Recenzje

 

Po premierze „Pitch Black” jasne było, że na tym nie zakończą się przygody Riddicka. Nawet sam scenariusz został w końcowej wersji nieco zmieniony, tylko po to, aby pozostawić furtkę dla sequela. Tym razem budżet był znacznie wyższy, niemniej wszyscy wiemy, że nie stanowi to klucza do jakiegokolwiek sukcesu. Szczególnie jeśli ogromne środki otrzymuje reżyser, który dotąd robił wszystko za kwoty, które w branży filmowej zwą się niższymi. Tak, czy owak przygód Richarda B. ciąg dalszy. Przed nami – „Kroniki Riddicka”.
 

Riddick, od lat ścigany międzygalaktyczny przestępca jest w coraz większych tarapatach. Dawniej sam dyktował warunki, nie popełniając żadnych błędów, tym razem zaś jego przeciwnicy często okażą się sprytniejsi. Nagroda za jego głowę rośnie do tego stopnia, że wielu najemników jest się w stanie na nią połakomić. Zaczyna przysparzać to pewne kłopoty. Sam zainteresowany pragnie ją odwołać, a w tym celu musi udać się na planetę Helion. Niedługo po załatwieniu formalności jej mieszkańcy zostają zaatakowani przez potężną rasę Nekromangów, która to od lat w imię swojej wiary podbija wszechświat. Tych, którzy nie mają zamiaru zmienić swoich religijnych przekonań może czekać tylko, i wyłącznie śmierć. Riddick nie ma jednak zamiaru godzić się na jakiekolwiek warunki, a przerażająca rasa podobnie jak wszystko we wszechświecie nie budzi jego lęku. Okazuje się, że czasem dobro nie pokona zła. Zrobić to może tylko zło, aczkolwiek pod zupełnie inną postacią.
 

Bez wątpienia kontynuacja opowiada dużo inną historię, choć w równym stopniu widać w niej szereg inspiracji. Scenariusz znów jest wyjątkową głupotą. Jest w nim tyle niespójności, co absurdalności. Nie odmówię twórcom specyficznego poczucia humoru. Istnieje jedna scena, o którą nie pokuszono się nigdzie indziej, a mianowicie jednokrotne zabójstwo przy użyciu kubka po herbacie. W tym momencie kończy się chyba cała nietypowość scenariusza. Jeśli chodzi o wątki to przede wszystkim zraziło mnie to, iż w połowie ten główny za sprawą przygody na Crematorii zeszedł chwilowo na dalszy plan. Zresztą niczego to nie zmienia. Bądź, co bądź fabuła jest strasznie zagmatwana. Wspomnę na samo zakończenie – największa bzdura z jaką ostatnio miałem wątpliwą przyjemność obcować.

Tym razem kieruję poważne zarzuty w stronę Vina Diesla. Jego postać nie ma już tego ‘czegoś’. On sam gra nijak, sztucznie. W końcu ponownie powinien udowodnić swoje zdolności w odgrywaniu tego typu bohaterów. Niestety pozostawił raczej mieszane uczucia. Nie dziwi mnie w tym przypadku nominacja do Złotej Maliny. Zresztą Riddick cierpi także poprzez scenariusz, przez który traci przede wszystkim to, co uratowało „Pitch Blacka”. Nie wyróżnia się już na tle innych kinowych twardzieli. Jego cele określone są zbyt jasno, przestaje być jedynym w swoim rodzaju egoistą, a staje się jednym z wielu tego pokroju herosów. Strasznie mi żal zmarnowania potencjału, który wyróżniał tą postać. Zresztą w głębi duszy zadaję sobie pytanie – Czego mi w tym filmie nie żal?

 

O muzyce wiem tyle, że jest. Po seansie nie pamiętałem z niej praktycznie nic. Bez wątpienia kompozytor niczym szczególnym się nie wykazał. Nie ma tu jakiegoś mocnego, głównego motywu. Słowem – przeciętnie.

Tym razem jest świetnie od strony wizualnej. Scenografia jest efektem naprawdę wybujałej wyobraźni, a przy okazji bardzo solidną robotą. Bez wątpienia jest ona na najwyższym poziomie. Tak samo sytuacja prezentuje się z kostiumami, które przywdziewają nasi bohaterowie. W tym przypadku wysoki budżet wyszedł filmowi jak najbardziej na korzyść. Niestety z efektami specjalnymi nie jest już tak rewelacyjnie. Są dobre – tyle. Zresztą za bardzo postawiono na F/X. Ten film to właśnie przede wszystkim efektowne wybuchy i cała masa fajerwerków. Pod dość dobrą otoczką wizualną kryje się niestety fabularna pustka.
 

Po raz kolejny nie rozumiem dlaczego wśród licznych widzów David Twohy uważany jest za dobrego reżysera. Przede wszystkim brakuje mu koncepcji. Wszystko jest zupełnie bez ładu i składu, a film sprawia wrażenie zmontowanego na poczekaniu. Twohy nie ma również talentu do scenariuszy. Najlepszym wyjściem byłoby w jego przypadku ograniczenie się jedynie do reżyserii. Fundamentem całego tego przedsięwzięcia powinien z pewnością zająć się ktoś obdarzony prawdziwą wyobraźnią i nie podatny na żadne filmowe wpływy.

Pod koniec nasunęła mi się pewna refleksja. Gdyby mocne strony „Kronik Riddicka” połączyć z mocnymi stronami „Pitch Blacka” mógłby powstać naprawdę ciekawy film, który ma praktycznie wszystko z wyjątkiem dobrej fabuły. To co ‘leżało’ we wcześniejszym z filmów naprawione zostało dzięki wysokiemu budżetowi w sequelu. To zaś co stało na poziomie dobrym zostało doszczętnie zbezczeszczone. Ogólnie mimo to, że „Kroniki” dużo bardziej cieszą oko są filmem o stopień gorszym. Dlaczego? Na podstawie powyższego tekstu i wniosków wyciągniętych z innych superprodukcji możecie odpowiedzieć sobie sami.

 

»Autor: Dusqmad