|
Produkcji opowiadających o życiu piłkarskim nie ma zbyt wiele. Osobiście jestem sobie w stanie przypomnieć ledwie kilka pozycji. Gdzieś w zakamarkach pamięci siedzi polski "Piłkarski poker", który jak ulał pasuje do obecnej sytuacji w PZPNie. Jest dobry "Football Factory", czy produkcja z roku ubiegłego: "Gol!", który promowały największe gwiazdy piłki kopanej. Szkoda tylko, że panowie Zidane, czy Beckham mimo, iż mają elektryzujące nazwiska, to w filmie tym pojawili się ledwie na
kilkanaście sekund. "Hooligans" nie nawiązuje jednak do "Gola!", nie opowiada historii zdolnego piłkarza. Główni bohaterowie mają tyle wspólnego, że pochodzą ze Stanów i przenoszą się do Anglii.
Matt Buckner to młody chłopak, student Harvardu. Niestety na 2 miesiące przed ukończeniem tej renomowanej uczelni zostaje z niej
wyrzucony, za posiadanie narkotyków. Nie mając co ze sobą począć decyduje się na wyjazd do Londynu, gdzie mieszka już jego siostra Shannon razem z
mężem i dzieckiem. Matt w krótkim czasie poznaje brata Steve'a (mąż Shannon) - Pete'a, który jest, jakbyśmy to w Polsce określili, pseudokibicem. Matt będąc w obcym mieście, nie mając wsparcia ze strony siostry przyłącza się do grupy GSE, której liderem jest Pete.
Szczerze powiedziawszy, to film ogląda się dobrze. Etap wprowadzenia nie trwa zbyt długo, bardzo szybko reżyser przechodzi do sedna opowieści. Akcja rozwija się w dobrym tempie, razi zakończenie, oraz techniczna strona scen bijatyk. Jednak gdy teraz zastanawiam się nad szczegółami tego filmu pojawia się bardzo dużo znaków zapytania, niespójności, zupełnie nielogicznych zachowań.
 |
Matt przez kilka lat uczył się na renomowanej uczelni w stanach,
ciężko pracował nad swoim wykształceniem. Doskonale wie, że narkotyki, które posiadał nie są jego, ale kolegi z pokoju, który ma wpływowego ojca. Irytuje widza zachowanie Matta, to, że tak łatwo godzi się z losem, nie widzimy w nim gniewu, złości. Wybaczcie, ale w momencie gdy ktoś jest studentem dziennikarstwa to wymagałbym od niego zawodowego buntu. To jest dziennikarz? Wolne żarty.
Kolejny fakt, który irytuje to bierne zachowanie siostry Matta. Przyjeżdża do niej brat, którego nie widziała kilka lat. Mało tego, Matt nie był na jej ślubie. Zamiast nacieszyć się nim pozwala mu zaraz po przyjechaniu pójść z bratem Steve'a na mecz piłkarski, tylko dlatego, aby zająć go jakoś, bo sama wybiera się z mężem do kina! Ja rozumiem, że Anglicy mogą mieć ciapowaty charakter (pomijam już fakt, że
Shannon jest Amerykanką), ale kto na litość Boską pozwala bliskiej sobie rodzinie na takie zachowanie?
Takich kwiatków jest jeszcze w filmie więcej. Mnie natomiast w "Hooligans" interesowało jedno - rola Wooda. Nie zapominajmy o tym, że ten chłopak swoją popularność zawdzięcza "Władcy Pierścieni" i jest z Trylogią związany na stałe. Jego twarz nie należy do Eljiaha Wood'a lecz do Frodda. Pytanie jest następujące, czy aktor ten wpadł w szufladkę z której nie będzie potrafił wyskoczyć? Na wstępie warto powiedzieć, że liczy się fakt, iż Wood próbuje od Frodda uciec, choćby rolą w "Sin
City", ale i w występie w recenzowanych "Hooligans". Tak, ten chłopak mnie przekonał. Pierwsze wrażenie jego twarzy z inną fryzurą i innym stroju jest nieco dziwne, ale łatwo
można się do tego przyzwyczaić. Niestety, Eljiah zagrał przeciętnie, nie potrafił przekazać swojej fascynacji GSE widzowi. Odbywa się to na tej zasadzie, że obserwujemy jego losy, ale nie utożsamiamy się z nim. Ot, historia podobna do innych. Jest jeszcze jeden problem, ale wynika on chyba po części ze źle napisanego scenariusza.
Naprawdę trudno nam uwierzyć w to, że w krótkim czasie chłopak z Harvardu, który nigdy się nie bił, zaczyna sprawiać łomot największym i najbardziej zaprawionym chuliganom z Anglii.
Miłym zaskoczeniem była rola Charliego Hunnam'a, wcielającego się w Pete'a. Być może poprzez jego wygląd miałem wrażenie, że lidera GSE gra Ryan Gosling z "Fanatyka". Niestety musiałem się rozczarować. Owo rozczarowanie nie było jednak tak duże. Charlie świetnie spisuje się w roli twardego chłopaka, dla którego świat ogranicza się do futbolu i bójek, który uważa, że dziennikarze to jego wrogowie, bo w gazetach zamieszczają marne wycinki z burd jakie oni prowadzą.
 |
Przede wszystkim oglądając "Hooligans" trzeba
mieć odpowiednie nastawienie. Warto wiedzieć, że będziemy mieli do czynienia z ludźmi dla których tak naprawdę sport jakim jest piłka
nożna się nie liczy. To pretekst, do bójek, do ustanawiania terytorium, do silnego poczucia jedności i solidarności z kumplami. Walczą z innymi gangami tylko dlatego, że tamci są zwolennikami innego klubu. Nie wyznają innych wartości, pochodzą z podobnych rodzin, mają podobne umiejętności, jedyne co ich
różni to miejsce zamieszkania i właśnie klub. Walki na serio, rozwalanie sobie twarzy, pełne poświęcenie i dla jakiej wartości? Dla klubu? Ocenę pozostawiam Wam, bo zapewne znajdą się wśród Was zagorzali pseudokibice, dla których ten film to nie lada widowisko.
Koszmarny scenariusz, pełny zupełnie nielogicznych i błahych zachowań, to porażka tego filmu. Jego siła leży po części w aktorstwie (Hunnam), ale i w samej tematyce. Z jednej strony kontrowersyjnej, z drugiej wzbudzającej zaciekawienie. Z pewnością sceny bijatyk należą do mocniejszych stron filmu. Wreszcie widzę prawdziwą nienawiść na twarzach bohaterów, porównywalną z wyrazem miny Danny'ego Balinta w "Fanatyku". Niestety nowoczesna realizacja takich scen polegająca na machaniu kamerą we wszystkie strony, sprawia, że tak
naprawdę mało co jesteśmy w stanie zobaczyć. Aczkolwiek sceny walenia czyjąś głową w szyby lub blaty stołów robią wrażenie.
"Hooligans" nie spodobają się każdemu, a duża część polskiej widowni pójdzie z ciekawości. Obejrzałem raz i musze stwierdzić, że mam ochotę na powtórkę, bo te 109 minut w kinie mija bardzo szybko.
»Ocena:
6/10
»Autor:
|