Sopot '05

Sopockie Słowiki zostały już rozdane, ich właściciele zapewne zdążyli poużywać je sobie w celach masturbacyjnych, a echo, jakie roznosiło się po TVN-ie, dawno ucichło.

Festiwal Sopot 2005 miał uświadomić polskie media telewizyjne o tym, kto ma tele-monopol w ręku. Zaszczyt ten miał przypaść niebieskiemu TVN-owi, którego obserwacja ostatnimi czasy coraz bardziej doprowadza do torsji (w złym tego słowa znaczeniu... jeżeli w ogóle istnieje dobre). Podobno mu wyszło. Tylko na ten wieczór.

Wracając do samego Sopotu. Laureatką w tym roku została biuściasta Doda Elektroda z zespołem Virgin, co polskich fachowców muzycznych doprowadziło do cynicznego śmiechu, pomsty do nieba i kiwania głową w geście dezaprobaty. Nie spodobało im się ani kazanie do szerzenia pokoju pt. "Już dosyć", ani znany i lubiany kiedyś kower "Ja sobie radę dam" (tytuł mógł mi się trochę pomylić. Majkell, daruj :)). Wedle ich opinii "werdżin" wygrała tegoroczny Sopot nie talentem muzycznym, a cyckami, wspomaganymi subtelną pomocą Radka Majdana. Mi osobiście jej zwycięstwo nie przeszkadzało w istnieniu, choć sam przyznałbym Burszynowego Słowika Ewce Flincie za całokształt.

Mandaryna... no, no. Ta to dopiero podwyższyła poziom. Z tym, że nie zrobiła tego w górę, a w dół. Wyszło na jaw, kim Marta Wiśniewska jest tak naprawdę - ucieleśnieniem stuprocentowego kalectwa muzycznego, które pod żadnym pozorem nie miało prawa pojawić się na biało-czerwonej scenie muzycznej. O jej wykonaniu wypowiadać się nie muszę, gdyż to, co zaprezentowała żona polskiego Michaela Jacksona, mówi samo za siebie. Pochwalę ją tylko za odwagę - ja po takim występie zbiegłbym ze sceny na dobre i postarałbym się zapomnieć o niej na amen. A ona wzorcem człowieka wielkiej odwagi pojawiła się na drugi dzień z promiennym uśmiechem, tuningowanym przez chirurgów plastycznych. Punkt za odwagę.

Pomijając irytujący fakt reklam-tasiemców po każdym występie, wspomnę jeszcze o jurorach. Jedenastoosobowa ekipa składająca się m.in. z Ewy Bem i Ireny Santor bardzo ostro i krytycznie oceniała popisy artystów. Bardzo bezwzględnie oceniała każdy występ, nie pozostawiając na nim nic do negatywnego komentarza.

A teraz poważnie. Gdy zobaczyłem ww. Ewę Bem, poczułem sok cytrynowy w ustach. Obserwując niekiedy jej recenzje młodych artystów w "Drodze do gwiazd" odchodziłem od telewizora przesycony cukrem i słodkimi słówkami, jakie kierowała do piosenkarzy drugiej i trzeciej kategorii. W Sopocie było trochę inaczej, czyli bardziej słodko. Pani Ewa i w ogóle wszyscy jurorzy bardzo delikatnie i z niezwykłym wyczuciem finezji komentowali występy. Bardzo starannie omawiali koncerty, uważali, by o nikim nie powiedzieć niczego nawet paranegatywnego. Szczyt osiągnęli przy "występie" Mandaryny, gdzie nie padły żadne słowa konkretnej krytyki. Tym sposobem zyskali miano Największych Polskich Oralnych Wazeliniarzy, jakich widziała historia.

Podsumowując - festiwal był naprawdę czymś wybitnie nieudanym. TVN nie przebił Top Trendów, które zostały wykonane może nie najlepiej, ale względem Sopotu wyszło fenomenalnie. Jedyne, co owa stacja zyskała, to 300 tysiące sms-ów, które przyniosły, zdaje się, spore dochody. Jednak to, co oglądałem, było marne i miałkie. Szymon Majewski próbował się popisywać swoją błyskotliwością i dowcipem, co również nie szło mu słodko.

TVN-owi zależało, by dzięki festiwalowi oglądały go miliony. Jeżeli większość odebrała Sopot jak ja, to niedługo przestanie istnieć. Od zakończenia Sopot Festiwalu słowo tragedia stało się dla mnie synonimem TeFałEnu. Gdyby porównać go do kulinarnego wypieku, tamtego dnia wyglądał jak kolorowe i cudnie pachnące ciasto, które smakiem przebijało mocno posłodzony miód.

Po pięciu minutach miałem dość.

Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
511969234