|
PUBLICYSTYKA
Po fachu (1)
Wszystkim dziennikarzom sportowym w naszym kraju trzeba
oddać jedno: są znakomicie przystosowani do wymagań współczesnego rynku pracy.
Nie chodzi mi tu wcale o wybitną znajomość języków czy genialne przygotowanie
merytoryczne. Oni po prostu są w stanie przetrwać w każdych warunkach. Nawet w
czasach totalnej posuchy w polskim sporcie byli w stanie wygrzebać sukces
reprezentanta naszego kraju i w mig uczynić z niego bohatera, samemu stając się
ekspertami w nowo wykreowanym sporcie narodowym.
Łatwo chyba zrozumieć, do czego
piję, każdy mógł zauważyć ilu pojawiło się nagle specjalistów od skoków
narciarskich w momencie eksplozji talentu Adama Małysza. Szybciuteńko
wyrosło grono wybitnych autorytetów w tej dziedzinie. A że ostatnio jakby
popularność skoków spadła, bo nasz jedyny skoczek potrafiący przekroczyć
granicę bezpiecznego lądowania stracił dawny blask, postarano się o wyszukanie
nowych idoli dla narodu.
Padło na Bogu ducha winnych tenisistów Fyrstenberga i Matkowskiego, którzy nadspodziewanie dobrze
radzili sobie w wielkoszlemowym Australian Open. Po awansie naszego debla do
półfinału w redakcji sportowej TVP rozpętała się burza, naprędce wykupiono
prawo do transmisji półfinału i zorganizowano tenisowe studio. Oczywiście
natychmiast stało się wiadome, że nasi tego meczu nie wygrają, bo jak żyję
jeszcze nie zdarzyło mi się oglądać meczu tenisowego, w którym polski tenisista
odniósłby triumf. Mam wątpliwości zresztą, czy od czasu Fibaka taki mecz
miał miejsce. W sumie można by mieć w ogóle wątpliwości, czy Wojciech Fibak
istniał naprawdę, bo nigdy meczu z jego udziałem nie widziałem, a patrząc na
to, co się dzieje w polskim tenisie to szanse, że ktoś taki urodził się w
Polsce są mniejsze, niż na to, że Wiórkowo zorganizuje olimpiadę w 2016.
Dlatego pewnej grupie fanów tenisa, skupionych wokół niżej podpisanego wydaje
się, że Pan Wojciech to taki kit wciskany naszemu pokoleniu ku pokrzepieniu
serc. Co prawda sam Fibak co jakiś czas pojawia się w telewizji, co burzy naszą
teorię, ale to jedyny niepasujący element tej układanki.
|
|
Gazety również szybko
podchwyciły temat, znany ze studia Ligi Mistrzów, Michał Pol szybko
napisał w "Nowym Dniu" artykuł o naszym deblu. To już jego trzecia specjalność,
bo skokami też się para. Sama treść to istne arcydzieło, bo naprawdę trzeba
mieć porównywalny talent do lania wody, co redaktorzy "Suchych Gnatów", żeby w
pięciu kolumnach nie napisać nic poza statystyką i strzępkami wywiadu. A wracając do TVP. Studio
poprowadził Rafał Patyra z wielkim kajetem notatek na kolanach.
Towarzyszyli mu była tenisistka Magdalena Grzybowiska i redaktor
naczelny magazynu "Tenis Club". Pan Redaktor Patyra sprawiał wrażenie jakby
całą wiedzę o tenisie zdobył w ciągu ostatnich 48 godzin, ale najciekawsze
miało dopiero nadejść. Otóż mecz miał komentować nie kto inny jak Jacek Jońca.
W TVP króluje chyba zasada: "nie ma kogo posłać, posyłamy Jońcę". Pan Jacek
zasługuje na miano szwajcarskiego scyzoryka redakcji sportowej TVP, bo gdyby
zaistniała potrzeba komentowałby chyba pływanie synchroniczne koedukacyjne.
Mówił dokładnie tyle ile wiedział o tenisie, czyli niekoniecznie zbyt dużo,
ocen techniki czy taktyki nie było w ogóle, a zdanie "No myślę, że... No Polacy...
No muszą cos zrobić teraz" wkrótce znajdzie miejsce w na bieżąco tworzonej
przez internautów długiej liście mało błyskotliwych komentatorskich wypowiedzi.
Kiedy nasi przegrali mecz z kretesem po beznadziejnej grze, nie było odrobiny
wściekłości, żalu czy pretensji o słabiutki tenis zaprezentowany przez
Fyrstenberga i Matkowskiego. Były po prostu gratulacje i pochwały za dojście
tak wysoko i wyrażenie wiary, że następnym razem pójdzie lepiej. To już chyba
taka narodowa choroba.
Kiedy już było po wszystkim
Patyra rozmawiał telefonicznie z Wojciechem Fibakiem, zapytawszy go
błyskotliwie czy to był najsłabszy mecz w wykonaniu naszych. Nie przyszło Panu
Redaktorowi do głowy, że poprzednie mecze Polaków widziało może paręnaście
osób, które przypadkiem znalazły się na jednym z bocznych kortów, gdzie
zazwyczaj pierwsze rundy grają deble, ale jednak coś mu się w grze Polaków
musiało nie podobać, skoro zapytał. Fibak odparł oczywiście, że innych meczów
Polaków nie widział, ale to musiał
być najgorszy mecz w ich wykonaniu, bo gdyby grali tak wcześniej to na półfinał
nie mieliby szans.
Chyba zbyt wielkim wysiłkiem
byłoby "wypożyczenie" na ten wieczór z konkurencyjnej stacji Tomasza Wolfke,
Adama Chojnowskiego albo Karola Stopy. Cała TVP odetchnęła z
ulgą, że tego ryzykownego eksperymentu relacyjnego nie trzeba będzie powtarzać
w finale, a Robert Korzeniowski zapisze sobie na koncie sukces, bo
pokazał historyczny występ Polaków w półfinale wielkiego szlema. Chwała mu, że
to zrobił, ale chyba to nie tak miało być...
Autor: Andrzej Gomołysek
| |