|
<< poprzednia
| spis treści
| następna
>> |
PUBLICYSTYKASiedzi i myśli
On. Przeciętny, polski kibic. Kiedyś rozkładał się wygodnie na kanapie, obok stawiał kilka paczek wysokokalorycznych chipsów, słonych paluszków i orzeszków ziemnych. Zdarzało się też kilka piw, nikt nie zaprzeczy. Widowiska były różne, raz lepsze, raz gorsze, ale kibica zawsze przykuwały do ekranu emocje, no i możliwość obejrzenia swoich rodaków. Duma aż rozpierała, gdy najlepsi stający na najwyższych stopniach podium mieli na sobie biało-czerwone dresy. Obecnie kibic już nie siedzi w komfortowych warunkach. To znaczy kanapa pozostała ta sama, ale teraz pozycja "do-patrzeniowa" kibica wygląda zupełnie inaczej: zamiast wygodnie opierać zmęczone plecy, jest teraz pochylony do przodu, nogi i ręce trzyma razem. Zakąski zniknęły, bo okazało się, że nie ma już na nie ochoty. Czar widowiska również prysł. Ten dawniejszy kibic już dawno odszedł do lamusa, teraz tradycją stało się obgryzanie paznokci, gdy gra nasza reprezentacja (bo a nuż wybuchnie tykająca bomba zegarowa w osobie Arka Głowackiego?) i zaciskanie mocno pięści, gdy Ahonen ląduje dobrych dwadzieścia metrów dalej od naszego najlepszego skoczka. Myślę, że spokojnie możemy mówić o kryzysie polskiego sportu. Niemal czterdziestomilionowy kraj w tym momencie nie może poszczycić się praktycznie niczym. Pomijając chlubne wypadki niektórych pływaków (te mniej chlubne, związane z nadmierną prędkością, również), Złotek, boksera, florecistek/szpadzistek i pani/panny Włoszczowskiej leżymy na całej linii. Niby mamy reprezentację piłkarską zdolną powalczyć z najlepszymi, ale kiedy już do tej walki dochodzi, to nagle nasza drużyna okazuje się słabsza psychicznie i ustępująca rywalowi przynajmniej o klasę. |
Przy okazji ostatniego meczu z Anglią wszyscy narzekali na brak Mirka Szymkowiaka. Fakt, było to spore osłabienie, ale nigdy nie będzie tak, że wszyscy będą zdrowi i w formie, a jeśli absencja jednego piłkarza rozsypuje nam założenia taktyczne, to strach pomyśleć, co będzie kiedy więcej naszych zawodników przegra walkę z kontuzją czy chorobą. W ostatnich latach polski kibic powody do dumy miał właściwie w dwóch dyscyplinach, jednej "basenowej" i jednej "skoczniowej" - jak wiadomo i skoki, i pływanie, to szalenie popularne formy uprawiania sportu przez naszych rodaków, przebijające popularnością tak niszowe gierki jak koszykówka czy piłka nożna. Te nie mają szansy przeskoczyć nawet siatkówki kobiet. Jedyną szerzej znaną dyscypliną jest chód sportowy, jednak amatorzy często łamią jego zasady, podbiegając do odjeżdżających z przystanku pojazdów komunikacji miejskiej. Polski kibic stoi więc dziś przed ogromnym dylematem - jaką dyscyplinę zacząć trenować? Wiadomo, że zawsze najbliżej nam było "do tych łąk zielonych", więc oczywistym wyborem przez lata zdawał się być futbol. Jaka to jednak przyjemność robić to samo, co miliony ludzi na świecie - przecież w takim układzie bardzo trudno będzie się nam przebić. Z podobnych powodów odpadają kosz (wyrzucanie śmieci nigdy nie leżało w naszym charakterze) i kolarstwo (bo to sport bez przyszłości - a nuż panowie Kaczyńscy zabronią wyścigów w obawie przed pedałami?). Co więc zostaje przeciętnemu rodakowi, który chciałby aktywnie uczestniczyć w naszych sukcesach? W zasadzie jakimś rozwiązaniem (z naciskiem na "jakimś") byłoby przejście na zawodowstwo w leżeniu na kanapie, ewentualnie kibice-rolnicy mają jeszcze możliwość uprawiania orki na czas. Jedynym problemem pozostaje to, że obecnie takich dyscyplin jeszcze nie ma. Pozostaje nam więc systematyczny trening i nadzieja, że sporty te zostaną kiedyś dostrzeżone, a my wystartujemy w nich już z pozycji nie outsidera goniącego stawkę, ale pełnoprawnego lidera. A nadzieja, jak wiadomo, umiera ostatnia. Autor: Tuxedo |
|
<< poprzednia | spis treści | następna >> |