|
Akt II Scena I :
" Wiej kto w Boga wierzy! "
Rozpoczął się exodus na zachód: jedni uciekali przez Rumunię i Grecję, inni przez kraje nadbałtyckie, jeszcze inni przez Słowację i Węgry, a najdalszym punktem przerzutowym była Syria. Pierwotnie piloci mieli ruszyć do Rumunii, tam otrzymać nowe samoloty i powrócić. W kolumnie uciekinierów wyruszyli więc piloci i personel naziemny eskadry Zdzisława Krasnodębskiego, Urbanowicz prowadził pilotów ze szkoły w Dęblinie. Za nimi "biegł" Jan Zumbach, który pomimo złamanej nogi nie zaniechał pościgu za resztą swojej
eskadry.
17 września Zumbach stwierdził, że nie ma sensu czekać aż
Rosjanie zamkną drogi ucieczki. Przydzielonym kilka dni wcześniej przez dowództwo
samolotem zwiadowczym poleciał do Rumunii, gdzie wylądował na lotnisku w
Cernauti. Nie przywitano go tam jednak chlebem i solą, ani nawet tradycyjną
"setką".
Nie wiedział, podobnie jak większość żołnierzy
Polskich, że Rumunia w obawie przed Niemcami i Rosjanami odwołała zgodę na
swobodny przemarsz wojsk. Do samolotu podeszło dwóch żołnierzy i kazało mu
wysiąść. Kątem oka zobaczył, że grupa ludzi w polskich mundurach zaganiana
jest do hangaru. Zdał sobie sprawę, że jeśli stąd szybko nie zniknie, sam
skończy w hangarze. Zaproponował więc, jak na dżentelmena przystało, że
zanim go tam zaprowadzą, "zaparkuje" samolot.
Kilka sekund później
był już w górze i patrzył na wymachujących pięściami Rumunów.
Kiedy
Urbanowicz zdał sobie sprawę z tego, co grozi jego kolumnie pilotów zmienił
taktykę. Pilotom kazał jakoś przebić się do Francji, a odpowiedzialnością
za wykonanie zadania obarczył jednego z oficerów. Urbanowicz postanowił wrócić
do Polski i walczyć dalej.
Następnego wieczora został złapany przez patrol
Armii Czerwonej i umieszczony wraz z innymi jeńcami w opuszczonej szkole. Uznał
jednak, że woli już rumuński obóz dla internowanych niż sowiecki gułag, o
ile w ogóle uda mu się przeżyć transport do niego. Razem ze współwięźniami
poczekał do zmierzchu i gdy pilnujący ich gwardzista zasnął wybili okno i
uciekli pod osłoną nocy.
Rozległy się krzyki i strzały, jednak zalani w
trupa Rosjanie nie mogli już nic zrobić. Ranny w nogę podczas ucieczki (wywrócił
się i stłukł boleśnie kolano), przemoczony, wygłodzony i przemęczony wrócił
do Rumunii. Odnalazł swoich podopiecznych i pod eskortą pomaszerował z nimi
do obozu. Nie zabawili tam jednak długo.
Polski Rząd na Uchodźstwie zaczął
już działać we Francji. Pewnego dnia w obozie pojawił się posłaniec, który
wręczył Urbanowiczowi nowe rozkazy. Miał wręczyć każdemu podchorążemu fałszywe
dokumenty i podzielić ich na małe grupy. Każdy miał na własną rękę
dotrzeć do Bukaresztu, gdzie miano ich przerzucić dalej, bezpośrednio do
Francji, gdzie miały czekać już na nich samoloty.
Reszta polskich pilotów
miała dłuższe drogi ucieczki i zdążyli odwiedzić (podróżując różnymi
trasami) Litwę, Łotwę, Estonię, Szwecję, Norwegię, Rumunię, Czechosłowację,
Węgry, Włochy, Grecję, Syrię i Turcję. Ze względu na spory kawałek
Europy Polacy zyskali przydomek "turystów Sikorskiego".
Dopomagały im w tym ambasady francuskie i angielskie, bowiem rządy tych krajów
po zobaczeniu zdjęć zbombardowanej Warszawy zaczęły traktować Hitlera jako zagrożenie.
Problemem była duża ilość Polaków już znajdujących się w obozach. Łącząca
jednak nasze narody sympatia sprawiała, że gdy Polacy uciekali z obozów, rumuńscy
wartownicy odwracali wzrok a węgierscy pogranicznicy parzyli herbatę
zamiast stać w wartowniach. Niemcy zorientowali się jednak, że się z nich
kpi i zagrozili, jak to się mówiło w latach 50-tych na Węgrzech
"przyjacielską wizytą kilku dywizji pancernych w celu przedyskutowania różnicy
poglądów" .
W kilku
wynajętych kamienicach dzień i noc pracowali fałszerze podrabiający
dokumenty dla uciekinierów. Kurierzy musieli przekupywać komendantów obozów, a czasem uciekano się do
podstępu. Łokuciewski, który będąc oficerem opiekował się częścią
internowanej kolumny zbierał swoje uciekinierskie szlify. Codziennie na apelu usprawiedliwiał
nieobecnych tłumacząc, że pomagają chłopom na polu. W ten sposób udało mu
się opróżnić cały obóz z Polaków, którzy uciekali przez ogrodzenie pod
osłoną nocy.
W Bukareszcie otrzymywali nowe dokumenty. Ostrzegano ich jednak,
żeby pozbyli się wszystkich przedmiotów, które mogły świadczyć, że są
Polakami. Na całych Bałkanach roiło się od agentów Gestapo, którzy
porywali każdego, kto wydał im się podejrzany. Szaleńczy wyścig z agentami
sprawił, że piloci uciekali się do różnych sztuczek: jedni przebierali się
za księży, inni za chłopów, jeszcze inni udawali Żydów uciekających przed
nazistami.
Gdy udało ich się załadować na statki, które wchodziły w skład
przemytniczej floty Morza Śródziemnego i nie przejęte przez Niemców polskie
parowce mogli na chwilę odetchnąć z ulgą. Od tej pory musieli pamiętać,
że oficjalnie nie żyją - gdyby wróg dowiedział się, że walczą przeciwko
niemu i poznał ich personalia mógłby zacząć prześladowania ich
rodzin.
Dla większości z nich Francja była na wyciągnięcie ręki, część
jednak podróżowała przez Afrykę Północną, a najodważniejsi przebijali się
przez sam środek III Rzeszy (coś jest w tym micie o ułanach). W sumie kanałem
południowym (Bałkańskim) udało się przemycić ponad 12 tysięcy żołnierzy,
marynarzy, pilotów, personelu portowego i naziemnego. We Francji zostali
ponownie zgrupowani w jednostki i wyposażeni w nowy sprzęt mieli wrócić do
gry.

Plakat propagandowy z 1939 roku rozwieszany
w Anglii.
|
Akt II Scena II :
" Francja rwie się do boju "
Francja - kraj Napoleona, olbrzymi kawał lądu posiadający
armię, która pokonała Niemców podczas I Wojny Światowej. Kraj marzeń. Chłopaki
odnaleźli się w nowych warunkach bardzo szybko. Łokuciewski nawet związał
się z młodą studentką Sorbony, córką współwłaściciela spółki
Renault. Niemniej jednak nie mogli zrozumieć, dlaczego podczas wojny życie
Francuzów bazuje na wieczornym popijaniu wina i obstawianiu wyścigów konnych,
a żołnierze zamiast szykować się do wojny śpiewali w nocy po knajpach
"Rozwiesimy pranie na linii Zygfryda".
Francuzi byli chętni do bitki,
ale tak naprawdę w poważaniu mieli Polaków. Uwierzyli propagandzie
niemieckiej, która stworzyła mit szarży kawaleryjskich na zagony pancerne. I
powiedzcie mi, czy ktokolwiek brałby naród samobójców poważnie? Rząd francuski, który pierwotnie zachęcał Polaków do
przyjazdu nagle chyba się rozmyślił. Urbanowicz wraz z podchorążymi
zakwaterowany został zakwaterowany w starych barakach, gdzie nie było
ogrzewania ani nawet porządnej podłogi, o szybach już nie wspominając.
Kazano im płacić za jedzenie i wodę, gdyż "Polacy rozpętali całe to
zamieszanie i Francja nie będzie za to płacić."
Rzecz jasna na samoloty
nie pozwolono im nawet spojrzeć.Pertraktacje między Polakami a Francuzami ciągnęły
się w nieskończoność. Sytuację starali się rozładować Brytyjczycy,
oferując 300 posad pilotów bombowców. Latanie nad Niemcy i zrzucanie
propagandowych ulotek jednak nie spotkało się z większym zainteresowaniem
ludzi, którzy zostawili w kraju wszystko, co mieli. Urbanowicz jednak miał dość
tej atmosfery. W styczniu 1940 roku wyjechał do Anglii. Swoje odczucia opisał
wtedy jako "porządny, letni prysznic". Pomimo tego, że w koszarach
siedziało bezczynnie kilkuset przeszkolonych i doświadczonych w boju pilotów,
do końca marca 1940 roku powstał jeden dywizjon polski, składający się z 18
pilotów.
Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta. Przyszła wiosna,
a razem z jej przyjściem Norwegia została zajęta przez III Rzeszę. Francuzi
ściągali tysiące żołnierzy z Anglii, aby pomogli im skutecznie bronić
kraju, lub wręcz po prostu ich wyręczyli (ale o tym za chwilę). Zaczęły się
wypady niemieckiego lotnictwa nad cele wojskowe i cywilne.
Zazwyczaj były to
loty zwiadowcze lub sprawdzanie szybkości reagowania Francuzów. Ci jednak w
tych testach wypadali słabo - sami nie strzelali (bo można komuś zrobić
krzywdę), nie wysyłali swoich samolotów (po co marnować benzynę, skoro nie
można strzelać) i nie pozwalali startować Polakom (skoro my nie możemy to
oni tym bardziej).
Zajęcie Holandii, Belgii i Luksemburga nie zmieniła zbytnio
tego podejścia. Gdy polscy piloci stacjonujący w Luxeuil (niedaleko linii
frontu) zwrócili uwagę, że samoloty stojące na lotnisku wypadałoby
zamaskować, został, grzecznie mówiąc, zignorowany.
13 maja Wehrmacht, SS i
Luftwaffe zaczęły atak na Francję. Na lotnisku w Luxeuil po bombardowaniu nie
został nawet jeden cały samolot. 1,5 miliona żołnierzy i 1500 czołgów pod
komendą Rudolfa Gerda von Rundsteda znalazła się nieco bardziej na południe
niż zakładali francuscy sztabowcy. W Ardenach. Teraz konkurs: co zrobili
Francuzi, gdy domyślili się, co się stało? Więc... pod wpływem filmów z
Polski... wysłała na tą grupę cztery dywizje kawalerii. Zgadnijcie, jaki był
efekt... Czy wspominałem już, że Francja to jedyny kraj, który przegrał aż
dwie wojny z Włochami (wiem, złośliwy jestem).
Francuzi wreszcie
zdobyli się na gest: spośród 1600 dostępnych pilotów wykorzystali 150.
Latali oni w tzw. "kluczach kominowych" - pilnowali fabryk, zazwyczaj
z dala od linii frontu. L' Armee de l'Air wyposażyła ich w stare i źle
utrzymane samoloty. Dowódcą jednego z kluczy kominowych został Zdzisław
Krasnodębski, razem z nim latał Jan Zumbach. Mieli pilnować fabryk w mieście
Estampes.
Francuzi niechętnie wysyłali do walki jakichkolwiek pilotów. 3
czerwca, gdy Zumbach, Krasnodębski i reszta polskich pilotów jedli obiad razem
z kolegami z L' Armee de l'Air do kantyny wpadł żołnierz meldując o nadlatujących
w ten rejon niemieckich bombowcach. Żaden Francuz nie raczył wstać, tłumacząc
to w sposób dość logiczny, by się zdawało - "Po co ten pośpiech? Nie
skończyliśmy obiadu." Polacy jednak wybiegli na płytę lotniska. Nie
wszyscy zdarzyli wystartować, gdyż na ziemię zaczęły spadać bomby.
Gdy udało im się oderwać od ziemii dołączył do nich tylko jeden francuski
pilot. Na domiar złego samoloty okazały się niesprawne - okazało się, że
karabinów nie czyszczono od ponad miesiąca, w skutek czego właściwie nie dało
się z nich strzelać. Mówiono nawet, że dla Francuzów "Niemiec to coś,
przed czym zamyka się oczy aby go, broń Boże nie widzieć."
Eskadra
Ludwika Paszkiewicza (późniejszego członka Dywizjonu 303 otrzymała rozkaz
lotu koszącego nad kolumną czołgów w Normandii. Francuzi jednak zgodnie
odmówili wykonania rozkazu, uznając go za samobójczy. Paszkiewcz poleciał
sam i zaatakował kolumnę w pojedynkę.
Walka w takich warunkach była
bezcelowa. Pod koniec czerwca było już po wszystkim - III Rzesza wygrała i
zmusiła Francję do kapitulacji. Zdjęcia zbombardowanej Warszawy wystarczyły,
aby przerazić francuski sztab. Generał Weygand przyznał wtedy, że gdyby miał
do dyspozycji tylko kilka polskich dywizji więcej , to być może udałoby się
tego uniknąć.
Wśród Polaków panował nastrój powszechnego załamania.
Francuzi natomiast zachowywali się inaczej : " Szampan lał się
strumieniami, bo skończyła się wojna" zapisał w pamiętnikach Zdzisław
Krasnodębski.
Sikorski zareagował jednak zawczasu i dostał od Churchilla
potwierdzenie, że Wielka Brytania uważa się za towarzyszy Polski i Francji na
śmierć i życie. Churchill wiedział, że Anglia będzie następna, a największa
armia aliancka - francuska uległa w niecały miesiąc. Anglicy mieli znacznie
mniej żołnierzy i pilotów - potrzebna więc była każda para rąk.
W
ostatnich dniach walk we Francji znajdowało się około 85.000 polskich żołnierzy
(w tym prawie 9000 stanowił personel lotniczy). Większości ( ok. 65.000 ) udało
się ewakuować do Anglii. Kolejna ucieczka, przez kanał La Manche lub Morze Śródziemne
i Gibraltar przywiodła ze sobą olbrzymią liczbę Polaków. Ci, którzy nie zdążyli
wyrwać się z Francji przed odcięciem dróg ucieczki uciekali przez Szwajcarię
(gdzie dużo z nich zostało internowanych).
Około 15.000 Polaków dostało się
w ten sposób do niewoli niemieckiej lub musiało resztę wojny spędzić w
Szwajcarii. Francuzi również wyruszyli na emigrację - generał.
de Gaulle przybył do Anglii z sąsiedniej Francji z grupą... 1000 żołnierzy.
Zagrożona była nasza Brygada Strzelców Karpackich - generał Kopaliński
musiał natrudzić się, aby wyprowadzić swoje oddziały z francuskiej Syrii,
gdyż miejscowa administracja chciała ich internować. Wracając do przytoczonej
wcześniej francuskiej piosenki o wieszaniu prania - pranie powieszono. Jednak
zrobili to Niemcy, a nie Francuzi. Nie na linii Zygfryda, ale Maginota. Polacy
dotarli na "Wyspę Ostatniej Nadziei" jak zwykli ją nazywać. To nie
był jednak koniec ich problemów - dopiero przeżyli początek.
ciąg dalszy nastąpi
P.S. Autor niniejszego artykułu w żaden sposób nie podważa
ofiarności poległych Francuzów, którzy wbrew ogólnonarodowemu defetyzmowi
podjęli walkę z Niemcami.
P.S Czy wspominałem już, że Francja to jedyny kraj, który przegrał aż
dwie wojny z Włochami?
Temelin
am_historia@o2.pl
|