O CEGIEŁKACH XXI. WIEKU

 

Leży sobie spokojnie na biurku, gorliwie czekając na wykonanie powierzonego jej zadania. Mały, srebrny i zgrabniutki Siemensik C45 dobrodusznie odbiera jakiekolwiek sygnały od ludzkości, skierowane do mojej wątłej osoby. Lubię go, a on mnie, czego dowodem jest jego niezawodność i ergonomiczne dopasowanie się do każdej kieszeni, w której aktualnie chcę go przechowywać. Taki mały nicpoń, ten telefon komórkowy.

Słyszałem, że w naszych czasach, kiedy elektronika stała się dla człowieka niezbędnym środkiem do stabilnej egzystencji, brak telefonu komórkowego oznacza kalectwo. Od tego prawdziwego schorzenia różni się tylko tym, iż można je wyleczyć stosunkowo małym kosztem - wszak nielegalni łowcy komórek bezustannie polują na nieostrożnych ich użytkowników, aby poszerzyć zasoby pobliskich komisów (a w nich możemy nabyć je w cenie pasty do zębów). Jak dla mnie - gówno prawda. Polskie ulice deptałem bez telefonu do 18. roku życia, mimo to w podstawówce byłem niezastąpionym lewym pomocnikiem na murawie, biegałem najszybciej w klasie, robiłem pompki bez zbędnej asysty, bawiłem się w subtelnych jackass i tak dalej. Więc nie da rady powiedzieć, że byłem fizycznie niepełnosprawny.
Ale gro populacji w ogóle na samą myśl o 24 godzinnej przerwie od swoich cegiełek dostaje palpitacji serca i budzi grozę. Możliwość wysłania sesemesa w każdym momencie jest tak samo ważna, jak obecność papieru toaletowego podczas każdej wizyty w sralni. Sesemesy są tanie, można w nich streścić pół dnia i przesłać znajomemu; za ich pośrednictwem można ponadto załatwić wiele wcale ważnych spraw - spytać się koleżanki o dalsze brnięcie przez życiowy bajzel z chłopakiem u boku, powiadomić rodziców o nadgodzinach u kumpla na prywatce, uszczęśliwić chłopaka informacją o pozytywnym wyniku testu ciążowego z kiosku i wiele, wiele innych rzeczy. Dlatego właśnie sesemesy stały się powszedniejsze niż telefoniczne rozmowy (są też od nich tańsze) czy słuchania tego, co na topie. Nawet pozytywne oceny w dziennikach szkolnych wysiadają przy częstotliwości występowania tych Smal Mesydż Send (czy jakoś tak). Chęć wygodnego i szybkiego komunikowania się z ludźmi zmiata wszystko inne. Nie twierdzę, że to źle. Można więc wyciągnąć wniosek, iż to właśnie te kilkuset literkowe komunikaty nakręciły do tego stopnia popyt na tę cegiełkę z klawiaturą i koniecznie już kolorowym wyświetlaczem.

Istnieją jednak istoty, także ludzie, które posiadanie tego cudu techniki uważają za wiochę. Zarzucają nadawcom sesemesów szpanowanie, bujanie się i afiszowanie się przy klikaniu sesemesa, jakby pisali list do Jezusa. Bardzo dobry zarzut. Wniosek z niego wyciągnąć można taki, że pisanie SMSa należy wykonywać w pomieszczeniu odosobnionym, gdzie nie przebywają postronne osobniki - najlepiej w piwnicy, kotłowni tudzież na bagnach. A jeżeli ktoś nie ma możliwości szybkiego dostania się do ww. miejsc, winien projektować esemesa z telefonem przy kostkach, ostatecznie koło kolana - w żadnym wypadku nie dzierżyć go na wysokości, z której będziemy widzieć to, co pokazuje wyświetlacz, czyli w okolicach tułowia, gdyż świadczy to o naszym nie za wysokim poziomie intelektualnym oraz ilości kompleksów, leczonych tym właśnie zachowaniem i tak dalej.
Prócz komórkowych antagonistów powyższego rodzaju kręcą się po Ziemi jeszcze inni. Ci natomiast sposób ich używania traktują ciepłym moczem, ale za to krzyczą wszem i wobec, iż telefony komórkowe są be, bo zapraszają do naszego organizmu raka i stwarzają ryzyko oderwania głowy za pomocą fal elektromagnetycznych. A jeżeli będziemy nosić telefoniki w kieszeniach u spodni, rzeczone fale spowodują zmniejszenie skuteczności narzędzi rozrodczych. Postawione przez nich tezy są sensowne, aczkolwiek mało kto zawraca sobie nimi głowę.

W moim przypadku telefon okazał się bardziej koniecznością, niż kaprysem. Mój Pierwszy Telefon znalazłem na plaży (ustalmy - znalazłem, a nie - "znalazłem", ok?). Gdy po niedługim czasie użytkowania doszedłem do wniosku, że jestem w stanie poradzić sobie w życiu bez niego, spieniężyłem go. Niedługo potem następny model sprezentowali mi rodzice, pozbawiając mnie możliwość stosowania wymówki "gdybym miał telefon, to zadzwoniłbym do was i powiedział, że wrócę później!". Tak więc telefon mam. Fakt, że zazwyczaj na stanie konta widnieją cyferki zero i zero, ale mam. Kartę kupuję, gdy wiem, że będę jej potrzebował (czytaj: poznałem fajną dziewuchę) lub kiedy naprawdę nie mam aktualnie na co przeznaczyć dwudziestu pięciu złotówek. Gdyby często pisali do mnie znajomi, czego nie robią, pewnie nie podawałbym swego numeru przy podpisie, ale skoro leży on - telefon, nie numer - tak smutno i zbędnie, blokując te kilka kwadratowych centymetrów na biurku, przyda się przynajmniej do zawiadamiania mnie, że komuś wybitnie odpowiada/nie odpowiada mój tekst bądź przedstawione w nim opinie.

Wracając do cell telefonów. Ostatnio przeczytałem poważne artykuły i felietony o przyszłości z omawianymi tutaj elektronicznymi zabawkami (dżizys, naprawdę poważne). Szanowani publicyści omawiali przydatność i przeważające plusy minusy ich użytkowania. Trochę poniosła ich fantazja, gdy zaczęli bawić się w proroków, i właśnie to było moim motywem do wypowiedzenia się na ten, jakże istotny, temat.
Dla mnie jest to wynalazek, jak, powiedzmy, sztuczna szczęka - przydatny mniej lub bardziej. U mnie w każdym razie się marnuje.

 

*Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
http://www.sianow.kw.pl/
511969234