|
<< poprzednia
| spis treści
| następna
>> |
Skoki narciarskieTurniej Czterech Skoczni: Co dwóch, to nie jeden
Początek sezonu 2005/2006 zdecydowanie należał do Czecha Jakuba Jandy. Skoczek, oprócz wspaniałych not, zaczął uzyskiwać dłuższe odległości, co umożliwiło mu odniesienie czterech zwycięstw w siedmiu konkursach (jeden w Engelbergu został odwołany ze względu na złe warunki atmosferyczne), a w konsekwencji osiągnięcie pozycji lidera w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata z dorobkiem 552 punktów. Jednak dominacja w pierwszym periodzie nie musi oznaczać medali olimpijskich lub Kryształowej Kuli. Teraz przyszedł czas, żeby poddać się pierwszemu ważnemu sprawdzianowi - Turniejowi Czterech Skoczni. Impreza ta jest bardzo prestiżowa i posiada wielką tradycję. To ona zwykle kreowała największych bohaterów skoków narciarskich. Wygrywali ją między innymi: Dieter Thoma, Matti Nykaenen, Janne Ahonen, Adam Małysz i Jens Weissflog (czterokrotnie). Niemieckim kibicom na długo zapadnie w pamięci jubileuszowy pięćdziesiąty Turniej, podczas którego ich zawodnik, Sven Hannawald wygrał na wszystkich obiektach. Już w środę, 27.12 najlepsi zawodnicy świata zaczęli zjeżdżać do pięknego kurortu w Oberstdorfie, gdzie tradycyjnie cała zabawa się zaczyna. W czwartek na Schattenbergschanze, która w lutym gościła uczestników mistrzostw świata, odbyły się kwalifikacje. Przebrnęło przez nie trzech Polaków: Adam Małysz, Kamil Stoch i Robert Mateja. Biało-czerwoni w pierwszej piątkowej kolejce mieli się zmierzyć odpowiednio z: Jensem Salumae, Martinem Kochem i Andreasem Koflerem. Zaobserwowano też kilka niespodzianek, m.in. dopiero 18. miejsce Janne Ahonena lub dyskwalifikację Jakuba Jandy za zbyt długie narty. W ten sposób lider PŚ skazał się na rywalizację z Andreasem Widhoelzlem, któremu zabrakło jednego metra do wyrównania rekordu skoczni. Cały magiczny show rozpoczął się w piątek o godzinie 1630. W ostatnich latach triumfowali tu: Martin Schmitt, dwa razy Sven Hannawald, Janne Ahonen, Sigurd Pettersen i ponownie dominator z Finlandii. W serii KO kilku świetnych sportowców zawiodło na całej linii. Mowa to przede wszystkim o Austriakach Wolfgangu Loitzlu i Thomasie Morgensternie oraz Norwegu Pettersesnie, zwycięzcy 52. "4 Schanzen Tournee". Niemiłą niespodziankę sprawił także Andreas Kuettel, lądując na początku drugiej dziesiątki. Wśród prowadzących nieoczekiwanie znaleźli się Japończyk Takanobu Okabe oraz powracający do formy Matti Hautamaeki. Przewodził wielki Janne przed Roarem Ljoekelsoeyem. Adamowi Małyszowi przypadła "szczęśliwa" siódemka. W drugiej serii kilku skoczkom poszło słabiej. Oddali krótsze skoki, co przesunęło ich w dół. Spotkało to przede wszystkim orła z Wisły, który ze "szczęśliwej siódemki" spadł na "pechową trzynastkę". Pierwsza piątka stoczyła ze sobą twardy bój o pierwsze miejsce. Po skoku prowadzącego napięcie sięgnęło zenitu. Ostatecznie lider ekipy Miki Kojonkoskiego przegrał z podopiecznym Toniego Nikunnena o 2 punkty. Przed zawodami w Garmisch-Partnekirchen wszyscy zadawali
sobie pytanie: czy aktualny mistrz świata zwycięży w Turnieju po raz drugi z
rzędu, czwarty w karierze i czy uda mu się wyrównać rekord Hanniego. Tym razem
od kwalifikacji nie dał sobie w kaszę dmuchać, zajmując w nich piąte miejsce. Z
biało-czerwonych do noworocznych zawodów dostali się: Adam Małysz (rywal
Maximilan Mechler), Kamil Stoch
(Balthasar Schneider) i Robert Mateja
(Janne Happonen). Najwyższą notę w
sylwestrowy wieczór zdołał uzyskać Japończyk Noriaki Kasai, któremu przypadł Jakub Janda (zrezygnował ze startu).
Szczególnie zawiedli Norwegowie. Odpadli Tommy Ingebrigtsen, Pettersen i Daniel Forfang. |
Seria KO przebiegła bez specjalnych fajerwerków. Emocje zaczęły się dopiero pod koniec, gdy w 19. parze na rozbiegu stanął Kofler. W kolejnych sześciu parach wygrywali zawodnicy rozstawieni. Przegrał tylko Kasai, ale awansował jako pierwszy z lucky loserów. Jeśli chodzi o naszych reprezentantów, to awansowało dwóch, ale na odległych pozycjach. 29. był Kamil Stoch, 18. Adam Małysz. Ostatecznie osiemnastolatek utrzymał swoje miejsce, a orzeł z Wisła spadł o trzy oczka W porównaniu do Oberstdorfu, z czołówki walczącej o wygraną
wypadł Okabe. W jego miejscu pojawili się Kofler i Uhrmann. Praktycznie obserwowaliśmy powtórkę z pierwszych zawodów.
Z tym wyjątkiem, że teraz fiński dominator oczekiwał na to, co zrobią inni.
Napięcie rosło do momentu lądowania Jakuba Jandy. Czech, pomimo mniejszej
odległości (2,5 metra bliżej od Skandynawa), otrzymał o 2,5 punktu wyższe noty
za styl, co pozwoliło mu zachować przewagę i stanąć na najwyższym stopniu
podium zawodów w Ga-Pa. Po dniu przerwy rywalizacja przeniosła się do Austrii do
Innsbrucku na słynną skocznię Bergisel. Polscy kibice podążali tam z pewnym
niesmakiem, związanym z wycofaniem z turnieju Bachledy i Małysza. Zastąpili ich Stefan Hula i Rafał Śliż.
Zmiana ta wpłynęła na "naszych" pozytywnie w kwalifikacjach. Cała czwórka
dostała się do konkursu. Szczególnie błysnął Stoch, który przegrał tylko z
najlepszym z Finów (różnica 0.4 punktu). W serii KO przypadł mu Michael
Uhrmann, Huli Reinhard Schwarzenberger,
Śliżowi Manuel Fettner, a Matei
Janne Happonen. Hitem ogłoszono pojedynek liderów PŚ i TCS. Niestety, rezultaty eliminacyjne
nie zawsze przekładają się na wyniki w zawodach. Do drugiej kolejki awansował
tylko Śliż, ostatecznie sklasyfikowany na 26. miejscu. Rywalizację liderów bez
fajerwerków rozstrzygnął na swoją korzyść Janne. Prowadził Thomas Morgenstern przed Szwajcarem Kuettelem
i Ljoekelsoeyem. W drugim skoku Janda dokonał rzeczy wielkiej - z 13. pozycji
wskoczył na drugi stopień podium. Tuż za nim uplasował się rekordzista świata
Norweg Bjoern Einar Romoeren, a pierwsze
zwycięstwo w karierze odniósł jego rodak Lars Bystoel. Ahonen, któremu przypadła szósta lokata, stracił pozycję
lidera turnieju. Przegrywał z Czechem o dwa punkty. Na piątek w Bischofshofen zaplanowano zakończenie prestiżowej rywalizacji. Podobnie, jak w Innsbrucku, wszyscy Polacy dostali się do konkursu. Mateja natknął na Ikonena, Hula na Happonena, Stoch na Kasai, a Śliż na Ljoekeklsoeya. Ponownie miało dojść do pojedynku wielkich: Janda - Ahonen. Podobnie, jak w zeszłym roku, na skoczni imienia Paula Asusserlaeitnera miała miejsce pasjonująca rywalizacja. Co prawda, wszyscy "nasi" zawiedli, ale skoczkowie ze światowej czołówki nie pozwolili widzom się nudzić. W pierwszej serii doczekaliśmy się osiemnastu skoków ponad 130 metrów, a para liderów pokonała granicę 140 metrów. W drugiej kolejce, pomimo skrócenia rozbiegu, oddawane skoki były jeszcze dłuższe. Prowadzenie co chwilę się zmieniało. Na dłużej na pierwszym miejscu zagościł tylko Andreas Kofler. Wszyscy czekali na tych dwóch ostatnich. Ostatecznie konkurs zakończył się zwycięstwem Fina. Wtedy doszło do niecodziennej sytuacji. Janne wygrał dwoma punktami, a przed Bischofshofen tyle właśnie tracił do Czecha. Ostatecznie sędziowie zdecydowali o pierwszym w historii Turnieju Czterech Skoczni przyznaniu dwóch pierwszych nagród. Trzecia lokata przypadła liderowi "norweskiego gangu" Roarowi Ljoekelsoeyowi. 54. "4 Schanzen Tournee" przeszedł do historii, jako tour walki i nerwów. Aż trzykrotnie o wygranej decydowała różnica dwóch punktów. Wydarzeniami najbardziej zasługującymi na uwagę są: dwie identyczne noty po ośmiu skokach na czele klasyfikacji, pierwsze w karierze zwycięstwo Larsa Bystoela oraz pierwsze od dziesięciu lat wycofanie z gry Adama Małysza |
|
<< poprzednia | spis treści | następna >> |