|
Film bazuje na technologii jak każda inna dziedzina. Z biegiem czasu i ta technologia się zmienia. Stare nagrania charakteryzują się brakiem głosu, "przyspieszonym tempem", koszmarną jakością. Im film młodszy tym lepiej zachowany, tym lepsza jakoś dźwięku i obrazu. Naturalnie biorąc pod uwagę, że sama taśma nie miała dramatycznych przeżyć. Wydaje się, że kolejnym krokiem powinien być trzeci wymiar, który doskonale sobie radzi z wprowadzeniem widza "do filmu", a nie jak to ma miejsce obecnie jesteśmy tylko obserwatorem, siedzącym obok.
Tak naprawdę podwaliny pod kino trójwymiarowe podłożył Charles Wheatstone, który w 1838 roku odkrył, że każde z naszych oczu widzi inny obraz. Dlatego też mamy możliwość rozpoznawania głębi przestrzeni. Co zatem należy zrobić, aby film był w trzech wymiarach? Pomysł jest prosty, ale
wykonanie już zdecydowanie trudniejsze. Należy bowiem jednocześnie kręcić obraz dwoma kamerami, odsuniętymi od siebie o daną odległość. W ten sposób mamy do czynienia z dwoma obrazami, które po włożeniu specjalnych okularów zlewają się w jedną całość.
Pierwszym filmem trójwymiarowym był "Power of Love", który powstał już w 1922 roku. Do kin wybrało się sporo ludzi, jednak trzeci wymiar okazał się uciążliwy dla naszego zdrowia. Słaba jakoś obrazu, ale głównie prowizoryczne okulary były przyczyną bólów i zawrotów głowy. Był jeszcze jeden problem. Koszt wyprodukowania takiego filmu był zdecydowanie wyższy od normalnego. To z powodzeniem zatrzymało zainteresowanie tą techniką kręcenia filmów.
Trzeci wymiar jednak powrócił po 30 latach. W latach '50 XX wieku na nowo rozpoczęła się fascynacja kinem i batalia o widza. 3D do łask przywrócił thriller klasy B "Bwana Devil" opowiadający o starciu budowniczych kolei z lwami ludojadami (nie mylić z późniejszym "Duchem i Mrokiem"). Technika trzeciego wymiaru była tu nieco inna. Film bowiem puszczono z dwóch projektorów, na których emitowane były taśmy tego samego filmu, ale z
różnych kamer (stojących obok siebie). To rozwiązanie jest praktykowane do dzisiejszego dnia w kinach IMAX. Ten zabieg sprawił, że widzowie nie męczyli się już tak podczas oglądania filmów, aczkolwiek jednak wciąż występowały symptomy trzeciego wymiaru. Obraz był jednak warty "przemęczenia" się. Głębia obrazu, oraz złudzenie wystających z ekranu kończyn sprawiły, że słaby "Bwana Devil" odniósł kolosalny sukces.
Wydawało się, że wszystko zmierza do kolejnej kinowej rewolucji. W Stanach w latach '50 produkowano po 30 filmów trójwymiarowych w ciągu roku. Kolejnym hitem został "House of Wax" z 1953 roku w którym zagrał Vincent Price i Charles Bronson. Film wyreżyserowany przez Andre De Toth'a zaskoczył widzów trójwymiarowymi niespodziankami, takimi jak wstające z foteli kinowych trupy, czy aktorzy "wskakujący" z sali do filmu. Niestety nie mogło być zbyt pięknie. "Jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze." - właściciele kin, oraz producenci łapali się za głowy, gdy słyszeli o kosztach jakie pochłaniają filmy 3D.
Trójwymiarowemu kinu z odsieczą przybył rynek pornograficzny. Wręcz oczywistym wydaje się teraz, że niewiarygodnie realistyczne sceny najlepiej sprawdzą się podczas uprawiania seksu. Zauważył to Chris Condon, który w 1969 roku wyrezyserował "Stewardesy". Film o... stweardesach, które "umilają" lot pasażerom. Obecnie właśnie "Stewardesy" są najbardziej znanym filmem 3D w historii tego kina. Filmowcy poszli jeszcze w innym kierunku, w stronę horrorów i thrillerów, które również świetnie powinny się sprawdzić w "realnych" warunkach trzeciego wymiaru. Na 3D przerobiono takie filmy jak słynny "Piątek trzynastego", czy "Szczęki". Niestety znowu na horyzoncie pojawił się kolejny problem. Tym razem wynikał on z pracy samych twórców. Zamiast trzymać dotychczasowy poziom merytoryczny swoich produkcji, skupiali się głównie na efektach specjalnych. No i wychodziły filmy, które śmieszą samymi tytułami: "Kobieta-kot na Księżycu", "Dziewięć śmierci Ninja", "Człowiek-radar z Księżyca". Publika, którą ciągle nękały bóle głowy, nie wytrzymała i 3D ponownie odeszło do lamusa.
To jednak nie było ostatnie słowo filmów trójwymiarowych. Zupełnie jak bumerang powróciły one wraz z kanadyjską firmą IMAX, która w 1970 roku zbudowała pierwsze swoje ogromne kino. Do dnia dzisiejszego powstało ok. 230 takich kin w 30 państwach na świecie, w tym również
4 w Polsce (Warszawa, Kraków, Katowice, Poznań). Dlaczego tak mało? Koszt wybudowania IMAXu to 8 milionów dolarów. Za te pieniądze można wybudować kilka kompleksów kinowych z kilkoma salami w jednym!
Koszty są takie, bo i technologia jest nietypowa. Ekran kina ma wysokość ośmiopiętrowego budynku. Zawiera miliony małych otworów przez które wydobywa się dźwięk z głośników umieszczonych za projektorem. To sprawia, że
efekt dźwiękowy jest najlepszy jaki można sobie wymarzyć. Sam ogromny ekran "pochłania" widza do
środka, a co dopiero mówić, gdy założy się okulary. Te również przeszły metamorfozę. Nie ma już dotkliwego bólu głowy, czy zawrotów.
Jednak ciągle na przeszkodzie stoją pieniądze. wyprodukowanie filmu 3D ciągle jest znacznie droższe. Zatem trudno się dziwić, że jedyne propozycje IMAXów to filmy przyrodnicze z niesamowitymi efektami. Właściciele tych kin jednak zastosowali ciekawy trik. Łatwiejsze i nie tak kosztowne jest przerobienie zwykłego filmu, tak aby można było go wyemitować na olbrzymim ekranie. Widownia odczuje różnicę, gdy zobaczy kolosalny obraz, z nieskazitelnym dźwiękiem. W Polsce mogliśmy tak oglądać już np. "Apollo 13", "Gwiezdne Wojny: Atak klonów", czy "Matrix Rewolucje". Co będzie dalej? Biorąc pod uwagę, że kino 3D zachowuje się jak bumerang (odlatuje i wraca), to jeszcze nie raz nas zadziwi.
»
Autor:
|