Recenzje

 

Prawdziwa komercjalizacja telewizji przyszła do nas niedawno. Co prawda zdążyła się już zadomowić i jednocześnie stara się nadążyć za produkcjami zza zachodu. Tym samym wkraczając w XXI wiek mieliśmy "przyjemność" obejrzenia różnych programów typu reality-show, czyli podglądanie na żywo. "Big Brother" i "Bar" na zachodnich licencjach zdecydowanie podbiły serca Polaków. Podglądanie ludzi zamkniętych w obcym budynku to jednak nie jest to czego tak naprawdę byśmy oczekiwali. Najlepiej byłoby podglądać kogoś kto nie udaje, kto jest naturalny. Aby tego dokonać trzeba byłoby podglądać kogoś kto o tym nie wie... tylko jak to zrobić? "Truman Show" wychodzi z inicjatywą.

Truman Burbank to 35-letni, żonaty mężczyzna. Nie ma dzieci, ma za to dom, dobry samochód i stała pracę jako ubezpieczyciel. Wiedzie spokojne, szczęśliwe życie w małym miasteczku Seahaven. To jednak tylko ułuda. Tak naprawdę Truman jest najbardziej znanym człowiekiem na Ziemi, bowiem występuje jako główny bohater w programie reality-show, w którym każdy jego krok, każde jego spojrzenie rejestrują tysiące kamer umieszczonych wszędzie. Truman jest gwiazdą, choć o tym nie wie, żyje w sztucznym mieście, które tak naprawdę jest gigantycznym studiem filmowym, w którym pada deszcz, świeci słońce, zapada noc, itd.

To co narzuca się zaraz po zapoznaniu się z fabułą to odpowiedzenie na proste pytanie. Czy to jest aby moralne? Czy tak wolno? Filmowi twórcy programu odpowiadają na to pytanie bez zmrużenia okiem: Truman był wybrany jako dziecko, które miało zostać oddane do domu dziecka, którego matka wyrzekła się jeszcze zanim ten się urodził, zatem to oni dali mu lepsze życie, bez problemów i niepotrzebnych niepokojów. Przede wszystkim jednak życie w którym nic mu się nie może stać, no bo przecież wszyscy chcą z Trumanem się zestarzeć.

Świat przedstawiony w filmie jest niemal idealny. Niezwykle czyste miasto, ulice pokryte kostką, a nie asfaltem, praktycznie brak jakichkolwiek żebraków, czy pijaków. Tu nie ma slumsów, nie ma morderstw i kradzieży. To świat idealny stworzony dlatego, aby zatrzymać Trumana w nim, aby nie chciał uciekać. Miasto położone na wyspie, otaczanej przez morze. Trumanowi podsunięto piękną żonę, udostępniono ciekawą pracę. Dlaczego? Przecież miało być naturalnie? Miały być pożary, pęknięta rura, nuda i szarość dnia. O dziwo utrzymanie kogoś w jednym mieście jest bardzo, ale to bardzo trudnym zadaniem. Młody Truman chciał zostać podróżnikiem i odkrywcą! Zatem uśmiercono mu ojca, który się utopił, aby wzbudzić w nim strach przed wodą i tym samym, aby jego piękne, idylliczne miasto zmieniło się w klatkę z której nie można uciec.

Patrząc na to wszystko z perspektywy widza razi zdecydowana sztuczność. Niby przechodnie będący statystami chodzą sobie i zdążają za własnymi sprawami, ale nawet sam Truman zaczyna coś podejrzewać. Widzi, że wszyscy kręcą się w kółko, mają swoją stałą, ustaloną pracę. W dodatku widzi i słyszy wiele zastanawiających rzeczy, jak chociażby windę, która windą nie jest, jak audycja w radio, która zmienia się w sprawozdania z reżyserki i dokładne opisy co robi obecnie Truman. To wszystko daje mu do myślenia, bohater wpada w panikę i wydostanie się z wyspy zaczyna być jego głównym celem.

Siła tkwi w aktorze. Jim Carrey znany jest głównie z "głupowatych" filmów pokroju: "Głupi i głupszy", "Ace Ventura". Jego twarz sprawia wrażenie jakby była zrobiona z gumy, co udowadnia właśnie w tych filmach, ale również w np. "Masce", czy choćby swoje typowe dla siebie ruchy przedstawia w "Grinch, świąt nie będzie". Aktor bardzo charakterystyczny i w swoim rodzaju najlepszy z najlepszych. W Polsce mamy nawet naśladowcę Jim'a, którym jest Cezary Pazura, choć nie oszukujmy się Carrey to dla niego wzór nie do dogonienia.

Reżyserem filmu miał zostać jego scenarzysta, czyli Andrew Niccol. Wiemy już teraz, że gdyby to on wyreżyserował film, to Trumanem nie byłby Carrey, ale Garry Oldman. I w tym momencie jestem pewien, że film miałby zupełnie inny charakter. Z Jimem wyszło komediowo. Nie do końca poważne miny i zachowania sprawiają, że owa sztuczność na którą cierpi Seahaven staje się jeszcze dotkliwsza. Czy z Oldmanem byłoby lepiej? Być może poważniej, bardziej przejmująco i dramatycznie, a mniej komediowo.

Reszty obsady zupełnie nie ma. Przyćmiewa ich blask Carrey'a, bo to on tutaj rozdaje karty, to on skupia na sobie uwagę i o nim się mówi i pamięta.

"Truman Show" to na pewno film, który warto zobaczyć. Nie jest to może coś genialnego, coś o czym pamięta się przez bardzo długi czas i che się ciągle wracać. To porządny film, z bardzo dobrą rolą główną. Pozycja na której na pewno się nie zawiedziecie.

 

»Ocena: 7/10

 

»Autor: Dishman