a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N

SyndRome


Aby być świętym, trzeba być szalonym. Trzeba stracić głowę.
To, co nas powstrzymuje od świętości, to brak refleksji,
zastanowienia, modlitwy, zjednoczenia z Bogiem,
którego do świętości koniecznie potrzeba.
św. Jan Vianney.


.

Mój Boże wybacz... Podaruj... Bo płonę żywym ogniem pragnąc rzeczy niegodziwych. Pozwoliłem, żeby moje postrzeganie świata zalepiła ślepa żądza. Zamiast Twego Ducha, kieruje mną libido. Wyznaję je. Składam mu ofiary. Nie mam bogów cudzych poza nim. Namiętności okresu dojrzewania zawładnęły mną na tyle, że jedyną moją troską jest podobać się innym. Zamiast kochać osobę z którą jestem, kocham samo bycie kochanym... Zamiast poznawać kobietę głębiej, metafizycznie - tworząc ten "słoneczny krąg przyjaźni", targany żądzami dążyłem tylko do cielesnych rozkoszy. A gdy mi się to udawało, tematy do rozmowy kończyły się bardzo szybko. Na tyle szybko, że przestałem oszukiwać siebie - straszliwy paradoks: hedonizm stał się przyczyną bólu. Pieprzona endorfina okazała się być trojanem - wirusem, który jak HIV niszczy komórki. Jak HIV nie zabija od razu. Jak HIV odsuwa Cię od ludzi, których kochasz choćby karykaturą miłości... Wypróżniłem się z sensu, gubiłem siebie w miłostkach, topiłem się w bagnie pustki. Pustki jakże pełnej, jakże wszechogarniającej, jakże transcendentnej!



    To był wtorek, tuż przed wykładem z materiałoznawstwa. Beatę dostrzegłem mimowolnie - była bardzo wysoką, choć skromnie ubraną blondynką. Białe włosy. [Mój Serafin z wiadomością z nieba.] Cera biała. [Z jakiej planety pochodzisz?] Pełne piersi. [Mleczna jałówka stojąca na torach, przed którą zatrzymuje się pociąg w Indiach.] Zadbane dłonie. [Pielęgniarka pochylająca się nad rannym żołnierzem...] Trwała nerwowa krzątanina, bo właśnie miało odbyć się kolokwium. Wokół nas mnóstwo ludzi. Tylko ja i ona z nikim nie rozmawiamy. Tylko ja i ona patrzymy sobie w oczy. Tylko ja i ona na przeciwległych biegunach percepcji. Różnoimienne ładunki przyciągają się. Podeszła do mnie i z wrodzoną nieśmiałością ale i wdziękiem zapytała: "Umiesz to? Możesz mi powiedzieć, co to jest ta rekrystalizacja?" Mój moment. Patrząc jej w oczy odczekuję dosłownie sekundę, żeby poczuła się nieswojo. Dostrzegam rumieniec. [Po angielsku 'flush'. Nie wiem dlaczego przed oczami mignęła mi scena z 'Egzorcyzmów Emily Ross' - w opętanej Emily ujawnia się szósty demon: "And I am Lucyfer - the demon in the flash"] Nie mogłem zmarnować okazji. [Przypis: Definicja rekrystalizacji -> odbudowa struktury metalu po silnym odkształceniu plastycznym]. Spokojnie odpowiedziałem: "Gretkowska w jednej ze swych książek pisze o Żydowskich kabalistach. Twierdzą oni, że to zagłębienie, które każdy człowiek ma między nosem a ustami pochodzi od Archanioła. Tuż przed urodzeniem dziecka kładzie on w tym miejscu swój palec, zabierając duszy wszystko co wie o tamtej stronie. Wspomnienie nieśmiertelności, nadludzką wiedzę, obraz Boga samego... Robi to, abyśmy mogli zostać poddani próbie wierności, tu na ziemi. Po tym zabiegu pozostaje nam wgłębienie - ta swoista pieczęć zapomnienia. Może nasze życie... to taka rekrystalizacja tego jednego jedynego, ale za to najważniejszego odkształcenia plastycznego?". Zaskoczyłem ją. Uśmiechnęła się w ten specyficzny sposób w jaki uśmiechają się kobiety, którym ktoś prawi komplementy. Otworzyli drzwi do sali wykładowej. Powiedziałem tylko: "Spotkajmy się po kolokwium w bufecie..."



    Popijając kawę zaproponowałem jej spotkanie. Odrzuciła tę propozycję, ale widać było że coś jest w tym dziwnego. Drążyłem temat. Okazało się, że popołudniami pracowała jako wolontariuszka w domu opieki fundacji "Życie jest darem". Zaciekawiło mnie to o tyle, że nadarzała się okazja abym ja (samemu zgłosiwszy się tam) mógł szybko zbliżyć się do Beaty. Od razu zresztą zaproponowała mi wstąpienie do wolontariatu. Wiele ją kosztowało przyznanie się do tego zajęcia, dlatego wyciągałem z niej wszystko, co szczelnie ukrywała przed światem. Może ta ulga, to katharsis, wreszcie to zwykłe wygadanie się przed kimś zbliży ją do mnie, a mnie do celu. Mieliśmy spotkać się po szesnastej, kazała mi wziąć dowód. Zatem o szesnastej stałem na tym piekielnym zimnie, tępo wpatrując się w ośnieżony szyld fundacji. A ta, jak sprawdziłem w internecie działała od siedmiu lat. Jeszcze tego nie mówiłem, ale zajmowała się ona dziećmi z zespołem Downa, które zostały porzucone przez rodziców tuż po narodzinach (gdy tylko okazało się że są upośledzone). Życie w "szkole życia". Żal mi ich było, jasne. Ale bardziej liczyła się dla mnie możliwość przebywania obok Beaty. Przyszła. W tej swojej białej, puchowej kurtce. Pocałowała mnie w policzek. Widać było, jak drogą rzeczą jest posiadanie kogoś bliskiego w krucjacie pomagania innym. Jak Neo i Trinity staliśmy teraz w programie ładującym, patrząc sobie w oczy i niewerbalnie mówiąc do siebie: "Nobody ever done this before... That's why it's going to work".



    Znała tam wszystkie pielęgniarki. Od razu zaprowadziła mnie do dyżurki, zapisała do księgi wolontarycznej i ze słowami: "Cieszę się, że tu jesteś" wręczyła mi smycz z zawieszonym na niej identyfikatorem. Weszliśmy do sali pełnej dzieciaków. Uderzył mnie zatęchły zapach, wrzask, uderzyły mnie charakterystyczne twarze dzieci... [Constantine w piekle trzyma ampułkę z wodą święconą i patrzy na twarze przeklętych] Niemniej jednak nie ruszyło mnie to, bo byłem tutaj dla Beaty. Już dawno się nie oszukuję. Zatrzymaliśmy się. Beata powiedziała: "Nie masz jeszcze doświadczenia w pracy z dziećmi, dlatego narazie zajmiesz się księgowością, ok?". Zaprowadziła mnie do malutkiej klitki, do takiego wytapetowanego stertami papierów inkubatora... Wszystko co miałem zrobić, to wklepać do programu ewidencyjnego dane dzieci. Po ostatniej awarii komputera wszystko szlag trafił. Powiedziałem jeszcze: "Chciałbym pracować razem z Tobą", ale Beata tylko złapała mnie za rękę i powiedziała: "Już niedługo". Wyszła. Zostałem sam. Otwieram pierwszą z teczek. Akt urodzenia chłopaka. Załączona diagnoza: "skośnie ustawione szpary powiekowe, krótki grzbiet nosa, małe i nisko położone małżowiny uszu, krótkie dłonie i stopy, poprzeczny przebieg linii głównej na dłoniach, obecność tzw. bruzdy sandałowej na podeszwie, duży odstęp pomiędzy paluchem i drugim palcem obustronnie u stóp, spodziectwo, celiaklia oraz zrośnięcie odbytu". To urodziła się istota ludzka, jednak w tym opisie brakuje słowa "człowiek"... Instrumentalizm jest najgorszą formą dyskryminacji. Wklepałem kilkanaście takich "teczek" do komputera. Byłem zmęczony. Zapomniałem o Beacie. Gdy przyszła, pocałowała mnie w czoło i powiedziała: "Już jesteś zmęczony? Jak w takim razie dasz sobie radę z opieką nad żywym dzieckiem?". Odpowiedziałem szorstko: "Czego chcesz? To mój pierwszy dzień..." [Everybody falls the first jump] Wróciłem do domu.



    W nocy nie mogłem spać. Myślałem o tym. Jakby to było, gdyby mnie, lub kogoś mi bliskiego spotkała taka tragedia? Jakże nędzny się wydawałem z moimi namiętnościami. Jakie pytania się we mnie rodziły! Boże przebacz! Podaruj! Myślałem o tym, czy Chrystus uleczyłby kogoś chorego na zespół Downa, tak jak niewidzącego nad sadzawką Siloam... Mój Boże przeklinałem Cię! Nie chciałem wierzyć, że patrzysz na to ze spokojem... Jak wielki krzyż dźwigały te dzieci. WIĘKSZY KRZYŻ NIŻ DŹWIGAŁ CHRYSTUS! Trzecia nad ranem, a ja siedząc na internecie czytałem opisy choroby. Okazuje się, że osoba chora na Downa ma więcej chromosomów niż przeciętny człowiek. Obdarowałeś ją Panie! Niech klęczy modląc się do Ciebie za swe szczęście! Dzieci gorszego Boga? DLACZEGO? Ale Ty oczywiście milczysz... Rano zadzwoniłem do Beaty. Zgodziła się olać wykłady i pójść do fundacji zaraz z rana. Bywałem tam codziennie. Wkrótce zaprzyjaźniłem się z dziewięcioletnim chłopakiem - Krystianem. Krystek był ulubieńcem pielęgniarek. Moim też. Zaprawdę powiadam wam, dziewięcioletni pędrak mądrzejszy był ode mnie. Gdy pierwszy raz obok niego usiadłem, jąkając się powiedział do mnie: "Lubisz ją?" Nie zrozumiałem. Zapytałem: "Kogo?". Odpowiedział: "Lubisz ją... Nigdy jej nie dotykasz". Spojrzałem mu w oczy . Mówił o Beacie! Zatkało mnie. Dużo z nim przebywałem. Czasem był zabójczo szczery, a czasem nie było z nim w ogóle kontaktu. Raz leczył moją duszę, raz okładał mnie pięściami. Lecz gdy patrzyłem w te jego ogromne, zniekształcone wprawdzie, ale przez to piękne i nad wyraz ciepłe oczy - słowo daję! - wydawały się wyrażać szczęście... Pewnego dnia (w chwili jego pełnego zainteresowania się mną, w chwili bez bólu) zapytałem: "Co sądzisz o Bogu? Co sądzisz o tym, że jesteś właśnie taki, jaki jesteś?" [Why Mr. Anderson? Why do you get up? Why you still fighting?] Odpowiedział swoją specyficzną manierą (powoli, jąkając się): "Nie rozumiesz". Minęły trzy tygodnie. Chłopak uleczył mnie z moich występnych namiętności. Gdy rozmawiałem z Beatą to widziałem Beatę, nie jej ciało. Zostaliśmy przyjaciółmi. Wiem już czym może stać się związek z kobietą, czym jest ten słoneczny krąg przyjaźni. Zmieniłem się na lepsze. W każdej dziedzinie życia. Nauczyłem się cierpliwości i pokory. Nie zaraz! - to on mnie nauczył! Cierpiał sztraszliwie, a był pogodny. Jego życie było maligną, a uzdrawiał innych. Przeklęty przez Opatrzność - a ufający Bogu.



    Telefon. Krystek w szpitalu. Wada serca dała znać o sobie. Wychodzę z wykładu byłego prodziekana. Pieprzę to. Dojechałem na miejsce. Beata (nie wiem skąd) już tam była. Kiwnęła przecząco głową. I zmyło się to życie. Zgasło. Był mi światełkiem. Ale podobno ciemność światłości nie ogarnie. To prawda. Krystek zostawił we mnie ślad. Ślad wiary. Rozumiem już, co chciał mi wtedy powiedzieć, mówiąc: "Nie rozumiesz". Boże przebacz! Podaruj! Wiem, że Ty chciałeś go mieć jak najszybciej przy Sobie. Byłeś pewien jego wiary. Wszystko jest względne... Co dla jednego wydaje się krzyżem, dla drugiego jest błogosławieństwem. Ta choroba to był dla Krystka test. Musiał być ciężki, bo Krystek bardzo Tobie ufał. Wiedziałeś, że on go zda. Dlatego pozwoliłeś na to cierpienie. Na to cierpienie, Boże mój, które ma moc zbawczą. Już wiem, Panie mój! Nie zapomnę tej lekcji! Jakże miłosierny jesteś! Jak niezbadane są wyroki Twoje! Nawet nie mam jego zdjęcia... Ale mam ślad w duszy. To piętno, które odcisnął na mnie Krystek. Przyłożył mi palec do duszy i wziął na siebie także i moje cierpienie. Stygmat życia w nim krwawił. Boże, dziękuję Ci za to życie. Wiem, że ja tak ciężkiej próby był nie wytrzymał. Nie jestem tak doskonały. Boże przebacz... Podaruj...



Outro 1
Lucjan Rydel

Znosiłem jak anioł cierpliwie
Ból wszelki, o ile był... cudzy;
A teraz ogromnie się dziwię,
Że mogą mój znosić tak drudzy.




Outro 2
Kornel Ujejski

Oto ja Tobie przynoszę na ręku
To dziecię, co jest pełne jęku
I jakiejś wielkiej, tajemniczej trwogi
Syn to człowieczy - a pół anioł boski
Zleciał na ziemię i jest pełen troski

Więc mu krzyż Pański kładę na prawicy,
Garść z naszej ziemi rzucam do chrzcielnicy
Oto go Tobie składam na ofiarę
Za wolność ludzką, za wiarę...



aNomaLy


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N
o
m
a
L
y


a
N