słowa czy też każdej sytuacji znajdowałem adekwatny komentarz. Wtedy odjęło mi mowę. Zbyt długo trwało milczenie. Musiałem się odezwać. Chciałem się odezwać. Chciałem z nim porozmawiać, powiedzieć mu cokolwiek. Zamienić moje pierwsze słowa z moim własnym ojcem, coś, co dla innych jest zwykłym porządkiem dziennym. Czymś tak zwykłym, że zwyczajnie tego nie zauważają. Dla nich jest to zwykła sytuacja, może nawet nie lubią rozmawiać z rodzicami. Może mają ojca pijaka, nie wiem. Nie myślałem o tym, nie myślę. Myślę o sobie i o tej sytuacji.

Wiecie, co powiedziałem? Nie zgadniecie. Powiedziałem dzień dobry.

Zwykłe dzień dobry. Nic więcej. Po prostu powitanie, które nadużywa się po kilkanaście razy dziennie. Zwykły wstęp do komunikacji międzyludzkiej. Preludium do rozmowy.

Usłyszał oczywiście. Nie, żeby dzień dobry było za głośne, albo zbyt nerwowe, przez co zwracające uwagę. Nie, to było zwykłe, najzwyklejsze dzień dobry wypowiedziane obojętnym, normalnym tonem.

Obejrzał się, po czym przeniósł swój wzrok na mnie. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, jakbym mu kogoś przypominał.

Mówią mi zawsze, że wyglądam identycznie jak ojciec. Kiedy byłem mały przyjmowałem to z dumą. W zależności od humoru. Kiedy akurat miałem doła miałem ochotę poddać się operacji plastycznej, byle tylko pozbyć się jakichkolwiek oznak tego, że mogę być z nim spokrewniony.

Pamiętam, jak powiedziała mi to własna matka jego ojca, która przypadkiem spotkała mnie i moją mamę, kiedy wychodziliśmy z kościoła. Pogłaskała mnie po główce, co bardziej wydawało mi się wcieraniem mi czegoś na siłę w głowę i powiedziała „wykapany tata. Zupełnie jak mały Grzegorz”. Wtedy miałem dość, ale kultura nie pozwoliła mi odejść i musiałem znosić jej uśmiech. Może nawet nie był wymuszony, może nawet był przyjazny, ale dla mnie był nie do zniesienia.

Wracając do wątku mojego spotkania z rodzicielem, to patrzył na mnie mniej więcej tyle samo, ile ja patrzyłem przedtem na niego bez jakiejkolwiek reakcji z jego strony. W końcu odpowiedział mi dzień dobry z zaciekawioną miną, po czym zaczął się rozglądać. Uczyniłem to samo. Mojej mamy nigdzie nie było. Poszła gdzieś sobie. Spojrzałem znowu na ojca, ale jego zona już go gdzieś ciągnęła. Poszli sobie, a ja zostałem sam. Nie płakałem, nie rzucałem się mu do kolan. Nawet się nie skrzywiłem. Z obojętną twarzą patrzyłem, jak odchodzi. Nawet się nie obejrzał.

Poszukałem mamy. Dziwnym trafem znalazła się kilka stoisk dalej, ukryta dość głęboko wśród kilku ciuchów, które rzekomo przymierzała. Spytała mnie, czy z nim porozmawiałem. Nie odpowiedziałem. Nigdy jej nie opowiadałem dokładnie, co wtedy powiedziałem, ani jaka była jego reakcja. Zawsze byłem uparty.

Takie było moje pierwsze i jedyne spotkanie z moim ojcem.

Przedtem był mi niejako bliski. Trzeba przyznać, że moja mama była i jest wspaniałą matką. W przeciwieństwie do innych rodziców nie przedstawiała mi ojca w złym świetle. Nie kazała mi go nienawidzić. Wręcz przeciwnie, zawsze mówiła, że rozstali się w pokoju i że nie powinienem mieć mu tego za złe. Że powinienem iść w jego ślady, starać się być taki jak on. Stawiała mi go za przykład. Opowiadała jak ciężko pracował, jak za wszelką cenę starał się wykształcić.  Jak, już po ich rozstaniu doszedł do wielkiego majątku, założył firmę i wybudował sobie duży dom w ekskluzywnej dzielnicy. Słowem, starała się zrobić wszystko, abym poczuł do niego sympatię. Zapewne chciała mnie uchronić przed gniewem, przed ślepą nienawiścią.

Zbliżały się święta wielkanocne 1995. Miałem osiem lat. Byłem krótko przed pierwszą komunią. Chyba. Nie wiem. Pamiętam tylko, że pewnego dnia mama wróciła z miasta i powiedziała, że widziała się z moim ojcem. Że powiedział, że odwiedzi mnie w Wielkanoc. Że przyjedzie, że porozmawia ze mną.

Cieszyłem się z tego powodu. Popadłem wręcz w euforię. Przedtem starałem się odciąć od uczuć związanych z moim ojcem, jak najmniej o nim myśleć, ale wtedy nie mogłem myśleć o niczym innym. Byłem grzeczny, aby mama mu powiedziała, że jestem grzecznym chłopcem. Dostawałem same piątki, aby mu się nimi pochwalić. Robiłem wszystko, aby ze swojej strony sprawić, że ten dzień, kiedy się spotkamy będzie wyjątkowy.

Nadszedł ten dzień. Ubrałem się w koszulę, mama założyłam zapinaną białą muszkę, siedziałem grzecznie w pokoju. Wyznaczona godzina się zbliżała. Mama uśmiechała się do mnie, ale co chwilę spoglądała na zegarek. Z czasem coraz bardziej nerwowo. Mówiła, że to nic, że się spóźnia. Że przyjdzie, że na pewno coś zatrzymało go tylko na krótki czas. Wierzyłem w to. Chciałem wierzyć. Nawet nie wiecie jak bardzo chciałem doczekać tego momentu, gdy on przejdzie przez drzwi, przyklęknie na jedno kolano, rozłoży ramiona i uśmiechnie się serdecznie. Ja zaś pobiegnę go wyściskać i popłaczę się. Boże, ile ja scenariuszy układałem w myślach, oczekując na niego! Ile możliwych sytuacji, ile możliwych na nie reakcji. W jednej z nich nawet witałem się z nim niemal formalnie, po angielsku, chcąc mu zaimponować.

Godzina, dwie, trzy, cztery, pięć. Przez cały ten czas siedziałem grzecznie w fotelu, czekając. Pomiędzy mną, a moją mamą panowała niezręczna cisza. Ten moment też pamiętam, jakby był wczoraj. Te coraz bardziej nerwowe spojrzenia, które mi rzucała. Mnie samego, siedzącego ze spuszczoną głową, ze splecionymi dłońmi, majtającego nerwowo nogami i udającego, że to absorbujące zajęcie. Ten widok musiał łamać jej serce. Widok rozczarowanego dziecka. Rozczarowanego do końca życia.

Pamiętam, co w końcu powiedziała. Nie było już zapewnień, że lada chwila się pojawi. Były tylko wypowiedziane ledwo słyszalnym głosem, niepewne słowa.

-Chyba już nie przyjdzie.

To, co odpowiedziałem, to jak odpowiedziałem, z jakim spokojem, choć z żalem, zachowując się twardo, choć chciałem płakać, rzucić się na podłogę i bić w nią pięściami, wrzeszczeć tak, aby cała ulica mnie słyszała, aby poczuła mój ból.

Ja zamiast tego wzruszyłem ramionami, po czym odpowiedziałem krótko:

-Szkoda.

To był mój cały komentarz do zaistniałej sytuacji. Nic więcej, tylko jedno wypowiedziane słabym głosem szkoda. Po prostu szkoda. Było mi szkoda. Cholernie szkoda. Tak cholernie szkoda. Do dzisiaj jest mi tak cholernie szkoda.

Dzień się skończył, ojciec się nie zjawił. Nie zjawił się nigdy. Pamiętam tylko, że następnego dnia podsłuchałem jak mama rozmawiała z kimś przez telefon. Ten ktoś musiał się tłumaczyć. Nie pamiętam, jak toczyła się rozmowa. Pamiętam za to, że przez kilka następnych dni mama była dla mnie nadzwyczaj miła, starała się mi dogodzić w każdy możliwy sposób. Chciała mi to zapewne wynagrodzić, choć wiedziała, że czegoś takiego, takiego zawodu nie można wynagrodzić. Starała mi się, chociaż osłodzić ten zawód, choć, nie ujmując jej staraniom, nic to nie dawało. Po prostu nie mogło dać. Fizyczna przyjemność nie zaspokoi bólu wewnętrznego.

Pamiętam jeszcze inną ciekawą sytuację. Miałem chyba trzynaście lat. Dostałem swój pierwszy telefon komórkowy.  Cieszyłem się z tego prezentu, udawałem ciągle, że gdzieś dzwonię, ale nie dzwoniłem, bo żal mi było pieniędzy. Dusigrosz ze mnie wtedy wyłaził. Pewnego dnia, kiedy to bawiłem się telefonem mama powiedziała:

-Chcesz sobie wpisać numer ojca?

Było to zwykłe pytanie, propozycja, wypowiedziana z lekko nerwowym uśmiechem.

Nie odpowiedziałem nic. Miałem ochotę powiedzieć tak, przez głowę przeszła mi myśl o telefonicznej rozmowie z nim.

-Nie- odparłem hardo. Mama jednak przekonała mnie, abym go wpisał do pamięci. Dostałem dwa numery: jeden do jego zakładu, numer służbowy, drugi, już osobisty, komórkowy. Mama zapewne myślała, że kiedyś do niego zadzwonię, jak jej nie będzie. Nie pytała mnie nigdy. Możliwe, że myśli, że to zrobiłem. Ja jednak nigdy tego nie zrobiłem. Kilkukrotnie byłem już o krok od wykonania telefonu do niego, ale za każdym razem powstrzymywałem się od tego. Do dzisiaj mam w pamięci komórki te dwa numery. Ciekawe, czy nadal są aktualne. Zapewne nie, ale ja nie mam zamiaru tego sprawdzać. Nie chciałbym, aby okazało się, że są aktualne.

Nieraz miałem ochotę wysłać mu esemesa, że to ja, że go kocham, że chciałbym go zobaczyć. Innym razem z kolei miałem wysłać mu najcięższe bluzgi, jakie znałem. Na obmyślaniu się kończyło.

Przez kilka lat, kiedy chodziliśmy na spacery mama pytała mnie, kiedy już wracaliśmy do domu, co bym zrobił, gdyby w tej chwili ojciec nagle podjechał samochodem, otworzył drzwi i zaprosił mnie do siebie, abym z nim trochę pomieszkał. Bywały czasy,że zwlekałem z odpowiedzią, że nie wiedziałem sam, co bym zrobił. Mama uśmiechała się, myśląc że z pewnością bym wsiadł. Że przyjąłbym ofertę. Wielokrotnie mi to mówiła i tłumaczyła, że nie obraziłaby się na to. Ja zapewniałem wtedy, że nigdy bym tego nie zrobił.

Wiem, że nigdy bym tego nie zrobił. Zawsze byłem twardy i obstawiałem na swoim. Także jako dziecko.  Życie skopało mi dupę, odstawiając mi tę historię z moim ojcem. Niejednemu skopało bardziej, ale akurat to jest mój osobisty dramat, osobista tragedia, jedno z moich najgorszych, a jednocześnie najwyrazistszych obiektów wspomnień. I nie obchodzi mnie, że dzieci w Etiopii to dopiero mają przejebane. Że gdzieś tam dzieci głodują, że gdzieś tam umierają na wojnie. W dupie to mam i to głęboko. Mnie obchodzi moja osoba i to, co mnie dotyka.

Wielokrotnie obmyślałem, co zrobię ze swoim ojcem. Wyobrażałem sobie, że niczym na filmie, wykształcę się, dorobię fortuny, przejmę jego firmę, a z nim albo się pogodzę, albo wypędzę i zniszczę. To było odpowiednio przed i po pamiętnej Wielkanocy.

Rok temu przypadkowo dorwałem się do dokumentów mojej mamy. Szukałem czegoś i natknąłem się na jakiś papierek związany ze sprawą alimentacyjną. Było to podanie złożone przez ojca, w którym mówił, że nie ma zamiaru płacić na mnie pieniędzy i że wielkodusznie jest gotowy płacić mi, co miesiąc dwadzieścia złotych. Mimo, że byłem już prawie dorosły wstrząsnęło to mną i sprawiło, że jeszcze bardziej go znienawidziłem. Mama, kiedy się dowiedziała, że odkryłem to przypadkiem opowiedziała mi wszystko. Jak sędzina go wyśmiała i zatwierdziła wyrok na nasza korzyść. Jego bezczelną minę, to jak się zachowywał, z jaką pewnością mówił. Zupełnie jak ja. Zupełnie jak ja.

Zapowiedziałem mamie, że kiedy skończę osiemnaście lat sam będę chodził na ewentualne sprawy alimentacyjne. Od tamtego czasu, nie było żadnej. Płaci regularnie. Możliwe, że wie, że skończyłem osiemnaście lat i nie chce mnie oglądać. Może boi się nienawistnego spojrzenia moich oczu, może boi się tego, co zrobił. Nie wiem, nie zrozumiem jego psychiki i uczuć nie znając go.

Niech tylko spróbuje nie płacić, wtedy ja założę mu taką sprawę i osobiście stawię się w sądzie. Spojrzę prosto w jego oczy bez żalu, bez strachu, bez ciekawości, bez smutku, bez rozpaczy, bez niepewności, bez nadziei na to, że będzie lepiej.

Spojrzę z nienawiścią, bezgranicznym gniewem, największą pogardą, na jaką będzie mnie stać. A potem uśmiechnę się z wyższością, uśmiechnę się tajemniczo. Będzie to uśmiech tego rodzaju, który najwięcej wywołuje rozmyślań u tego, do którego był skierowany. Uśmiech, który u przesłuchiwanego przez policje wywołuje strach, że oni coś wiedzą. Który u dłużnika wywołuje trwogę, że mają na niego haka. Diaboliczny uśmiech.

Nie marzę już, że go zniszczę. Że go wygryzę, że każę mu skamleć u swych stóp, że nie pozwolę mu zaznać spokoju w życiu. Nawet nie mam zamiaru myśleć o zgodzie między nami. Wiem, że do tego nie dojdzie. Może on kiedyś tego zechce. Nie dojdzie do tego przeze mnie.

Jedyne, o czym marzę, to żeby stanąć z nim twarzą w twarz, oko w oko, i patrzeć na niego.

A następnie, wkładając w to całą moją furię z całej siły przyłożyć mu prosto w tę jego pierdoloną mordę. Powalić go na ziemię. Nie będę  go dobijał, ani więcej dręczył. Chce mu po prostu wyjebać ten jeden, jedyny raz, wkładając w to całą moją frustrację narastającą przez osiemnaście długich lat.

Przypierdolić mężowi mojej matki. Mojemu jedynie nominalnemu i biologicznemu ojcu. Nikomu więcej.

Chcę przypierdolić temu skurwysynowi. I wiecie co? Jestem z tego dumny.

Jestem dumny, że chcę pofolgować temu najniższemu z instynktów. Nie interesuje mnie moralne zwycięstwo, duma, intelektualna wyższość, ustępowanie głupszemu. Interesuje mnie prawo dżungli, prawo pięści, prawo złości, herem nienawiści.

Nic więcej się nie liczy.

Może do tego nie dojdzie. Może będzie miał szczęście i nie spotka go taka sytuacja, gdyż ja wiem, że nie zawahałbym się przed tym. Nikt mi nie wciśnie, że „teraz tak mówisz, a potoczyłoby się inaczej”. Jestem pewny swego.

Mój ojciec nauczył mnie paru rzeczy. Nienawiści. Egoizmu. Agresji. Czerpaniu siły z nienawiści. Nienawiść do niego jest moją potęgą, moim sprzymierzeńcem. Moją siłą, do której się odwołuję, kiedy potrzebuję siły, aby wykonać jakiś ważny krok.

Dziękuję ci ojcze, że nauczyłeś mnie jak być bezkompromisowym, egoistycznym skurwysynem.

 

                                                                        Artur            ZoltaR Jabłoński

                                                                           ballinboy@o2.pl

PS 1: Dawniej znany jako JaCeN.

PS 2: GG: 5639913