Recenzje

 

"Zwiędłe Kwiaty"... smutny, lecz świetny tytuł. A mimo to musiał zostać pozostawiony w oryginalnej formie. W ogóle nowy film Jima Jarmuscha pozostawiał wątpliwości co do dalszej niezależności tego reżysera. Znani aktorzy to co prawda nie pierwszyzna (w "Kawie i papierosach" grali GZA, RZA, Benigni, Murray, Blanchett, Molina, Iggy Pop i Tom Waits), ale materiały promujące film sugerowały coś w rodzaju lekkiej historyjki o zagubionej i odnalezionej miłości. I chyba właśnie temu "Broken Flowers" zawdzięcza sukces finansowy - na projekcji oprócz mnie siedziały same pary (damsko-męskie), największy entuzjazm wywołała scena z nagą dziewczyną, zaś wychodząc z kina zasłyszałem komentarze: "bez sensu" (o zakończeniu), "ciekawe... nawet sympatyczne". Widać oczekiwano kolejnej sztampowej "komedii romantycznej" (czyli - kolejnej ckliwej bzdury). Żal, pogarda wręcz - oto, co czułem, gdyż mnie seans wgniótł w ziemię. Film poraża nihilizmem - lekki humor jest tutaj tak naprawdę humorem czarnym, a najbardziej śmieszy mierna siła sprawcza istoty ludzkiej, co powinno wszak przygnębiać. Kto wie, czy największą miarą geniuszu Jarmuscha nie jest to, że stworzył historię jednocześnie powalająco głęboką, jak i w miarę przystępną.

Na festiwalu Cannes '05 "Broken Flowers" zdobyło Grand Prix, a wygrało "Dziecko" braci Dardenne'ów. Oba te filmy wiele łączy - przedstawiają one z pozoru zwykłe, życiowe sytuacje, pełne drobnych szczegółów banalne historyjki, które w oczach inteligentnego człowieka zamieniają się w filozoficzną analizę sensu i bezsensu tego i owego. Dzieło białowłosego reżysera łatwo i przyjemnie się omawia, trudniej je zrecenzować, gdyż siła jego tkwi w ogromie możliwych interpretacji. To po prostu określone sytuacje zawierające określone elementy, które możemy kojarzyć z tym lub tamtym i dojść do takich lub siakich wniosków. Osobom które nie widziały filmu zaimponuje sama liczba pytań, jakie nasunęły mi się po obejrzeniu, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o przyjemność z własnego odkrywania kompleksowości przedstawionych tu zdarzeń. Kilka rzeczy jest bardziej oczywistych, inne będą pewnie zależeć od indywidualnych doświadczeń.

Warstwa fabularna filmu jest prosta i jednoznaczna: donżuan Don Johnston (Murray) to podrywa, to zrywa z kolejnymi kobietami, gdy nagle dowiaduje się, że ma dorosłego syna. Jako że żyje teraźniejszością i podchodzi do życia z dystansem, zdaje się tym nie przejmować. Jego sąsiada Winstona urzeka jednak ta historia i wysyła go w podróż do dawnych kochanek. Don jedzie, a potem wraca. Koniec. Za to warstwa merytoryczna filmu jest dużo szersza. O ile w drugim najlepszym filmie o miłości w tym tysiącleciu - "Zakochanym bez pamięci" (też strasznie ogłupiono polski tytuł) do uczucia podchodzono w sposób szalenie emocjonalny, tak tutaj mamy raczej analizę z większej odległości, czystą filozofię. Główne tematy to na pewno przemijanie, starzenie się i związane z tym szokujące odkrycia o bezwartościowości pojedynczego człowieka, niemożność zdobycia tego, czego się pragnie, poznania rzeczy, których poznać nie było nam dane... To tak na początek (słuszne skojarzenia ze słynnym zakończeniem "Truman Show" - "dobra, leci coś ciekawego?"). Pytania mnożą się już po pierwszych scenach: co takiego ma w sobie Don, że kobiety go kochają, a potem nienawidzą? Czy zawsze był taki jak teraz, kiedy siedzi całymi dniami w dresach przed telewizorem? Jak to możliwe, że dorobił się fortuny? Czy cokolwiek go w życiu obchodzi? Co? Bohater udaje przed Winstonem brak zainteresowania tą sprawą i w ogóle wszystkim. Dlaczego? Może doznał urazu w przeszłości? A może boi się, że go dopiero dozna? Może niektórzy po prostu tacy są? To wszystko sprowadza się do pierwszej półgodziny - mam nadzieję, że nie zaspoilerowałem za dużo, bo wątpliwości i skojarzeń jest później dużo więcej. Ludzie wokół Dona są jakby wyjęci z Kafki - nie są w zasadzie ważni dla opowieści, ważne jest tylko to, co przeżyli oni, a co nie dotyczy Dona. W ogóle cały świat istnieje obok niego, poza nim. Donżuan patrzy się na to wszystko i dochodzi do wniosku, że całości i tak nie zgłębi.

I tak samo jest z tym filmem - refleksje dwóch różnych osób bywają całkowicie inne, więc nie ma szans poznać wszystkich możliwych znaczeń, można jedynie złapać, ile można i się cieszyć z tej małej cząstki. Życiowe, nieprawdaż?

Technicznie film trzyma styl produkcji niezależnych, co nie każdego zachwyci. Znak firmowy Jarmuscha - nieruchoma kamera - jest oczywiście obecny. Nieobecne są za to dynamiczne przejścia montażowe, efekty specjalne, załamania chronologii. Par, które doszukiwały się sensu siedząc obok mnie, pewnie nie zachwyciły też zwykłe zaciemnienia pod koniec pewnych sekwencji. Za awangardę można uznać dwie krótkie retrospekcje, pewien graficzny dynamizm przy napisach czy ustawienie kamery w samochodzie. Naturalnie awangardę z punktu widzenia fanów Vina Diesela - ja nie widzę nic złego w tym, że film to po prostu aktorzy coś mówiący albo milczący i patrzący się na siebie. Dlatego "Broken Flowers" polecam do zdobycia na DVD - nie jest odpowiedni na każdą okazję, nie traci na małym ekranie, a nawet zyskuje, w dodatku po oberzejrzeniu chce się do niego wracać. Jest też wspaniale nakręcony. Talentu inscenizacyjnego może Jarmuschowi pozazdrościć każdy. Dobór sytuacji jest tak doskonały, iż odnoszę wrażenie, że poza tymi scenami nic więcej nie kręcono - są odpowiednio długie, nie nużąc, zostawiając lekki niedosyt, niczym arcydzieła gastronomii. Nie jest to tak rozbrajający poziom co w "Kawie i Papierosach", które umiem już całe na pamięć, ale i tak porusza, jak mało zostawiono Donowi w tej podróży po całych USA... przestrzeni. Jeśli nie wczujemy się w jego postać to lipa, bo to jest podróż bohatera do jego własnego wnętrza, nic więcej.

Postać Dona jest absolutnie wiodąca, a inne osoby są tylko jak planety kręcące się wokół niego. Donżuana zdumiewa to, że jego ex rozwinęły się w życiu, nie żałują romansu i są szczęśliwe bez niego. On tymczasem nadal jest Don Juanem i nie chce się starzeć, zakładać rodziny, czekać na wnuki... umierać! Niby wizyta u pierwszej byłej kończy się stosunkiem, ale jest to traktowane przez kobietę tylko jako chwilowa przyjemność. Jakiż zawód dla Dona, który chciał nie opiekować się ludźmi, ale by oni się nim opiekowali! A może chciał czegoś innego - sam Jarmusch nie wie, czego brakuje w życiu bohatera ("każdy z nas ma w sobie jakąś dziurę, której nie rozumie"). Kapitalnie sprawdza się w roli Bill Murray - jest w nim taka pociągająca neutralność, kompletny brak myśli. Jego postać zazwyczaj patrzy się tępawo przed siebie. Być może Murray ma po prostu dobrą twarz, bo ile talentu może wymagać nie robienie prawie nic, od czasu do czasu minimalne drgnięcia mimiki, ale aktor musi przede wszystkim pokazywać i Bill na pewno się podoba na ekranie. Oprócz tego zwraca uwagę Jeffrey Wright swoim "etiopskim" akcentem (kto oglądał "Kawę i papierosy" ten wie, jak kapitalny daje to efekt). Pozostali aktorzy dają radę, choć role mają skromne. Sharon Stone po serii kiczów wreszcie pojawia się w ambitnym projekcie.

Najwybitniejsi twórcy realizmu? Balzac, Dostojewski, Zola... Jarmusch! "Broken Flowers" umieszcza tego reżysera bardzo wysoko w mojej osobistej czołówce. Film nie każdemu przypasi, ale dla mnie to arcydzieło, najlepszy obraz poprzedniego roku. Teraz, kiedy największe czasopismo w Polsce przyznało mu ten tytuł, pewnie takie zdanie nie robi dużego wrażenia, ponadto czekam na polskie premiery faworytów plebiscytów amerykańskich ("Dobranoc, powodzenia", "Tajemnica Brokeback Mountain", "Monachium", "Syriana"...), ale co tam. Po raz pierwszy od czasu chyba "American Beauty" film owładnął mną na tyle, że zastanawiałem się nad nim naprawdę dużo czasu i naprawdę długo po obejrzeniu. Z filmem Sama Mednesa omawiany tu film łączy to, że każdy oglądający dostrzega w nim odbicie siebie samego. W każdym razie kilka osób, których zdanie poznałem, miało różne refleksje na temat "Zwiędłych kwiatów", ale niemal każdy stwierdził, że Don ma z nim wiele wspólnego i stał mu się bliski. Dodatkowo oba obrazy utrzymane są w konwencji niemal telenoweli, ale jeszcze bliżej tej niezależnej produkcji do japońskich książek (głównie dramatów) - skromnych w formie, ale przerażających ukazaną w nich pustką egzystencji, a z drugiej strony - do prostoty i stoicyzmu czeskiej nowej fali ("Pali się, moja panno", "Pociągi pod specjalnym nadzorem"). W przeciwieństwie do Mendesa Jarmusch nie należy do faworytów oscarowskich jurorów, więc pewnie na nominację nie ma co liczyć, a szkoda. Podobnie jak Bill Murray zasługuje na jakąś nagrodę specjalną. Wreszcie mogłem zobaczyć w kinie film, który nie jest odtwórczy, naciągany, głupi, rażący banalnym morałem i efekciarstwem. "Broken Flowers" trzeba koniecznie zobaczyć.

 

»Ocena: 9+/10

 

»Autor: ogqozo