|
Jeden z najlepszych filmów, jakie można było zobaczyć w kinie w ciągu ostatnich 10 lat. Jeden z najbardziej znanych filmów reżysera Barry'ego Levinsona. "Uśpieni" podobnie jak większość z szerzej znanych filmów tego reżysera porusza trudny temat. Często wskazuje uwagę na wstrząsające wydarzenia. Levinson natchnienie do nakręcenia "Uśpionych" znalazł w książce Lorenzo Carcaterra, który z kolei, jak twierdzi opisał w niej własne, autentyczne przeżycia zmieniając tylko imiona i daty. Być może w tym tkwi siła filmu, bowiem od dawna wiadomo, że najlepsze scenariusze pisze życie.
Lata '60 XX wieku. Shakes, Michael, John i Tommy to młodzi chłopcy mieszkający w biednej dzielnicy Nowego Jorku, przyjaźnią się ze sobą i znają od zawsze. Ich życie ogranicza się do służenia na mszy św. i zarobku kilku dolarów u lokalnego gangstera Kinga. Przenoszenie przesyłek między gangsterami, a skorumpowanymi policjantami to ich główne zadanie. Całe dnie spędzają na ulicy, od czasu do czasu coś ukradną, coś spsocą. Pewnego feralnego dnia postanowili ukraść sprzedawcy jego wózek z hot-dogami. Miał to być tylko głupi wygłup, ale pech chciał, że podczas ucieczki z owym wózkiem przed sprzedawcą stracili nad nim kontrolę w wyniku czego ucierpiał przypadkowy przechodzień. Za to trafili do zakładu poprawczego o zaostrzonym rygorze. Tam przeżyli piekło. Upokarzani, bici, torturowani i gwałceni przez strażników zakładu, po kilkunastu latach postanowili się zemścić na swoich oprawcach.
Film składa się wyraźnie z dwóch części. Pierwsza to wydarzenia, które przedstawiają nam młodzi aktorzy: Joseph Perrino (Shakes), Brad Renfro (Michael), Geoffrey Wigdor (John) i Jonathan Tucker (Tommy). Druga to już element zemsty opowiedziany w dwóch aktach. Akcja dziejąca się kilkanaście lat po wcześniejszych wydarzeniach. W opiniach na temat filmu, które miałem okazję przeczytać, zupełnie pomija się młodych aktorów, moim zdaniem niesłusznie, bowiem to oni kładą podwaliny pod dobre tło dla "dorosłych" aktorów, to oni są kołem napędowym i to oni tworzą cały ten niepowtarzalny klimat. Wyraźnie
 |
widać, że są paczką dobrych kumpli. Na "ulicy" w Nowym Jorku radzą sobie bardzo dobrze, wydaje się, że nic nie jest w stanie oderwać ich od gangsterskiej drogi, którą już kroczą. Za wszelką cenę stara się odwrócić ich uwagę od takiej przyszłości ksiądz Bobby, grany przez De Niro. Ksiądz z prawdziwego powołania, mający w młodości zatargi z prawem, świetnie rozumiejący młodych
chłopców, znający doskonale realia życia na "ulicy", ale przede wszystkim posiadający autorytet nie tylko u chłopców, ale i u całej biedoty żyjącej w slumsach.
Rola Roberta De Niro być może jakoś nie powala na kolana, nie jest to jego najmocniejszy film. Na pewno ze względu na scenariusz, ale i granie księdza, który co prawda imponuje swoim zachowaniem, nie może jednak pozostawić po sobie rewelacyjnego wrażenia. Mimo wszystko postać księdza Bobby'ego zapada w pamięć na długo i wydaje się, że powinni z niego brać przykład wszyscy księża, nie tylko Ci, którzy mają styczność z młodzieżą. Człowiek znający problemy swoich parafian, mający świetny kontakt z młodszym pokoleniem, starający się ich wyprowadzić "na ludzi", skory do dowcipów i żartów. Gdyby nie sutanna nigdy nikt by nie śmiał powiedzieć, że to ksiądz i chyba tacy powinni być duchowni.
Z młodych aktorów dalszą karierę tak naprawdę zrobili chyba tylko Brad Renfro, który może się poszczycić występem w doskonałym "Uczniu Szatana", czy "Obłędzie", oraz Jonathan Tucker, którego nie tak dawno widzieliśmy na ekranach kin w "Osaczonym" z Brucem Willisem.
Aktorzy grający dorosłych bohaterów wypadli według mnie mdło i szczerze mówiąc przynudzali. Billy Crudup i Ron Eldard, których bohaterowie zeszli na złą drogę zawiedli na całej linii. Mieli grać groźnych bandytów, a to ich zachowanie ograniczało się do ubrania w skórę, zapaleniu papierosa i strzeleniu komu trzeba w łeb. Przykro mi, to zdecydowanie za mało. Jason Patric, którego bohater jest w filmie narratorem też specjalnie nie błyszczy. Ku mojemu zaskoczeniu również Brad Pitt specjalnie nie czaruje na ekranie, ot po prostu jest, wykorzystuje swój urok osobisty i tyle. Po części jest to wina scenariusza, który uniemozliwia rozwinięcie aktorom skrzydeł.
 |
W filmie za to na wyżyny swoich umiejętności wzbija się Kevin Bacon. Jego bohater, który jest strażnikiem, to świetnie zagrany zboczeniec, oraz tyran. Zimne spojrzenie, pełna wyższości postawa i nieludzka wręcz nienawiść do tych chłopców. Tak, zdecydowanie Bacon jest kołem napędowym filmu, to jego kreacja obok Roberta De Niro jest najlepsza i wzbudza silne emocje.
W filmie jest kilka scen przemocy, kilka scen upokarzania (na stołówce). Sceny gwałtów ucinają się w ostatnich kulminacyjnych momentach, przez co szczególnie silnie działają na wyobraźnię. Oglądając "Uśpionych" widz chce podejść do ekranu i zwyczajnie rozprawić się ze strażnikami. Targają nim silne emocje.
"Uśpionych" zdecydowanie warto zobaczyć. Jest mocny i przejmujący. Kreacje De Niro i Bacona zapadają w pamięć na długo. Również młodzi aktorzy wypadają znakomicie. Bardzo dobry scenariusz i znakomity pomysł. Film jednak niedoceniony. Otrzymał jedynie nominację do Oscara za muzykę. To jednak upewnia mnie w bezzasadności istnienia tych nagród. Polecam!
»Ocena:
9/10
»Autor:
|