|
No i co? O oczekiwanej północy na niebie
pojawiły się sky-flowers, ludzie hartowali swoje gardła, krzycząc
"wesołego nowego...", by po tym corocznym obrzędzie utopić gardło w nie do
końca określonym alkoholu, i po wszystkim. Pozostał jeszcze jeden wolny
dzień, który lwia część populacji spędzi na czułych randkach z sedesami, a
potem, bez względu na status quo posylwestrowej głowy, trzeba iść się
uczyć i zarabiać pieniądze. W pracy zacznie się wymiana wrażeń, a szkoły
staną się polem bitwy dla licytujących się dzieciaków - kto wchłonął
więcej wódy oraz kto szybciej zaatakował podłogę zawartością zbuntowanego
żołądka.
01. 01. 2006 r.
Rozpoczęcie świeżego roku jest dla wszystkich dobrym pretekstem na
podsumowanie ostatnich 365. dni. Żeby nie oglądając się za bardzo wstecz,
unikając tym samym ryzyka złamania karku, szybciutko podsumuję w tym
momencie cały rok 2005 z mojej prywatnej perspektywy: ambiwalentny. Bywały
dni, kiedy z paskiem w ręku szukałem odpowiednio wytrzymałej gałązki, i
te, podczas których wszystko, co złe, ma się głęboko werżnięte w poślady.
I tyle, żadnych sukcesów, użyczonych mi podczas poprzedniego sylwka. Jak
zwykle zresztą, więc dziwić się nie muszę.
Ta jedna najgłośniejsza noc w roku działa na ludzi bardzo motywacyjnie.
Jest to bowiem wspaniała okazja, by narzucić sobie jakieś postanowienie,
jak znalezienie swojej wybranki życia, dorwanie pracy bardziej dochodowej
niż koszenie murawy, rzucenie picia czy palenia. Postanowienia iście
ambitne, godne podziwu i śmiechu jednocześnie. Podziw wzbudzać może
żelazna chęć i determinacja, z jaką ów cele są stawiane, a śmiech - ich
główne, podstawowe cechy: niemowlęca wręcz naiwność i słomiany zapał.
Posłużę się małym przykładem. W pamiętnym Y2K, który miał być apokalipsą
dla Internetu, komputerów, komunijnych zegarków i elektrycznych
szczoteczek do zębów, mój znajomy zaklinał się na swoją rodzinę i jej
cztery pokolenia wstecz, że Nowy Wiek rozpocznie jako nikotynowy
abstynent. Żartował, że każdym spalonym papierosem zapłaci własnym
odciętym palcem. Gdyby nie żartował i za punkt honoru postawił sobie
spełnienie tego postanowienia, dziś byłby szczęśliwym posiadaczem
plastikowych paluszków, nawet u nóg, gdyż na dzień dzisiejszy nie wyobraża
sobie rozpoczęcia dnia bez minimum dwóch paczek z fajkami. Ich brak
symbolizuje przesądne wstanie z łóżka lewą nogą.
Dlatego śmieszą mnie ci, przyrzekający swoim znajomym - no i sobie - że od
1. stycznia zmieniają jeden czy dwa aspekty swojego życia. Dla mnie start
nowego roku jest najwyżej dobrą okazją, by chwilowo, dosłownie na kilka
godzin, odstawić na półkę obecny nawał problemów, podziwiać stalingradzką
zadymę '42-43 w podniebnej wersji oraz zmiękczyć moje kolana za pomocą
alkoholu w trzech różnych gatunkach (piwo, szampan i fajerłater), dzięki
czemu bez oporów i wysiłku mogę się dopasować do zazwyczaj wkurwiającego
mnie społeczeństwa, aprobująco stać się jednym z tych zachlanych,
przepoconych i intelektualnie zepsutych worków kości, którymi tak bardzo
na co dzień staram się nie być. A następny dzień i wiążące się z nim
konsekwencje - kac, kac oraz kac - skutecznie robią za pokutę.
Natomiast nie rajcuje mnie wprowadzanie zmian ze względu na nowy kalendarz
na ścianie. Ludzie znajdują w tym motywację, ponieważ wydaje im się, że
wraz z kończącym się rokiem odchodzą powstałe w nim problemy, że to
kolejny etap w ich życiu, a ten należy zacząć od zmian. Gówno prawda -
problemy nie uznają takiej zasady. Tak nawiasem mówiąc, to nie uznają
żadnej zasady. A ten upragniony nowy epizod rozpocznie się dopiero po
urzyczywistnieniu zamierzonej zmiany - w tym przypadku będzie to
uświadomienie sobie, że nie czuję chęci zapalenia, mimo iż ostatniego
cigaretta wypaliłem pół roku temu.
Noworoczną noc spędzić należy wesoło, najlepiej w towarzystwie tylko
lubianych ludzi, cieszyć się przy zagłuszającej muzyce, prowadzić wesołe
rozmowy - jeżeli już przerywane, to tylko łykiem rozwodnionego chmielu - i
po prostu bawić się na całego. Dać upust emocjom, pożegnać się na tę noc z
powagą, śmiać się z tak prymitywnego widoku, jak przykładowo widok
rzygającego kolegi (koleżanki tym bardziej), tulić się ze wszystkimi i
szczerze życzyć sobie rzeczy, których szanse zrealizowania oscylują w
granicach zera.
Ja w tym roku 1/3 zabawy spędziłem przy Playstation2, dając wycisk kumplom
w trójwymiarowych Wormsach; drugą tercję przy ratuszu w moim mieście,
gdzie układ pokarmowy dawał wyraźne znaki, że nie życzy sobie więcej
alkoholu, a zgromadzona publiczność emanowała życzliwością, chęcią chociaż
chwilowego uścisku z każdym zgromadzonym i detonowała pirotechniczne
zabawki; ostatnią część balangi znakowało przekonanie, że lada moment, za
chwileczkę mój obrażony za lekceważenie ostrzegawczych sygnałów żołądek
nagle i gwałtownie odda wszystko, co pochłonął. Z tą pewnością chętnie
oddałem się w objęcia snu, w domu u przyjaciela.
No i co? Rozpoczął się rok 2006, kontynuacja prywaty, światowej tandety,
rzeźbienia demokracji przy pomocy niechcianych wojsk, brnięcia przez coraz
głębsze bagno wmawiania kłamstw i wielu innych czynników, składających się
na trwały, skuteczny i widoczny upadek ludzkości. To ogółem.
A co mi dał koniec '05 i początek '06? Konieczność zakupu nowego
kalendarzyka, to na pewno. W tym roku stanę oko w oko przed komisjami
maturalnymi - dobrze byłoby więc zrobić na nich dobre wrażenie. Potem może
początek komercyjnego stukania w klawisze dla miejscowej redakcji? Poza
tym ostatnio poważnie zastanawiam się nad perspektywą poznania kogoś, z
kim chętnie poszedłbym na kompromis, dzieląc swoje życie na Nią i inne
rzeczy. Może studia? Może narobienie zamieszania na pewnym wrocławskim
Zjeździe? Albo może jazda stopem na Woodstock? A może...
Nie wiem! Nie wiem i prawdę powiedziawszy nie ma to teraz większego
znaczenia. Jedyne, czego jestem pewien, to bez względu na tok zdarzeń show
must go on, jak głosili śp. Mercury i Floydzi. |