strona: 33        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


Tenis ziemny

Australian Open: Władca tenisa i Powrót Królowej


SIÓDME NIEBO
Wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyć miało. Federer, który zdaniem wszystkich teoretyków tenisa nie czaruje, popełnia masę prostych błędów i nie gra już z taką lekkością jak kiedyś, wygrał trzeci turniej wielkoszlemowy z rzędu. Od dłuższego już czasu wieszczy się jego detronizację, a ta jakoś nie chce nadejść. Federer zachowuje się niczym Emil Zatopek na Olimpiadzie w 1952 podczas biegu na 10 km - ów wyrabiał sobie dużą przewagę, po czym zaczynał się chwiać, dyszeć - słowem udawać umierającego, by - gdy rywale go dogonili - znów bez wysiłku od nich odskoczyć. Szwajcar tracił sety, chwilami grał po prostu przeciętnie, by za jakiś czas po prostu przebijać piłkę dostatecznie długo, aż ta nie wróciła. Tak na dobrą sprawę w marszu po tytuł nie miał mu kto przeszkodzić. Kiefer zawsze stawia twarde warunki i zawsze odchodzi na tarczy z jednym ugranym setem. Dawidienko to solidny rzemieślnik, nic poza tym, Mirnyj dopóki chodzi do siatki nawet wtedy, kiedy ledwo uda mu się przebić piłkę na drugą stronę, nie ma szans nawet na rankingową dwudziestkę. A z drugiej strony turniejowej drabinki sprawę Szwajcarowi ułatwiła..

..CYPRYJSKA REWELACJA
W osobie Marcosa Baghdatisa, eliminując po kolei tych, którzy mieliby zagrozić Federerowi. Pierwszą ofiarą byłego lidera rankingu juniorskiego padł Andy Roddick. Po jego przegranej w 1/8 finału wszyscy myśleli, że Amerykanin znowu miał pecha i podobnie jak na US Open (kiedy uległ Luksemburczykowi Mullerowi) trafił na mało znanego zawodnika z niewielkiego państewka, któremu akurat wyszedł mecz życia.
| Marcos Baghdatis - sensacja
turnieju w Sydney | źródło: AFP
Kiedy jednak Cypryjczyk ograł w następnej rundzie świetnie dysponowanego ostatnio Chorwata Ivana Ljubicicia o jednorazowym wyskoku nie mogło być mowy. Wszak trudno rozegrać dwa mecze życia w ciągu jednego życia, na dodatek w przedziale dwóch dni. W półfinale trafił na pogromcę Federera z finału Masters, Davida Nalbandiana i po dramatycznym pięciosetowym boju, przegrywając 0-2 w setach odprawił z kwitkiem (ale na całkiem przyzwoitą kwotę), tego, którego typowano na mogącego powstrzymać Helweta. W ten oto sposób Cypryjczyk stał się finalistą Australian Open o najniższym od kilkudziesięciu lat rankingu. Nie znaczyło to bynajmniej, że w starciu z liderem obu klasyfikacji ATP zamierzał jedynie ugrać parę gemów, aby uniknąć kompromitacji. Przeciwnie, dopingowany przez liczne grono rodaków postawił mistrzowi trudne warunki, wygrywając nawet pierwszy set. Cypryjczyk może mówić o pechu, bo gdy bronił w drugim secie setbola, sędzia stołkowy zmienił na jego niekorzyść decyzję liniowego, przez co punkt, gem i set zdobył Szwajcar. W trzecim i czwartym secie Baghdatisa zwyczajnie opuściły siły i, choć walczył ambitnie i z rywalem i ze skurczami, zdołał ugrać już tylko dwa gemy.

KU LEGENDZIE
Nie miał jednak Cypryjczyk powodów do smutku, w ciągu turnieju zarobił blisko dwa razy więcej niż w ciągu całej dotychczasowej kariery. Punkty zdobyte w Australii wywindują go do trzeciej dziesiątki rankingu Entry System. A Federer? Gdyby chodziło tylko o pieniądze, z tego, co uciułał przez tych parę lat królowania na kortach mógłby już sobie kupić jakąś wysepkę na Karaibach i żyć tam w szczęściu i spokoju.
| Kto zdetronizuje króla? |
źródło: AP
Dlatego ten milion dolarów za zwycięstwo w Australii nie wpłynie znacząco na jego życie. Szwajcar zapowiada za to, że powalczy w tym roku o klasycznego Wielkiego Szlema. Puchar za zwycięstwo Rogerowi wręczał Rod Laver, ostatni, któremu ta sztuka się udała. Choć większości komentatorów wydaje się to mało prawdopodobne, to naprawdę brakuje kogoś, kto mógłby mu w tym przeszkodzić. Jedyna wątpliwość to to, czy wygra French Open. Jeśli nie przeszkodzą mu Latynosi, Federer zdobędzie nieklasyczny Wielki Szlem, gdyż tylko triumfu na Rolad Garros brakuje mu do kolekcji. A jeśli wygra, to i droga do klasycznego stanie otworem, bo trudno wyobrazić sobie, żeby Szwajcar był do zatrzymania w Anglii i w USA. Powoli trzeba się przyzwyczajać, że tenis to gra, w której dwie osoby przebijają powlekaną filcem piłeczkę za pomocą specjalnych rakiet ze strunami z krowich jelit, a zawsze wygrywa Roger Federer.

KOBIETA ZMIENNĄ JEST
Ostatnimi czasy (mniej więcej po US Open) w zawodach Pań trudno cokolwiek przewidzieć. Następuje chyba początek końca sióstr Williams, na starszą już w pierwszej rundzie wystarczyła nastolatka z Bułgarii, Serena jak przez mękę przeszła dwie pierwsze rundy, a trzeciej za porażkę z US Open rewanż na klanie Williams wzięła Daniela Hantuchowa. Marnego schyłku kariery sióstr nie wieszczę samą słabą, wręcz beznadziejną grą, czy nawet figurą, powiedzmy niezbyt tenisową. Bo choć w reklamie deklamują, że "ruch to zabawa, ruch to podstawa, ruch to jest przecież najważniejsza sprawa", to w czasie swojej gry robią wyżej wymienionemu ruchowi skuteczną antyreklamę. Panie Williams zaczynają traktować tenis jak hobby, bardziej ostatnio interesują je kariery modelek, aktorek reklamowych czy projektantek. Anna Kournikowa nie potrafiła połączyć tenisa z innymi zajęciami i zrezygnowała ze sportu. Niewykluczone, że i tak będzie z siostrami. Wyraźnie brakuje im chęci do gry, na korcie osiągnęły już bardzo wiele i trudno znaleźć im motywację do dalszych występów.



WIELKI POWRÓT
Ale nikt po nich płakać nie będzie. Do gry wraca bowiem zdetronizowana przez kontuzje królowa Martina. Pannie Hingis najwidoczniej znudziła się tenisowa emerytura, a urazy nie okazały się na tyle przewlekłe, żeby uniemożliwić Szwajcarce grę. To, co nie udało się kilkanaście miesięcy temu udało się teraz i już w pierwszym występie osiągnęła półfinał. Na korty Australian Open wracała jako trzykrotna triumfatorka i dwukrotna finalistka tej imprezy.Tym razem nie nawiązała do sukcesów sprzed lat, ale dla większości tenisistek i tak ćwierćfinał pozostaje wyczynem nieosiągalnym. Że o zwycięstwie w mikście nie wspomnę. Jeżeli Szwajcarka znowu nie przegra walki z kontuzjami, może walczyć o powrót na rankingowy tron. A Szwajcaria wyrasta na tenisową potęgę: Federer, Hingis, solidna Patty Schnyder i wschodząca gwiazda Stanislas Wawrinka, w momencie, gdy nie eksploduje już co chwilę jakiś rosyjski talent, a amerykańskie akademie tenisowe nie hodują tylu gwiazdeczek, helwecki kwartet sprawia bardzo solidne wrażenie.

DOCZEKAŁA SIĘ
Amelie Mauresmo wiele razy była umieszczana wśród turniejowych faworytek. Wydawało się, że tylko kwestią czasu jest to, kiedy zdobędzie tytuł wielkoszlemowy. Taki stan trwał latami, aż w końcu zaczęto spisywać ją na straty, ze wzglądu na słabą psychikę. Wielokrotnie szła jak burza, aż w pewnym momencie (zazwyczaj w okolicach półfinału) zaczynała psuć, popełniać szkolne błędy i przegrywać mecze, których teoretycznie przegrać nie miała prawa. Swoją szansę na triumf w Australii miała już siedem lat temu, ale wtedy na jej drodze w finale stanęła Martina Hingis, której w tych czasach ograć było nie sposób. Wreszcie w zeszłym roku udało jej się wygrać finał Masters, grając przez cały turniej równo, bez tradycyjnej zapaści okołopółfinałowej. Tym razem Francuzce dopisało trochę szczęście, bo aż w trzech meczach jej rywalki zeszły z kortu przed końcem pojedynku. Najpierw w trzeciej rundzie skreczowała M. Krajiczek, a w półfinale i finale ten sam los spotkał Belgijki- odpowiednio Clijsters i Henin-Hardenne.

BELGIJSKI SZPITAL..
Kim i Justinne za dużo się nie nagrały w ubiegłym roku, lecząc nieustannie wracające kontuzje. Nowy rok też zaczął się dla nich średnio ciekawie. Clijsters właśnie zdobyła ośmiotygodniowe zwolnienie lekarskie, naciągając więzadło, a co się dzieje z Henin to chyba sama ona nie wie. Skreczowała w finale wskutek rozstroju żołądka, ponoć zjadła jakaś niewłaściwą tabletkę i to stąd cały problem. Na korcie wyglądała, jakby za chwilę miała odjechać z kortu karetką, na początku drugiego seta z cierpieniem wypisanym na twarzy oznajmiła sędziemu, że dalej grać już nie może. Morał prosty: Panowie ze Szkocji są twardsi niż Panie z Belgii. Na zeszłorocznym US Open podobne problemy miał Murray. Wszystko przeszło jak ręką odjął, gdy wyrzucił treść pokarmową poza własny organizm. Co prawda zrobił to na kort, ale tamten mecz wygrał...

..LEPSZY, NIŻ POLSKIE ZDROWIE
Marcie Domachowskiej ostatnio nie idzie. Ponoć w swoim meczu z Henin-Hardenne walczyła. Tak przynajmniej twierdzą eksperci. Powiem jedno: nie zauważyłem. Belgijka zrobiła z Polką co chciała, szybko zdobyła przełamania i przez cały mecz kontrolowała sytuację. Są co prawda wyrównane mecze, w których pada wynik 6-1, 6-3, ale akurat pojedynek, o którym mowa się do nich nie zaliczał. Nasza najlepsza tenisistka już dawno nie miała udanego występu, w rankingu systematycznie spada. Nie udało jej się nawet w deblu, tam też odpadła w pierwszej rundzie. Jedynym pocieszeniem może być przyznany jej tytuł vice-miss turnieju. Ale dość marna to pociecha- pięknych kobiet ci u nas dostatek, przydałoby się parę dobrych tenisistek...

ŚWIATEŁKO W TUNELU Wyrastamy za to na potęgę deblową. Podobno nasi tenisiści Fyrstenberg i Matkowski szli jak burza przez turniej. Podobno, bo żadna stacja nas tym widokiem nie uraczyła. A kiedy już zdecydowano się pokazać Polaków, przegrali oni z kretesem. Ale jeśli wierzyć relacjom, to nasi w dobrym stylu pokonali świetne pary Cermak/Friedl i Żimonić/Santoro.Co prawda te relacje opierają się na statystykach ściąganych ze stron internetowych, bo polskich żurnalistów do Australii nie przywiało, a Polaków grających na bocznych kortach mało kto widział w akcji, ale z nich wynikało naprawdę sporo dobrego. Tym większa radość, że wydawało się, że nasi debliści już nie zagrają razem, bo stwierdzili, że ten układ się wypalił i osiągnęli wszystko, co mogli. Jak się okazuje przerwa posłużyła Fyrstenbergowi i Matkowskiemu, osiągnęli oni największy sukces od dziesięcioleci, czyli od czasów Wojciecha Fibaka. Polacy znaleźli się na piątym miejscu deblowego rankingu Champions Race, najwyższym w ich karierze. Jeszcze większy sukces odnieśli Błażej Koniusz i Grzegorz Panfil. Nasi juniorzy po raz kolejny odnoszą wielki sukces w postaci triumfu wielkoszlemowego (wszak Olszy i Grzybowskiej też się to udało), w dodatku eliminując trzy deble z pierwszej dziesiątki juniorskiego rankingu (w tym liderów- Singha i Neduncherhiyana z Indii). Może wreszcie tym razem przełoży się to na jakiś sukces w seniorskim tenisie. Czego sobie i Państwu życzę.

WYNIKI FINAŁÓW


singiel kobiet: