Rozruch na mrozie, czyli co robić zimą





W Polsce nie ma rekordowo niskich temperatur, nie ma też specjalnie wielkich śnieżyc (chociaż to być może wyreguluje jeszcze PiS). Ale w Polsce nie ma też dobrych dróg (i tym się zająć nikt nie zamierza). Dlatego wystarczy zaledwie kilkanaście centymetrów śniegu i nasza komunikacja stoi. A jeśli komunikacja stoi, wszystko inne również znajduje się w stanie stagnacji. Pół biedy, jeśli blokuje nam to drogę do szkoły/na uczelnię :) Co jednak mają począć ci, którzy pracują i często wykonują zawody bardzo nam potrzebne? Dla obu grup mam kilka pewnych, hm, eksperymentalnych pomysłów :)

Ludzi, którzy przegrali z przyrodą możemy podzielić na tych, którzy zostali uziemieni w domu i tych, których zasypało na jakimś przystanku komunikacji miejskiej. Najpierw zajmę się tymi drugimi nieszczęśnikami.

Otóż sytuacja wcale nie jest taka patowa, jakby się wydawało. O ile nie trafiliśmy na jakiś rozsypujący się przystanek nie jest tak najgorzej. A jeśli utkwiliśmy w czymś bardzo starym, jeszcze nie plastikowym, ale takim z cegieł, ewentualnie pustaków - można wtedy rzec, że poniekąd mieliśmy nawet szczęście :) W takim wypadku najlepiej spróbować rozpalić wewnątrz niewielkie ognisko. Wybieramy jeden z dwóch kątów na tyle przystanku i odgarniamy z tego miejsca śnieg. Następnie zrywamy ze ścian plakaty i ulotki, powinno ich być jeszcze całkiem sporo po ostatniej kampanii wyborczej. Część makulatury kładziemy na ziemię, będzie ona w pierwszej fazie rozpalania chroniła przed wilgocią. Z pozostałych papierzysk formujemy kulkę, w środek której wtykamy swój szalik, czapkę lub rękawiczkę. Niestety, jest to niezbędne dla przynajmniej chwilowego utrzymania ognia. Oczywiście należy pamiętać, by zorganizować jakiś opał - gałęzie z lasu, nawet, jeśli można je zdobyć gdzieś blisko, zdecydowanie odradzam. Po pierwsze będą całe mokre, a po drugie w czasie zawieruchy możemy natknąć się na niekoniecznie przyjaźnie nastawione, pojedyncze wilki. Idealnie byłoby, gdybyśmy akurat w plecaku mieli świeżo zakupiony węgiel do grilla na niedzielny weekend. Zdaję sobie sprawę, że niewielu ludzi grilluje zimą, ale zawsze warto zapytać towarzyszy niedoli.

Jeśli nikt z obecnych nie ma węgla, trzeba dokonać szczegółowej analizy toreb, plecaków i kieszeni niedoszłych podróżnych. Dobrze byłoby poświęcić garderobę jednego z towarzyszy, najlepiej najmniejszego i najstarszego, bo on i tak miałby najmniejsze szanse na przeżycie. Przy czym nie należy tu się kierować sympatiami i ignorować błagalne krzyki typu "wnuczku, wnuczku".

Jeśli zaś nasz przystanek nie nadaje się do rozpalenia ogniska, tudzież utknęliśmy w przysłowiowym szczerym polu, wówczas najlepszym wyjściem z sytuacji jest wygrzebanie sobie jamy w śniegu, udeptanie dna i zarzucenie nań jakiejś płachty - tu oczywiście możemy równie dobrze użyć ubrań ochotników :) Co potem? Ano nic, czekamy na roztopy, bo dopiero wówczas będziemy mogli wrócić do domów. Roztopy poznamy po tym, że nasza jama zacznie nabierać wody. Wtedy należy wstać i czekać dalej, nawet pomimo żylaków i chorych korzonków. Gdy woda zacznie nam sięgać mniej więcej do pasa, wówczas należy opuścić naszą jamę. Jak to zrobić? Chyba wspomniałem, że w trakcie jej budowy należy na jednej ściance wyrzeźbić prowizoryczne schodki lub chociaż niewielkie wgłębienia? Nie wspomniałem? Cóż, trudno, kucie w lodzie to wbrew pozorom nie jest aż tak trudne zajęcie, jak by się z pozoru wydawało ;)

To była garść porad dla tych, który ostra zima zaskoczyła na zewnątrz. Tym, których przysypało w domowych pieleszach, mogę już pogratulować. O ile tylko macie nieźle zaopatrzoną lodówkę, względnie spiżarnię pełną powideł, konfitur i kiszonych ogórków (nie mieszać!), to jest dobrze. Wtedy można czekać na roztopy nie kiwając nawet palcem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są na tyle przezorni, by przejmować się komunikatami radiowo-telewizyjnymi o zimie stulecia, więc teraz rady dla tych, którzy nie zachowali się jak niedźwiadki i nie najedli na zapas :)

W zasadzie najprostszą metodą jest pożyczenie sobie czegoś od sąsiada, którego nieprzyjazna aura dopadła poza domem. Przede wszystkim musimy się upewnić, czy jego „zły pies” na pewno jest na uwięzi. Jeśli nie, musimy spróbować starej sztuczki traperów, polegającej na otworzeniu furtki najszerzej, jak tylko się da i schowaniu się za nią. Gdy pies wyskoczy i stanie zdezorientowany w poszukiwaniu naszej osoby, wtedy hyc - myk zamykamy furtkę, jednocześnie przemykając się do środka (to bardzo ważne, by nie pozostać po tej samej stronie bramy co pies). Jeśli jednak furtka otwiera się do wewnątrz, sytuacja jest nie za wesoła. Można wtedy uchylić ją delikatnie tak, by pies mógł wsadzić co najwyżej łeb. Gdy to zrobi należy z całej siły spróbować ją zamknąć. Jest to sposób o tyle ryzykowny, że nie mogąc wziąć należytego rozmachu często nie tylko nie ogłuszymy psa, ale go jeszcze bardziej rozjuszymy i „zły pies” zmieni się w „bardzo złego psa”. Ta ewentualność ma jednak pewne zalety, psu wystarczy pewnie kilka minut, po których nie będziemy się już musieli martwić o nic.

Jeśli poradziliśmy już sobie z pierwszą przeszkodą, do sforsowania pozostały już tylko drzwi frontowe. Tu jednak wykazujemy się sprytem i wchodzimy oknem. Zdarza się, że w środku jednak kogoś spotykamy - są to zwykle legendarne, mo(he)rowe słuchaczki Radia Maryja, w dość posuniętym już wieku. One wiedzą (z radia, a jak!), że pogoda wyjątkowo niesprzyjająca, więc nie wypuszczają się z domu. Możemy je otumanić tekstami o zbiórce charytatywnej, co może wyglądać podejrzanie, zwłaszcza w świetle tego, że dotychczas sąsiadka uważała nas raczej za typa, który losem innych przejmuję się średnio. Wtedy jednak wyskakujemy z przemową o duchowym nawróceniu doznanym w Toruniu. Ten sposób zadziała zawsze, niestety ma jedną wadę: zostajemy zmuszeni do wymyślenia całej historyjki i opowiedzenia od początku do końca jak było w stolicy katolickiej Polski. Plusem są ciasteczka domowej roboty i herbata miętowa, a przecież o to (mniej więcej) nam od początku chodziło.

Innym sposobem na jedzenie w zimę są przeróżne hodowle. Jeśli niedaleko znajduje się coś takiego, jesteśmy uratowani. Idealnie, jeśli jest to hodowla drobiu, gorzej, gdy zwierząt nieco większych. Te zdecydowanie trudniej „oporządzić” (oprawić?), poza tym trudno zmieścić świnię do mikrofalówki. Ale przyjmijmy, że niedaleko hodowane są kury. Tak, kury, wdzięczne stworzenia, jakże sympatyczniejsze (i o wiele pożyteczniejsze) od modnych ostatnio kaczek. Jedyne, co musimy zrobić, to zakraść się w pobliże pomieszczenia z drobiem (pospolicie nazywanego kurnikiem) i capnąć jakąś dorodną sztukę. Należy jedynie uważać na kręcące się w pobliżu koguty - niektóre sztuki mogą być agresywne, ale celne uderzenie jajem odbierze nawet najbardziej jurnemu okazowi ochotę do rozróby.

Kiedy przetransportujemy już kurę do naszego domu, musimy ją, niestety, zabić. Innym rozwiązaniem jest czekanie na jej jajka, obawiam się jednak, że to może potrwać, poza tym musiałaby ona coś jeść, a nasza lodówka przecież świeci pustkami. O ile mamy kuchenkę gazową, sprawa jest dość prosta. Jeśli nie, trzeba wziąć długi nóż (pożądany byłby tasak, siekiera to ideał) i szybko ciachnąć kurkę przez szyję. Następnie trzeba wyrwać wszystkie pióra. Po tej żmudnej czynności nalewamy na denko od słoika nieco denaturatu, podpalamy i nad niebieskim ogniem „opalamy” obrany okaz drobiu. Kiedy ogień się wypali nie pozostaje nam już nic innego, jak zabawić się w chirurga i obejrzeć sobie kurę od środka. Radziłbym wywalić wszystkie organy wewnętrzne, bo chociaż większość z nich nadaje się do jedzenia, to niewprawne oko może nie odróżnić niektórych narządów i, za przeproszeniem, zjeść gówno :)

Po opróżnieniu z wnętrzności kurę należy poćwiartować i podzielić na dwie części, jedną wkładając do lodówki, a drugą do mikrofali/piecyka. Do mięsa możemy podać sos z kurzych piór albo wywar z łapek, czego jednak nie polecam, w końcu najzdrowsze (i najpożywniejsze) jest samo mięsko.

Zima zimą, ale żadna pora roku nie trwa wiecznie. Mam nadzieję, że zaprezentowane pomysły pozwolą Wam na przetrwanie tej wielce niekorzystnej dla człowieka części roku w dobrym zdrowiu i z pełnym żołądkiem. Smacznego!



Tuxedo

tuxedocomen@poczta.onet.pl