|
|
<< poprzednia
| spis treści
| następna
>> |
ZE STAREJ TAŚMY| Finał Champions League
:: Przed AC Milan w tym sezonie nie był skupiony na zdobyciu scudetto. Pod koniec sezonu Ancelotti jakby machnął ręką na ligę, niech Juve sobie obroni tytuł. Dla nas najważniejszym celem jest wygranie Champions League. W przedostatniej kolejce Serie A, kiedy właściwie wszystko było już jasne i tylko cud mógłby odebrać Juventusowi mistrzostwo, Milan zagrał w rezerwowym składzie z Palermo, wygrywając już w 32. minucie 3:1, przy czym Mediolańczycy zdobyli wszystkie cztery bramki - samobójcze trafienie zaliczył Costacurta, a do bramki gości trafiali dwukrotnie Serginho i raz Tomasson. Jednak w 77. i 79. minucie rewelacyjny beniaminek strzelił bramki doprowadzając do remisu i zapewniając... tytuł Juventusowi. Dla wszystkich tiffosich stało się zatem jasne, że Milan musi, po prostu musi wygrać finał najważniejszych europejskich rozgrywek. Tymczasem trener Liverpoolu w ostatniej kolejce Premiership posadził na ławce tylko kilku zawodników, z tym, że The Reds grali z Aston Villą pięć dni wcześniej i teoretycznie to oni powinni mieć przewagę świeżości. Dwie bramki w tym meczu zdobył Cisse, zapewniają swojemu zespołowi skromne, bo skromne, ale zawsze zwycięstwo i piąte miejsce w lidze angielskiej. Oznacza to, że jeśli UEFA nie nagnie przepisów, w przyszłym sezonie zobaczymy Liverpool jedynie w "pucharze pocieszenia". Kolosalna jest także strata do mistrzowskiej Chelsea - aż 37 punktów! Tylko co z tego, skoro w Lidze Mistrzów to nie kluby londyńskie, ale właśnie skromny (i zadłużony) jak na angielskie warunki Liverpool dotarł do finału, tracąc w dwumeczach z Juve i właśnie Chelsea zaledwie jedną bramkę. W ogóle porównując zdobyte
i stracone gole w fazie pucharowej dochodzimy do wniosku, że zespoły prezentują
podobny poziom zarówno w obronie, jak i w ataku. Po trzy stracone bramki,
zdobytych dziewięć w przypadku Liverpoolu i osiem Milanu (drugi mecz z Interem
potraktowałem jako 1:0 - taki wynik utrzymywał się do 72. minuty, a nie jako
walkower). Podobny jest także styl gry - może te drużyny nie atakują przez całe
spotkanie, prezentując ultra ofensywny futbol, ale doskonale potrafią
wykorzystywać momenty nieuwagi czy słabości przeciwnika. Przoduje w tym
oczywiście Milan, co udowodnił dwumeczem z PSV. Finał Ligi Mistrzów zapowiadał się
więc niezwykle interesująco. W przypadku porażki któregokolwiek zespołu może
dojść w nim do rewolucji kadrowej. Milan od wielu lat gra praktycznie tym samym
składem (no, może Rui Costę zastąpił Kaka) i jeśli kolejny raz
pozostanie bez wartościowego trofeum, Berlusconiemu mogą puścić nerwy.
Za to w Liverpoolu od dłuższego czasu mówi się o zmianach. Kontrakty kończą się
Hamannowi i Biscanowi, a Benitez nie jest zadowolony z postawy Dudka, Barosa czy Kewella. Gerrarda
kusi Chelsea, ten jednak póki co nie mówi "tak". Za to obiecuje, że
jeśli The Reds wygrają Ligę Mistrzów, to na pewno zostanie. Jeśli nie - wtedy
zacznie się zastanawiać. Widać więc, że zawodnikom obu drużyn będzie bardzo
zależeć na wygranej 25. maja w Stambule, gdyż od tego meczu może zależeć przyszłość
wielu z nich. <
:: W trakcie
Nie zdążył jeszcze przebrzmieć pierwszy gwizdek Mejuto
Gonzalesa, a Liverpool przegrywał już 1:0. Kilkadziesiąt sekund - tyle czasu
potrzebował Milan, by w swojej pierwszej ofensywnej akcji zdobyć bramkę.
Dośrodkowanie z rzutu wolnego Andrei Pirlo wykorzystał Paolo Maldini,
który kompletnie nie pilnowany wbiegł w pole karne i mocno strzelił, piłka
skozłowała i wpadła do siatki obok bezradnego Dudka. 20 tysięcy angielskich
kibiców umilkło i w tej połowie nie było już ich słychać. Nie tak wyobrażaliśmy
sobie to spotkanie, ale trzeba było przełknąć gorzką pigułkę i grać dalej.
Liverpoolczycy dość szybko otrząsnęli się po stracie bramki i nawet składną
akcję dobrym strzałem głową zakończył Hyypia, Dida jednak pewnie
obronił. Zamiast wyrównania kibice Liverpoolu przeżyli kolejny szok: w 39.
minucie po świetnym kontrataku Szewczenko będąc sam na sam z Dudkiem
zagrał w poprzek pola karnego, do piłki dopadł Crespo i umieścił ją przy
słupku. Co robili wtedy obrońcy? Skupili się na tym, by goniąc Argentyńczyka
nie strzelić przypadkiem samobójczej bramki... Minutę przed końcem pierwszej
połowy Liverpool został znokautowany po raz trzeci - znów w głównej roli
wystąpił Crespo, wykorzystując kolejne w tej edycji Ligi Mistrzów fenomenalne
podanie Kaki. Na uwagę zasługuje również technika, jaką popisał się przy tym
strzale Hernana - delikatnie podciął szybką piłkę i polski bramkarz
kolejny raz nie miał nic do powiedzenia. Antrakt, czyli przerwa. Nie
wiem, co Benitez powiedział wtedy swoim zawodnikom. Na pewno miał bardzo ciężki
orzech do zgryzienia. Jego taktyka upadła zaraz na samym początku spotkania,
kiedy Liverpool stracił najpierw bramkę, a potem Harrego Kewella, który z
powodu kontuzji musiał opuścić boisko po dwudziestu minutach gry. Pewne jest
jedno - tak zmotywowanego zespołu, jakim był w pierwszym kwadransie drugiej
odsłony Liverpool, jeszcze nie widziałem. W 51. minucie Szewczenko
wykonywał rzut wolny, posyłając piekielnie mocną piłkę w lewy róg bramki
zasłoniętego Dudka. I, podobnie jak w meczu z Chelsea przy strzale Lamparda,
Dudek niemal w ostatniej chwili zdołał wybić ją na rzut rożny. I wtedy
partnerzy Polaka jakby znowu uwierzyli. W ciągu siedmiu minut podnieśli się z
desek i dla odmiany rzucili na nie piłkarzy Milanu. Najpierw w 54. minucie z
lewej strony dośrodkowywał Riise, a nie do obrony główkował Gerrard. W
56. minucie z dystansu przymierzył rezerwowy Smicer i piłka wpadła tuż
obok słupka. 3:2 i Milan w rozsypce, ale to jeszcze nie był koniec. W 60.
minucie Gattuso faulował wbiegającego w pole karne Gerrarda i sędzia
słusznie podyktował rzut karny. Do piłki podszedł Xabi Alonso i uderzył
tuż przy słupku, ale Dida wyczuł jego intencję. Na szczęście strzał był na tyle
silny, że do odbitej piłki zdołał dopaść sam Alonso i dopełnił tylko
formalności - 3:3 i coraz prawdopodobniejsza staje się zapowiadana przez
fachowców dogrywka. Z tamtej nocy pamiętam w zasadzie tylko jakieś chaotyczne
emocje, w kolejności: zdziwienie, rozczarowanie, smutek, pogodzenie z porażką,
nadzieję, ponownie zdziwienie - tym razem pozytywne i przede wszystkim wielką
radość, kiedy ostatnim graczem, który dotknął w tym meczu piłki, odbijając
strzał Szewczenki, został Jerzy Dudek. Pamiętam jeszcze jego bieg z Pucharem
Mistrzów i kapitalny materiał, który naprędce zmontowała "jedynka", podkładając
pod parady Dudzia przebój The Beatles "Twist and shout". Teraz słuchając tego kawałka mam w pamięci nie
Czwórkę z Liverpoolu, ale właśnie naszego Jurka z "The Reds". |
Od tego czasu zmieniło się wiele, Polak nie ma łatwego życia na Anfield. Co z tego, że zbliżył się do formy, jaką prezentował za najlepszych czasów w Feyenoordzie, skoro wkrótce po tym Benitez ściągnął do zespołu swego kolejnego rodaka, Reinę? Pozostaje pytanie, które zadaje sobie z pewnością większość kibiców z naszego kraju - dokąd i czy w ogóle przejdzie Jurek? Na to jednak nie odpowiem, zrobi to czas - mniej więcej dwa tygodnie w chwili pisania tego tekstu, zatem Wy już pewnie znacie odpowiedź. Ale to tylko taka "wstawka", nie o tym dzisiaj chciałem. Inicjatywę przejął jednak Milan i kilkakrotnie rosso-neri byli bliscy zdobycia decydującego gola. W najdogodniejszej sytuacji w 70. minucie nieporozumienie Dudka i Hyypii mógł wykorzystać Kaka, jednak jego strzał wybił z linii bramkowej Traore. Wynik nie uległ zmianie i rozpoczęła się dogrywka, w której nasz bramkarz udowodnił swoją klasę broniąc w końcówce dwa strzały Szewczenki z bliskiej odległości. Można tu mówić o dużym szczęściu, ale przecież Ukrainiec strzelał w światło bramki. To po prostu był dzień Polaka i nikt ani nic nie mogło go zatrzymać w drodze po upragnione trofeum. Nawet osłabienie zespołu, gdy co i rusz jakiś piłkarz Liverpoolu lądował ze skurczami poza linią boczną. Gdy upłynęło 120 minut meczu, sędzia zarządził rzuty karne. Pierwszy do piłki podszedł Serginho. Dudek najpierw podał mu piłkę, nie przestając patrzeć Brazylijczykowi w oczy, a następnie wykonał na linii bramkowej niesamowity taniec. Z szeroko rozłożonymi rękami i nogami podskakiwał przemieszczając się to w lewo, to w prawo. Zdezorientowany Serginho posłał piłką nad poprzeczką... Jako drugi do piłki podszedł Hamann i trafił. W Milanie kolejny był Andrea Pirlo. Dudek znów odtańczył w bramce, tym razem nieco inny układ, aby w rezultacie obronić jedenastkę. Za chwilę strzelił Cisse i było już 2:0 dla Liverpoolu. Wtedy jednak nie pomylili się Tomasson i Kaka, a Dida wybronił strzał Riise. Jednak Smicer się już nie pomylił i przy stanie 2:3 piłkę na "wapnie" ustawił Szewczenko. Strzelił niemal w środek bramki i zaraz odczuł wściekłość pomieszaną z ogromnym żalem, gdyż polski bramkarz nie rzucił się w żaden róg tylko spokojnie odbił piłkę przed siebie... I to był koniec! Jurek utonął w
objęciach kolegów, stając się trzecim Polakiem w historii, który zdobył Puchar
Europy. Rzuty karne w jego wykonaniu to było po prostu coś, co trzeba było
obejrzeć i co będę pamiętał przez długie, długie lata. Tak, jak inny
fantastyczny finał z udziałem Liverpoolu, kiedy w UEFA pokonali bodajże 4:3
Alaves. Warte podkreślenia jest to, że Dudek w końcu miał na Wyspach dobrą
prasę. Może zacytuję fragment The Times, aby jeszcze lepiej oddać to, co się
stało w finale. "Do drugiego karnego podszedł Pirlo. Dudek znów rozpoczął swój
taniec między słupkami. Przebył sporo jardów, to w lewo, to w prawo, wyszedł
nawet sporo przed linię. Sędzia nie zareagował. Według niego wszystko było w
porządku. Pirlo wreszcie strzelił, ale piłka poszybowała dokładnie tam, gdzie
już czekał na nią Dudek. Później bramkarza Liverpoolu pokonali Tomasson i Kaka.
Po nich do piłki podszedł Szewczenko, którego oszukał tańczący Dudek. To był
być może ostatni mecz Polaka w barwach Liverpoolu, ale może być pewien jednego:
nie będziemy pamiętać o jego gafach, ale o jego wielkim dniu."
Finał Ligi Mistrzów, AC Milan - FC Liverpool 3:3 (3:3, 3:0) - po dogrywce, karne 2:3 Bramki: Paolo Maldini (1 min.), Hernan Crespo (39 i 44 min.) - Steven Gerrard (54 min.), Vladimir Smicer (56 min.), Xabi Alonso (60 min.) Rzuty karne: 0:0 - Serginho - nie trafił w bramkę 0:1 - Dietmar Hamann 0:1 - Andrea Pirlo - broni Dudek 0:2 - Djibril Cisse 1:2 - Jon Dahl Tomasson 1:2 - John Arne Riise - broni Dida 2:2 - Kaka 2:3 - Vladimir Smicer 2:3 - Andrij Szewczenko - broni Dudek. Żółte kartki: Jamie Carragher, Milan Baros (Liverpool) Sędziował: Manuel Enrique Mejuto Gonzalez (Hiszpania) Widzów: 68 000. AC Milan: Dida - Cafu, Jaap Stam, Alessandro Nesta, Paolo Maldini - Gennaro Gattuso (112 min. - Rui Costa), Andrea Pirlo, Clarence Seedorf (86 min. - Serginho) - Kaka - Hernan Crespo (85 min. - Jon Dahl Tomasson), Andrij Szewczenko; Liverpool: Jerzy Dudek - Steve Finnan (46 min. - Dietmar Hamann), Jamie Carragher, Sami Hyypia, Djimi Traore - Luis Garcia, Steven Gerrard, Xabi Alonso, John Arne Riise - Harry Kewell (23 min. - Vladimir Smicer) - Milan Baros (85 min. - Djibril Cisse). :: Po Słychać wiele głosów. O końcu obecnego Milanu, początku nowego rozdziału w historii Liverpoolu i wiele, wiele innych. Co do Milanu to nie byłbym tak radykalny. Owszem, oblicze drużyny może się zmienić, ale wszystko leży teraz w gestii prezesa. Skład rosso-nerich w dużej mierze zależał będzie od tego, kto w przyszłym sezonie zostanie (pozostanie?) trenerem. Dużo ciekawiej moim zdaniem będzie się działo w obozie The Reds. Czy Peppe Reina trafi na Anfield, a z klubem, mimo obietnicy, jednak pożegna się Gerrard? I kto ewentualnie mógłby zastąpić Barosa? A może Benitezowi wystarczą transfery, jakich dokonał zimą, z myślą o lidze? Dużo, dużo pytań. Odpowiedzi nie uzyskamy teraz na żadne z nich, ale już najbliższe tygodnie powinny przynieść wyjaśnienie co ważniejszych kwestii. Przecież karuzela kręci się dalej i już po krótkich wakacjach rusza nowy sezon... Autor: Tuxedo |
|
<< poprzednia | spis treści | następna >> |