|
Leży sobie spokojnie na biurku, gorliwie czekając na
wykonanie powierzonego jej zadania. Mały, srebrny i zgrabniutki Siemensik
C45 dobrodusznie odbiera jakiekolwiek sygnały od ludzkości, skierowane do
mojej wątłej osoby. Lubię go, a on mnie, czego dowodem jest jego
niezawodność i ergonomiczne dopasowanie się do każdej kieszeni, w której
aktualnie chcę go przechowywać. Taki mały nicpoń, ten telefon
komórkowy.
Słyszałem, że w naszych czasach, kiedy elektronika stała
się dla człowieka niezbędnym środkiem do stabilnej egzystencji, brak
telefonu komórkowego oznacza kalectwo. Od tego prawdziwego schorzenia
różni się tylko tym, iż można je wyleczyć stosunkowo małym kosztem - wszak
nielegalni łowcy komórek bezustannie polują na nieostrożnych ich
użytkowników, aby poszerzyć zasoby pobliskich komisów (a w nich możemy
nabyć je w cenie pasty do zębów). Jak dla mnie - gówno prawda. Polskie
ulice deptałem bez telefonu do 18. roku życia, mimo to w podstawówce byłem
niezastąpionym lewym pomocnikiem na murawie, biegałem najszybciej w
klasie, robiłem pompki bez zbędnej asysty, bawiłem się w subtelnych
jackass i tak dalej. Więc nie da rady powiedzieć, że byłem fizycznie
niepełnosprawny. Ale gro populacji w ogóle na samą myśl o 24 godzinnej
przerwie od swoich cegiełek dostaje palpitacji serca i budzi grozę.
Możliwość wysłania sesemesa w każdym momencie jest tak samo ważna, jak
obecność papieru toaletowego podczas każdej wizyty w sralni. Sesemesy są
tanie, można w nich streścić pół dnia i przesłać znajomemu; za ich
pośrednictwem można ponadto załatwić wiele wcale ważnych spraw - spytać
się koleżanki o dalsze brnięcie przez życiowy bajzel z chłopakiem u boku,
powiadomić rodziców o nadgodzinach u kumpla na prywatce, uszczęśliwić
chłopaka informacją o pozytywnym wyniku testu ciążowego z kiosku i wiele,
wiele innych rzeczy. Dlatego właśnie sesemesy stały się powszedniejsze niż
telefoniczne rozmowy (są też od nich tańsze) czy słuchania tego, co na
topie. Nawet pozytywne oceny w dziennikach szkolnych wysiadają przy
częstotliwości występowania tych Smal Mesydż Send (czy jakoś tak). Chęć
wygodnego i szybkiego komunikowania się z ludźmi zmiata wszystko inne. Nie
twierdzę, że to źle. Można więc wyciągnąć wniosek, iż to właśnie te
kilkuset literkowe komunikaty nakręciły do tego stopnia popyt na tę
cegiełkę z klawiaturą i koniecznie już kolorowym
wyświetlaczem.
Istnieją jednak istoty, także ludzie, które
posiadanie tego cudu techniki uważają za wiochę. Zarzucają nadawcom
sesemesów szpanowanie, bujanie się i afiszowanie się przy klikaniu
sesemesa, jakby pisali list do Jezusa. Bardzo dobry zarzut. Wniosek z
niego wyciągnąć można taki, że pisanie SMSa należy wykonywać w
pomieszczeniu odosobnionym, gdzie nie przebywają postronne osobniki -
najlepiej w piwnicy, kotłowni tudzież na bagnach. A jeżeli ktoś nie ma
możliwości szybkiego dostania się do ww. miejsc, winien projektować
esemesa z telefonem przy kostkach, ostatecznie koło kolana - w żadnym
wypadku nie dzierżyć go na wysokości, z której będziemy widzieć to, co
pokazuje wyświetlacz, czyli w okolicach tułowia, gdyż świadczy to o naszym
nie za wysokim poziomie intelektualnym oraz ilości kompleksów, leczonych
tym właśnie zachowaniem i tak dalej. Prócz komórkowych antagonistów
powyższego rodzaju kręcą się po Ziemi jeszcze inni. Ci natomiast sposób
ich używania traktują ciepłym moczem, ale za to krzyczą wszem i wobec, iż
telefony komórkowe są be, bo zapraszają do naszego organizmu raka i
stwarzają ryzyko oderwania głowy za pomocą fal elektromagnetycznych. A
jeżeli będziemy nosić telefoniki w kieszeniach u spodni, rzeczone fale
spowodują zmniejszenie skuteczności narzędzi rozrodczych. Postawione przez
nich tezy są sensowne, aczkolwiek mało kto zawraca sobie nimi
głowę.
W moim przypadku telefon okazał się bardziej koniecznością,
niż kaprysem. Mój Pierwszy Telefon znalazłem na plaży (ustalmy -
znalazłem, a nie - "znalazłem", ok?). Gdy po niedługim czasie użytkowania
doszedłem do wniosku, że jestem w stanie poradzić sobie w życiu bez niego,
spieniężyłem go. Niedługo potem następny model sprezentowali mi rodzice,
pozbawiając mnie możliwość stosowania wymówki "gdybym miał telefon, to
zadzwoniłbym do was i powiedział, że wrócę później!". Tak więc telefon
mam. Fakt, że zazwyczaj na stanie konta widnieją cyferki zero i zero, ale
mam. Kartę kupuję, gdy wiem, że będę jej potrzebował (czytaj: poznałem
fajną dziewuchę) lub kiedy naprawdę nie mam aktualnie na co przeznaczyć
dwudziestu pięciu złotówek. Gdyby często pisali do mnie znajomi, czego nie
robią, pewnie nie podawałbym swego numeru przy podpisie, ale skoro leży on
- telefon, nie numer - tak smutno i zbędnie, blokując te kilka
kwadratowych centymetrów na biurku, przyda się przynajmniej do
zawiadamiania mnie, że komuś wybitnie odpowiada/nie odpowiada mój tekst
bądź przedstawione w nim opinie.
Wracając do cell telefonów.
Ostatnio przeczytałem poważne artykuły i felietony o przyszłości z
omawianymi tutaj elektronicznymi zabawkami (dżizys, naprawdę poważne).
Szanowani publicyści omawiali przydatność i przeważające plusy minusy ich
użytkowania. Trochę poniosła ich fantazja, gdy zaczęli bawić się w
proroków, i właśnie to było moim motywem do wypowiedzenia się na ten,
jakże istotny, temat. Dla mnie jest to wynalazek, jak, powiedzmy,
sztuczna szczęka - przydatny mniej lub bardziej. U mnie w każdym razie się
marnuje. |