strona: 43        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


PUBLICYSTYKA

Po fachu (1)


Wszystkim dziennikarzom sportowym w naszym kraju trzeba oddać jedno: są znakomicie przystosowani do wymagań współczesnego rynku pracy. Nie chodzi mi tu wcale o wybitną znajomość języków czy genialne przygotowanie merytoryczne. Oni po prostu są w stanie przetrwać w każdych warunkach. Nawet w czasach totalnej posuchy w polskim sporcie byli w stanie wygrzebać sukces reprezentanta naszego kraju i w mig uczynić z niego bohatera, samemu stając się ekspertami w nowo wykreowanym sporcie narodowym.

Łatwo chyba zrozumieć, do czego piję, każdy mógł zauważyć ilu pojawiło się nagle specjalistów od skoków narciarskich w momencie eksplozji talentu Adama Małysza. Szybciuteńko wyrosło grono wybitnych autorytetów w tej dziedzinie. A że ostatnio jakby popularność skoków spadła, bo nasz jedyny skoczek potrafiący przekroczyć granicę bezpiecznego lądowania stracił dawny blask, postarano się o wyszukanie nowych idoli dla narodu.

Padło na Bogu ducha winnych tenisistów Fyrstenberga i Matkowskiego, którzy nadspodziewanie dobrze radzili sobie w wielkoszlemowym Australian Open. Po awansie naszego debla do półfinału w redakcji sportowej TVP rozpętała się burza, naprędce wykupiono prawo do transmisji półfinału i zorganizowano tenisowe studio. Oczywiście natychmiast stało się wiadome, że nasi tego meczu nie wygrają, bo jak żyję jeszcze nie zdarzyło mi się oglądać meczu tenisowego, w którym polski tenisista odniósłby triumf. Mam wątpliwości zresztą, czy od czasu Fibaka taki mecz miał miejsce. W sumie można by mieć w ogóle wątpliwości, czy Wojciech Fibak istniał naprawdę, bo nigdy meczu z jego udziałem nie widziałem, a patrząc na to, co się dzieje w polskim tenisie to szanse, że ktoś taki urodził się w Polsce są mniejsze, niż na to, że Wiórkowo zorganizuje olimpiadę w 2016. Dlatego pewnej grupie fanów tenisa, skupionych wokół niżej podpisanego wydaje się, że Pan Wojciech to taki kit wciskany naszemu pokoleniu ku pokrzepieniu serc. Co prawda sam Fibak co jakiś czas pojawia się w telewizji, co burzy naszą teorię, ale to jedyny niepasujący element tej układanki.



Gazety również szybko podchwyciły temat, znany ze studia Ligi Mistrzów, Michał Pol szybko napisał w "Nowym Dniu" artykuł o naszym deblu. To już jego trzecia specjalność, bo skokami też się para. Sama treść to istne arcydzieło, bo naprawdę trzeba mieć porównywalny talent do lania wody, co redaktorzy "Suchych Gnatów", żeby w pięciu kolumnach nie napisać nic poza statystyką i strzępkami wywiadu. A wracając do TVP. Studio poprowadził Rafał Patyra z wielkim kajetem notatek na kolanach. Towarzyszyli mu była tenisistka Magdalena Grzybowiska i redaktor naczelny magazynu "Tenis Club". Pan Redaktor Patyra sprawiał wrażenie jakby całą wiedzę o tenisie zdobył w ciągu ostatnich 48 godzin, ale najciekawsze miało dopiero nadejść. Otóż mecz miał komentować nie kto inny jak Jacek Jońca. W TVP króluje chyba zasada: "nie ma kogo posłać, posyłamy Jońcę". Pan Jacek zasługuje na miano szwajcarskiego scyzoryka redakcji sportowej TVP, bo gdyby zaistniała potrzeba komentowałby chyba pływanie synchroniczne koedukacyjne. Mówił dokładnie tyle ile wiedział o tenisie, czyli niekoniecznie zbyt dużo, ocen techniki czy taktyki nie było w ogóle, a zdanie "No myślę, że... No Polacy... No muszą cos zrobić teraz" wkrótce znajdzie miejsce w na bieżąco tworzonej przez internautów długiej liście mało błyskotliwych komentatorskich wypowiedzi. Kiedy nasi przegrali mecz z kretesem po beznadziejnej grze, nie było odrobiny wściekłości, żalu czy pretensji o słabiutki tenis zaprezentowany przez Fyrstenberga i Matkowskiego. Były po prostu gratulacje i pochwały za dojście tak wysoko i wyrażenie wiary, że następnym razem pójdzie lepiej. To już chyba taka narodowa choroba.

Kiedy już było po wszystkim Patyra rozmawiał telefonicznie z Wojciechem Fibakiem, zapytawszy go błyskotliwie czy to był najsłabszy mecz w wykonaniu naszych. Nie przyszło Panu Redaktorowi do głowy, że poprzednie mecze Polaków widziało może paręnaście osób, które przypadkiem znalazły się na jednym z bocznych kortów, gdzie zazwyczaj pierwsze rundy grają deble, ale jednak coś mu się w grze Polaków musiało nie podobać, skoro zapytał. Fibak odparł oczywiście, że innych meczów Polaków nie widział, ale to musiał być najgorszy mecz w ich wykonaniu, bo gdyby grali tak wcześniej to na półfinał nie mieliby szans.

Chyba zbyt wielkim wysiłkiem byłoby "wypożyczenie" na ten wieczór z konkurencyjnej stacji Tomasza Wolfke, Adama Chojnowskiego albo Karola Stopy. Cała TVP odetchnęła z ulgą, że tego ryzykownego eksperymentu relacyjnego nie trzeba będzie powtarzać w finale, a Robert Korzeniowski zapisze sobie na koncie sukces, bo pokazał historyczny występ Polaków w półfinale wielkiego szlema. Chwała mu, że to zrobił, ale chyba to nie tak miało być...


Autor: Andrzej Gomołysek



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>