Ludzie mają swoje dziwactwa. Jednym z nich jest przypinanie pewnym słowom etykietek. Na przykład, przymiotnik "nacjonalistyczny" kojarzy się o wiele gorzej od "narodowościowy", a przecież oba słowa znaczą dokładnie to samo. Dla większość Polaków od kilku miesięcy "liberalizm" to synonim kapitalizmu, czyli słowo budzące skojarzenia z wyzyskiem, niesprawiedliwością i wykluczeniem biednych, podczas gdy jest to doktryna głosząca, że wolność jednostek to źródło postępu.
Podobnie jest z "propagandą". Oj, źle się to słowo kojarzy. Propaganda to kłamstwo, Goebbels, Urban, WRON, gazeta "Prawda" albo "Trybuna Ludu", Dziennik Telewizyjny. A skoro Goebbels i WRON to też trepostwo. I przeszłość, bo Goebbels od sześćdziesięciu lat użyźnia glbę, Urban to niegroźny krzykacz, a po całym WRON pozostał niedowidzący staruszek. Tylko "Prawda" nieźle się trzyma, ale obecnie i tak nikt rozsądny nie bierze na serio tego blagiera.
Tyle wieść gminna niesie, a co na to niezawodny słownik PWN? Propaganda to "szerzenie jakichś poglądów, idei, haseł, mające na celu pozyskanie kogoś dla jakiejś idei lub akcji". Czyli, jeśli "propaganda" nam nie pasuje, możemy zastąpić ją synonimami: "reklama", "promocja" albo "kampania". Tak więc propaganda to, i owszem, Goebbels, ale też papieskie encykliki, komentarze w "Rzeczpospolitej", reklama proszku do prania, a nawet tekst, który macie przed oczami.
Już słyszę głosy sprzeciwu i oburzenia. Ktoś powie, że historia wymusiła na ludziach rozumienie słowa "propaganda" w negatywny sposób. OK., powiedzmy, że to prawda, ale nawet biorąc na to poprawkę, gdy pada słowo "propaganda" nie do końca łapiemy, o co chodzi. Mianowicie, uznajemy, że to nas nie dotyczy: nie dość, że propagandy już dawno nie ma, to jeszcze my jesteśmy na nią uodpornieni - propaganda to coś dla takich "baranków" jak Rosjanie lub Białorusini. Niesłusznie, bo wszystkie narody, od Rosjan, przez Polaków, po Amerykanów, dają się wodzić za nos równie łatwo - historia już wam poda przykłady. Co ciekawe, rzeczownik "propaganda" budzi złe skojarzenia, ale czasownik "propagować" - niekoniecznie. Nie sądzicie, że jesteśmy strasznie ograniczeni myślowo na tym odcinku? To dowód na to, że propaganda wciąż może działać. I działa.
Największe sukcesy na polu złej propagandy od lat odnosiła polityka i wojsko, a raczej polityka z wojskiem razem, bo obie instytucje zawsze ze sobą współpracowały i nawzajem się uzupełniały. Na przykład, w 1945 roku żołnierze zaufali swoim przełożonym, że maski przeciwgazowe i przyciemniane gogle uchronią ich przed promieniowaniem po wybuchu bomby atomowej. Natomiast kilka lat wcześniej, w 1942, Amerykanie dali się przekonać, że komunizm to najwspanialszy ustrój pod słońcem, gdy kilka lat później w państwie, za przyzwoleniem rządu, wybuchła istna histeria i wszyscy mieli bzika na punkcie łapania radzieckich szpiegów.
Obecnie potrzeby łapania wywiadowców lub wyćwiczenia ludności na wypadek wojny atomowej ("gdy zobaczysz błysk jadąc ulicą rowerem, schowaj się za krawężnikiem" - Boże, dodaj mi sił przed takimi idiotyzmami...). Chodzi o rzecze bardziej prozaiczną - wojsko amerykańskie potrzebuje natomiast żołnierzy. I to w ilościach hurtowych. Konkretniej, na wojnę w Iraku, bo ochotników jest coraz mniej. Czas chyba uruchomić propagandystów.
W Armii Stanów Zjednoczonych pracuje chyba jednak kilka inteligentnych osób, bo ktoś zrozumiał, że plakaty "Ojczyzna potrzebuje ciebie!" dziś nie wystarczą. Należy szturmować rzeczy podstawowego użytku przeciętnego młodego Amerykanina. Telewizor i komputer, ze wyszczególnieniem Internetu.
I tak powstała strona www.goarmy.com. Po krótkim ładowaniu (by rekrut nie stracił cierpliwości) otwiera się przed nami ładna flashowa strona utrzymana w militarnych barwach. Nie zapomniano o wersji dla starszych przeglądarek i hiszpańskiej wersji językowej (tłumaczy to, dlaczego co drugi amerykański żołnierz ma na nazwisko Sanchez albo Hernandez). Rzuca się też w oczy nagółwek "An Army of One". Armia Jednego? Ktoś może mi wytłumaczyć znaczenie tego hasła? Może to zapewenienie, że w wojsku nie będziesz jednym z wielu? To wie tylko pomysłodawca tego zwrotu. A może nawet i on nie wie. Ale to nieistotne.
Poza tym, mamy szereg przydatnych informacji tłumaczących, jak można dołączyć do wojska. Wytłumaczone w trzech krokach. Nie mogło zabraknąć działu "Korzyści". Opieka zdrowotna, ubezpieczenie, wakacje, emerytura, edukacja i wysoka pensja. W zasobach witryny znajdziemy wiele krótkich filmów. Jeden z nich przedstawia postać sympatycznego, ułożonego i uśmiechniętego dla podopiecznych żołnierza w stopniu sierżanta. Czyli trepa. Ktoś mądry pomyślał o dziale "Dla rodziców",w którym dwie mamy i jeden tata opowiadają, jak wiele zawdzięczają "Armii Jednego".
Najciekawsze materiały znajdziemy jednak pod linkiem "O armii". Oprócz takich głupot jak tapety na pulpit jest tam film, który, jak obiecują twórcy serwisu, pokazują prawdziwą akcję. Operacja "Nocne uderzenie". Ujęcia, jakich nie powstydziłoby się Hollywood. Grupa zamaskowanych zwiadowców z goglami noktowizyjnymi obserwuje przyjazd kilku samochodów pod obskurny budynek. Wysiadają z nich ludzie. "Widzę cel" - szepcze jeden ze zwiadowów. Podjeżdża wojskowa ciężarówka i wyskakują z niej komandosi. Wchodzą do budynku. W końcu rozlegają się strzały, ale w tym momencie obserwujemy sytuację z perspektywy zwiadowcy. Nie widzimy ludzi rażonych kulami. Widzimy tylko błyski i słyszymy kilka huków. Po chwili z budynku wychodzą cywile prowadzni pod lufami komandosów. "Dobra robota".
Propaganda nie musi być równoznaczna z kłamstwem, może ona równie dobrze "jedynie" zatajać prawdę. I tak jest w przypadku strony www.goarmy.com. Z informacji zebranych na niej można wywnioskować, że wojsko to w gruncie rzeczy łatwa, przyjemna i niezbyt ryzykowan robota, a żołnierze umierają głównie w wieku emerytalnym na otłuszczenie serca. I takie wnioski są częstokroć wyciągane, bo młodzi rekruci ogrniczają się zbierając informacje o armii do odwiedzin na owej stronie, na której nie znajdą szczerej porady "chłopcze, zanim się zdecydujesz, zastanów się, czy tego naprawdę chcesz". Dlaczego w filmie pokazującym operację "Noce uderzenie" nie pokazano szturmu małych pomieszczeń? Po to, by potencjalny rekrut nie przestraszył się głośnych wystrzałów i nie zobaczył, że kule często śmigają tuż koło ucha?
Tak długo będziemy słyszeć o śmierci kolejnych młodych żołnierzy w Iraku, dopóki na pierwszej lini frontu nie będą walczyć dzieci, których miejsce jest w college'u. Czyli dopóki nie ucichnie dzika propaganda. Póki co, nauczmy się i zapamiętajmy, co tak naprawdę znaczy to słowo.