Kocie opowieści



Kot wrócił. Właściwie bez żadnego wyraźnego powodu. Nie chciał powiedzieć, gdzie i po co był. Jego jedynym wytłumaczeniem było to, że przecież koty chadzają własnymi drogami. Cóż mogłem poradzić? Nic, bo tu wypadło się tylko cieszyć z powrotu zwierzaka. Był mi potrzebny jak nigdy wcześniej.

Kot domyślił się, że znowu poszedłem innym torem. Nie chciał tego przyznać, ale martwi się o mnie. Dobrze, przynajmniej on jeden. Człowiekowi potrzebny jest ktoś, kto się będzie o niego martwił. Tak samo lubimy mieć kogoś, o kogo z kolei my możemy się troszczyć.

Kot powiedział, żebym się nie przejmował, bo widocznie gra nie byłą warta świeczki, że to nawet dobrze. Lepiej, że to wyszło teraz, bo każdy następny dzień jeszcze mocniej by mnie przywiązywał i bolałoby jeszcze bardziej. Tak przynajmniej twierdzi Kot. Nie wiem, skąd on to wszystko wie. Czy nie jest tylko zwykłym dachowcem, który pójdzie w ogień za kłębkiem wełny?

Kot jeszcze coś tam psioczył, że jak nie wtrynię do tekstu chociaż śladowej autoironii, to się Czytelnikom nie będzie podobało, bo mojej zwyczajnej pisaniny mają już zwyczajnie dosyć. Chciał powiedzieć, że to im uszami wychodzi, ale co my, ludzie, możemy wiedzieć o uszach?

Otóż, drogi Kocie, dzisiaj mam nastrój liryczno-refleksyjny i silić się na sarkazm ku uciesze gawiedzi nie zamierzam. Dość powiedzieć, że jest 24 grudnia. Tak zwana Wigilia w tak zwanej tradycji ludowej. Wigilia nie zaczęła się miło. Kilka minut po północy dostałem ostatniego esemesa i drżąc, bynajmniej nie z zimna, postanowiłem zasnąć. Zaśnięcie z początku nie chciało przyjść, ale w końcu nad ranem się udało.

Kot mówi, że to naprawdę nie ma znaczenia, ile ja sypiam. Ważniejsze, z kim. Od razu się wytłumaczyłem, że od czasu jego odejścia lewa strona kanapy zawsze była wolna i czekała na niego. Kot wzruszył tylko ramionami i popatrzył na mnie jakby z politowaniem.

Cofnijmy się jeszcze do wspomnianej północy. Wtedy straciłem resztki poczucia wartości i jeszcze trochę przyjaźni. Taki niby-skrawek, ale dla mnie znaczył on bardzo wiele. Znaków zapytania było równie dużo, ale kilka dni milczenia przerwało moje dostukiwanie się do abonenta. Abonent, jak to abonent - kapryśny bywa. A ten mój to już wyjątkowo, na samym końcu stał się jeszcze złośliwy. Szkoda, w sumie nawet ją lubiłem.

Kot jeszcze raz mnie pocieszył i jakby trochę znudzony powtórzył, że naprawdę nie muszę się przejmować. Całe życie przede mną, a to, że kolejne święta spędzam w białej sali ze zwierzakiem to jeszcze nic strasznego. Ludzie mają większe problemy i żyją. Koty też.

Kot powiedział, że owszem, wolałby w Sylwestra gdzieś wyskoczyć, ale po ostatnim artykule w Ozonie stwierdził, że to zbyt ryzykowne - ponoć w święta najwięcej singli popełnia samobójstwo.

Zaczynam się powoli przyzwyczajać do towarzystwa Kota. Tak sobie myślę, że Kot był zawsze, tylko wcześniej nie chciałem go słuchać. A teraz słucham, ale już nie stosuję się do jego rad. Równie dobrze Kot mógłby być świnką morską, byłoby to tak samo idiotyczne.

Kot nie będzie wiecznie, ale ja już wiem, że go nie będę potrzebował. Zwierzak przecież nie będzie za mnie załatwiał wszystkich spraw, nie zadzwoni, nie zagada, nie zaprotestuje. Kot tylko doradza. Mówi, kiedy jestem żałosny i ile czeka mnie jeszcze ciężkiej pracy, by wyjść na porządnego ko... znaczy na ludzi.



Tuxedo

tuxedocomen@poczta.onet.pl