strona: 41        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


PUBLICYSTYKA

Marnowany talent


Marzec 1995r., Kanada, Thunder Bay, Mistrzostwa Świata. Małysz był wtedy w świecie równie znany, jak obecnie Robert Mateja czy Wojtek Skupień. Tymczasem już pierwszy dzień rywalizacji, na średniej skoczni, przynosi niespodziankę - Adam zajmuje dziesiąte miejsce, pozostawiając w pokonanym polu m.in. Dietera Thomę i Espena Bredesena. Podczas konkursu na skoczni dużej zawodnikowi z Wisły wiedzie się równie dobrze, zwody kończy na miejscu jedenastym. Tym razem za plecami Polaka wylądował Mika Laitinen (wywalczył na średniej skoczni brązowy medal).

W całym sezonie 1994/95 Małysz zdobył 40 punktów i już wtedy wydawało się, że wreszcie doczekaliśmy się następcy Wojciecha Fortuny. W kolejnym sezonie nasz skoczek odniósł pierwsze zwycięstwo w Pucharze Świata (w Oslo) i... to był koniec. Przynajmniej na razie, bo ówczesny trener naszej reprezentacji, Pavel Mikeska, niestety nie udźwignął ciężaru i z nastoletniego wtedy Małysza nie zrobił jeszcze prawdziwej gwiazdy. Adam skakał nierówno, kolejne sezony przynosiły coraz większe rozczarowania (chociaż podwójne zwycięstwo podczas próby przedolimpijskiej w Nagano jakimś przebłyskiem było). Wtedy pojawił się "Polo cudotwórca".

Sezon 1999/2000. Kadrę obejmuje Apoloniusz Tajner i powoli tworzy team, jakiego zazdrościć nam będzie wiele innych krajów. Drugi trener Piotr Fijas, psycholog Jan Blecharz, fizjolog Jerzy Żołądź i oczywiście Adam Małysz - w niedługim czasie te nazwiska miała poznać cała Polska, a duet Tajner-Małysz stał się synonimem sukcesu. Co się działo dalej - wszyscy pamiętamy. Lata 2001 - 2003 to nieustające pasmo sukcesów Małysza, trzy kolejne zwycięstwa w generalnej klasyfikacji Pucharu Świata i niemniej cenne medale, z których najlepiej chyba pamiętamy podwójne zwycięstwo w Predazzo okraszone rekordami na obu skoczniach. W pamięć wbiły się okrzyki komentatora "Płyń, Adam, płyyyyń!". I popłynął, osiągnął chyba największy, a na pewno ostatni ze swoich sukcesów. 

Pod koniec sezonu 2003/04 miało miejsce znamienne wydarzenie, w którym z perspektywy czasu dopatrujemy się pewnego symbolu, a już wtedy było traktowanej jako "zły omen". W czasie lutowego treningu na skoczni w Salt Lake City Małysz miał upadek, stracił nawet na moment przytomność po uderzeniu głową o zeskok i mimo, że nie odniósł większych obrażeń, już w tym sezonie nie wystartował. Ale tu nie chodziło o kolejne starty - oto człowiek, który ustał w Willingen 151,5 metra, przewrócił się na dobrze sobie znanej skoczni, z której przywiózł kiedyś dwa medale. Historia jakby zatoczyła koło i od wielkiego sukcesu przebyła drogę do upadku. Upadku wielkiego mistrza, po którym miał już się, być może, nigdy tak naprawdę nie podnieść. Ale tu nie chodziło o kolejne starty - oto człowiek, który ustał w Willingen 151,5 metra, przewrócił się na dobrze sobie znanej skoczni, z której przywiózł kiedyś dwa medale.



Historia jakby zatoczyła koło i od wielkiego sukcesu przebyła drogę do upadku. Upadku wielkiego mistrza, po którym miał już się, być może, nigdy tak naprawdę nie podnieść.

| Małysz w Villach | źródło: onet.pl

Kiedy nadszedł sezon bez wyników, rozpoczęło się szukanie winnych. Ofiarą "polowania" padł Apoloniusz Tajner, a przy okazji rozsypał się ten "cudowny team" - Blecharz i Żołądź całkiem słusznie oczekiwali, że ich wkład w sukcesy polskiego skoczka zostanie wynagrodzony. Jak się okazało - nie został. Współpraca skończyła się w dość nieprzyjemnych okolicznościach, ale przecież nadchodził - tak przynajmniej wszyscy myśleli - czas kolejnych sukcesów. Niestety, jak się później miało okazać, jedynym było zakontraktowanie nie znanego wcześniej trenera, zupełnie bez doświadczenia w pracy z pierwszą reprezentacją. Tylko co z tego, skoro Heinz Kuttin miał poparcie samego mistrza Adama (i przy okazji jego menedżera)? Co z tego, że "do wzięcia" byli Vasja Bajc (obecny trener Jakuba Jandy) i nie mniej znakomity Fin Lepistoe? Kuttin był już tu, na miejscu, znał polskich skoczków (prowadził naszych juniorów), czemu więc by mu nie dać szansy? Poza tym dobrzy trenerzy słono kosztowali, a akurat prezes naszego związku narciarskiego o pieniądze dbał jak nikt inny. Szkoda, że głównie o te, które wpływały bezpośrednio do jego kieszeni.

Sam Kuttin to dziwny człowiek. Na samym początku współpracy doprowadził Małysza do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej, ale... letniego pucharu. Śmiesznie brzmiały wtedy wypowiedzi Ahonena, że lato to czas wypoczynku. Niestety dla nas rację miał Fin. Zimą Małysz nie zdobył obiecywanych przez trenera medali, niewiele też ugrał w Pucharze Świata - ledwo czwarte miejsce, osiągnięte i tak z ogromnym trudem. Czołówka zaczęła się coraz wyraźniej oddalać, ale nikt nie robił jeszcze tragedii - Małysz wygrywał niektóre konkursy i było lepiej niż w ostatnim sezonie za panowania Tajnera.

A jak jest teraz? "dyspozycja Adama rośnie" - słyszymy to nieustannie. Szkoda tylko, że wyniki sportowe są odwrotnie proporcjonalne do tej niby rosnącej formy naszego skoczka. Kuttin jest wyraźnie zagubiony, jednego dnia święcie wierzy w umiejętności nie tylko naszego najlepszego zawodnika, ale również w resztę, by następnego powiedzieć "nie będę płakał, jeśli zostanę zwolniony". Zresztą, co ma mówić człowiek, który sam był jednoosobowym zespołem, chodzącym omnibusem skoków, korzystającym z usług jedynie Łukasza Kruczka? Wziął na siebie całkowitą odpowiedzialność za wyniki, ale niby na kogo miałby ją teraz zrzucić? Bo chyba nie na Małysza, który sprawia wrażenie, jakby sam coraz mniej rozumiał, dlaczego już nie potrafi dobrze skakać.


Autor: Tuxedo



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>