Trochę mi się nie ułożyło

Brak Internetu w domu zmusza mnie do wycieczek do kawiarenki, lub tez oszukiwania na informatyce celem przejrzenia poczty, swoich for, lub wysłania tekstów do AM.

Kafejka stosunkowo blisko szkoły, toteż wielkiego problemu nie ma. Jakoś leci.

Najbardziej jednak nie lubię, kiedy muszę czekać aż otworzą tę pieprzoną kafejkę.

10:15, sobota. Cafe powinno otwarte być od kwadransa. Zamiast tego marznę. Obok mnie banda małoletnich maniaków Tibii, którzy chyba zamiast lodów wolą kupić sobie kolejną godzinkę. Po mojej prawie pewien grubawy, choć wysoki chłopak, na oko lat dwadzieścia parę. Chodzi w te i we wte, ścieżkę zdrowia już wydeptał ze dwa razy. Cóż, może tak walczy z zimnem, myślę sobie i nie przejmuję się nim, skupiając na tym, aby nie odmarzły mi palce.

 10:20. Nadal czekamy. Zastanawiam się, co zrobię kolesiowi jak już przyjedzie. Ciekaw też jestem, co zatrzymało go tak długo. Pieprzony frajer pewnie leży w łóżeczku, a klientela się denerwuje i marznie. Wiadomo, jak coś idzie nie po naszej myśli, to najchętniej rzuca się mięsem na wszystko.

Kolega po lewej. Przyglądam mu się. Pierwsze, co rzuca się w oczy to typowo ziomalski strój. Typowy przedstawiciel słuchaczy hip hopu z gorszej dzielnicy. W bramie bym go nie chciał spotkać, zwłaszcza po oblukaniu jego muskulatury i masy szyi. O ile on miał szyję.

Uwagę przykuły jego oczy. Były mętne, jakby nieobecne.

Nie miałem ochoty na konwersację. Z nikim. Są po prostu takie chwile, kiedy wszystko człowieka wkurwia i jakakolwiek próba nawiązania kontaktu przez kogokolwiek innego kończy się zazwyczaj spektakularną klapą.

 A już na pewno nie chciałem rozmawiać z tym gościem. Mam wielu kumpli, który wyglądają podobnie do niego. Ba, nie pomyślelibyście, jacy to inteligentni kolesie. Z mętami się jednak nie przyjaźnię, najwyżej dla spokoju na dzielnicy i względnej reputacji zamienię kilka słów i udam radość na ich widok. Wszystko.

Dlatego z tym gościem nie miałem zamiaru zaczynać dyskusji. On to zrobił. Podszedł do mnie tym swoim chwiejno- bujanym krokiem (tez tak robię, ale ja czynię to z klasą :P ) i zagaił rozmowę. Pewnie zbyłbym go jakimś uszczypliwym komentarzem, gdyby nie jego masa. Póki co,starałem się być grzeczny:

-Kurewsko zimno- zaczął kulturalnie konwersację, pocierając ręce i ruszając się po półkolu. Wydałem z siebie dźwięk, który można było zidentyfikować jako „hhmm” i to było wszystko, na co było mnie stać. Jak już pisałem, nie miałem ochoty na rozmowę.

-Dawno nie było tak kurewsko zimno- kontynuował. Pespektywa samotnego kontemplowania panującego mrozu widocznie mu nie odpowiadała, albo ja po prostu miałem pecha.

-Faktycznie- wydobyłem z siebie wyraz, ale nadal jedynie sporadycznie zerkałem na niego.

Ubrany był jak żul spod bramy. Dresik z targu, łańcuch zapewne podrabiany, komóra w kieszeni (oblekałem go jak rasowy złodziej ;) ). Był czysty, nie waliło od niego alkoholem, ale widać było lekkie zaniedbanie, brak ładu i spojrzenia w lustro przed wyjściem. W każdym razie nie odpychał od siebie.

-Palisz?- spytał. Zaprzeczyłem ruchem głowy.

-Pijesz?

Tym razem potwierdziłem. Nie piję za dużo, ani za często, ale jego pytanie nie było aż tak sprecyzowane.

-Luz- mówił, najwyraźniej łapiąc się tego tematu- A co najchętniej pijesz? Ja kurwa, wprost uwielbiam Kasztelana. Jest wyjebany.

Recenzja po prostu zajebista, używając jego słów, nie przyznacie? Ci od kasztelana już powinni się cieszyć. Postanowiłem, uznawszy ostatecznie gościa za nieszkodliwego trochę sobie poużywać.

-Piwa, to ja używam do płatków zamiast mleka. Dla mnie liczy się tylko wódka.

Był to oczywiście cytat, ale nie sądzę, aby kiedykolwiek się zetknął z tą sentencją. Nawet, jeśli ma Internet, to prędzej przegląda porno niż porządny komiks internetowy o miejscu, do którego nigdy nie trafi (nie będę robił reklamy, zwłaszcza, że wyżej wspomniany komiks powoli schodzi na psy).

-Zajebisty jesteś koleś- roześmiał się tym swoim tubalnym, zachrypniętym i wodotryskowym głosem (to od wydobywania się śliny przy każdym słowie). Widać spodobała mu się moja elokwencja.

Na chwilę zapadło milczenie.

-Gdzie mieszkasz?

-Wiejska- skłamałem oczywiście, jak zawsze.

-A znasz [kilka ksywek]?

-Pewnie, że znam- odparłem z przekonania.

-Dziwne, są z drugiej części miasta- zdziwił się i zrobił wyraz w domyśle będący oznaką niedowierzania..

-Mam szerokie kontakty.

Koleś łykał każde kłamstwo, jakie chciałem mu wcisnąć. Gdybym mu powiedział, że przeleciałem jego matkę też pewnie by uwierzył bez wahania.

-Nie zgadniesz, co mi się wczoraj kurwa przydarzyło- powiedział niemalże z triumfem, pociągając nosem raz za raz. Zauważyłem, że ma zaczerwienione i popękane naczynia krwionośne.

-Nie zgadnę- zgodziłem się z nim. Spodziewał się zapewne pytania, ale i ta odpowiedź pozwalała mu na kontynuowanie.

-Trafił mi się wczoraj zajebisty towar. Prosto z granicy. Nie to polskie gówno, mieszane przez pierdolonych jebańców. Czyściutkie gówno z Niemiec.

Przez chwilę nie skapowałem, o co chodzi. Skąd miałem skapnąć? Nie interesuje mnie czystość towarów przygranicowych, zwłaszcza takich.

-Jaki towar?- spytałem w końcu.

-Amfa- odparł, a mętne oczy prawie mu się zaświeciły- Najlepsze gówno, jakie miałem okazję wziąć-znowu pociągał nosem, a ja zrozumiałem, skąd ten katar.

Ten gość brał narkotyki. Nie był typowym przykładem zatraconego narkomana, jakiego widzimy na filmach. To był zwykły chłopak. Polski narkoman na polskich warunkach.

Nie żeby mi to przeszkadzało. Mieszkając na takiej dzielnicy jak moja ma się z „towarem” styczność niemal bez przerwy. Zazwyczaj są to lekkie narkotyki, jakaś ekstaza, marihuana, albo jakieś inne mieszane gówno. Na każdym kroku, jeśli tylko odpowiednio wyglądasz i ma za ciebie, kto poręczyć możesz kupić narkotyki.

Zawsze możesz też dostać wpierdol, jeśli okażesz się jakimś szpiclem, donosicielem, itp. Jeden spróbował. Skończyło się przeprowadzką.

Będąc, więc doświadczony w kontaktach z ludźmi na haju postanowiłem wybadać kolesia.

-No i jak było? Dobry towar?- spytałem luźno, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.

-Zajebisty- odparł bez wahania. Po chwili jednak dodał- Wiesz, wziąłem tylko taką ścieżkę- pokazał mi palcami jej domniemaną długość-, Bo to był pierwszy raz.

Od tej chwili zaczął się uzewnętrzniać.

.-Wiesz, dostałem tę ścieżkę od kumpla, kompletnie za darmo. Wpadł i mi dał, za darmo, bo mówi, że zajebiste i że powinienem próbować- trochę trudno było go zrozumieć, gdyż nieustannie pociągał nosem i do tego seplenił- Do tej pory paliłem tylko trawkę. Wciągnąłem Se jednak, wiesz tak żeby spróbować. Ja nie biorę więcej, chciałem tylko zobaczyć jak to jest, wiesz- tłumaczył się.

Widać było, że chciał się wygadać. Nosiło go trochę  

- I jak było?- spytałem uprzejmie. Ciekawiło mnie dość. Jako, że sam nie biorę muszę się zadowolić substytutem, jakim są relacje innych. Inna sprawa, że jeszcze się z negatywną nie spotkałem. Szczegół.

-Wykurwiście. Jak tylko wziąłem, poczułem taką zajebista fazę jak nigdy. Nie mogłem usiedzieć w miejscu. Łaziłem po całym Włocławku. Jak już wróciłem do domu, to całą noc nie mogłem spać, takie to kurwa było mocne.

-Jeszcze do dziś cię nosi- wtrąciłem się.

-Żebyś kurwa wiedział. Wykurwiście mocne. Zajebiste. Po prostu kurwa świetny towar. Widać, że nie jakieś gówno mieszane, tylko czysta amfa.

-Cieszy mnie twoje szczęście- odparłem, ale chyba nie dosłyszał. Możliwe też, że nie wiedział, co powiedzieć. Nie zachowywałem się jakoś po ziomalsku, ale chyba nie było źle. Wolałem zgrywać gościa z dystansem, niż próbować szpanować. Nie wiedziałem, co takiemu odbije, choć zachowywał się…sympatycznie. Naprawdę, nie wzbudzał jakiejś odrazy. Był pocieszny, bawiła mnie ta gadka. Tacy ludzie są nieszkodliwi dopóki się ich nie denerwuje.

-A ty paliłeś kiedyś trawkę?- zadał mi kolejne pytanie.

-Tak- odparłem tym razem prawdę. Tak, przed całym Action Magiem przyznaję się, że zdarzyło mi się w gimnazjum kilka razy spróbować jak to jest. Powodów było kilka: ciekawość, presja otoczenia i inne pierdoły. Było, minęło.

-Podobało się?

-Nawet- odparłem, co zresztą też się stuprocentowo zgadzało z faktami.

-No widzisz. Amfa jest sto razy lepsza. Daje ci takiego wykurwistego kopa, że kurwa nie wiesz co się dziejesz. Masz kurwa zajebistą siłę, możesz po prostu kurwa wszystko. Kurwa, rozumiesz że wczoraj wieczorem jak wziąłem te ścieżkę to babci wniosłem na czwarte piętro 4 tony węgla w workach stukilowych? Taką kurwa miałem siłę.

To musiała być ściema. Worki musiałby być o połowę mniejsze, ale i tak był to imponujący wynik, wliczając te niezłe kłamstwo. Nie żebym mu nie wierzył. Dowodów na rzekomą moc amfy było sporo, choćby w necie, i ja nie miałem podstaw temu zaprzeczać. Inna sprawa, co się później dzieje z człowiekiem.

-No i co teraz? Zamierzasz dalej brać?- spytałem go się z czystej ciekawości. Popatrzył na mnie jak na idiotę.

-Zwariowałeś? To był kurwa, jednorazowy wyskok. Nie chcę se zjebać życia, chciałem se tylko spróbować jak to jest.

Jasne, pomyślałem. Ale nie skomentowałem na głos.

W tym momencie przyjechał gość od kafejki. Złość mi minęła, więc zapłaciłem a godzinkę. W czasie tej godziny zamieniłem kilka słów z gościem i wyszedłem.

Spotykam go odkąd na mieście, kiedy idę jego dzielnicą. Witam się z nim i jego kolegami. Zawsze kilka osób mniej, które dadzą ci w mordę w ciemnym zaułku. Zawsze patrzę na jego oczy. Są mętne, a nos zaczerwieniony i popękany. Ze smutkiem patrzę, że świat traci kolejnego człowieka. Dobrego człowieka.

Rozmawiałem z nim. Widziałem go. Gdyby wychowywał się w innych warunkach, to wierzę, że wychowałby się na dobrego człowieka. W takiej sytuacji materialnej i środowiskowej, jakiej dane mu było żyć nie miał innego wyjścia. Musiał być albo outsiderem, albo narkomanem. Nie miał wyjścia, to presja otoczenia. Wybrał to drugie. Kto wie, może wybrałbym to samo. Może jego dzielnica jest gorsza od mojej, na której udaje mi się balansować pomiędzy. Może on na moim miejscu postąpiłby inaczej, a ja na jego jeszcze inaczej. To tylko gdybanie.

Nie mogę myśleć o nim z pogardą. Wiele osób, którym o tym spotkaniu opowiadałem wyśmiewało się z niego. To byli inteligentni ludzie, a śmiali się jak niedorozwinięci. Szydzili z niego. Niektórzy byli przypadkowymi słuchaczami, część należała do grona moich przyjaciół. Wiecie co? W tamtym momencie większy szacunek żywiłem dla niego, niż dla nich.

To jego życie. Robi z nim to, co zostanie mu niejako narzucone, wymuszone na nim, przez perswazję, zmuszenie, własną ciekawość. To nie my sterujemy swoim losem. Nie Bóg na jakiejś pieprzonej chmurze wiszącej sobie na skraju świata i patrzący na to, jaki pierdolony burdel wytworzył. Nie my, którym wydaje się, że sami podejmujemy decyzje. Steruje nami świat. Możemy się mu albo podporządkować, albo zginąć. Wszystko, co zrobimy w życiu należy w większości od tego, jak wpłynie na nas suma czynników takich jak geny rodziny, środowisko, charakter nas i innych i kupa innych. Od nas zależy najmniejszy procent tego wszystkiego.

Dlatego właśnie on ma tak przejebane. Nie przytoczę jego imienia. Niech nie kojarzy się z konkretną historią konkretnego człowieka. Ona mogła spotkać każdego z nas. Dlatego tak mu współczuję i nie potrafię wzgardzić tym zniszczonym, dwudziestoparoletnim człowiekiem, chociaż tak bym chciał. Chociaż wtedy byłoby mi łatwiej zobojętnieć, odżegnać się od tego, co mi się przydarzyło.

To prawdziwa historia. Prawdziwa jak każda, którą napisałem. Najlepsze scenariusze pisze samo życie. Najlepsze arty także.

 

                                                Artur „ZoltaR” Jabłoński

                                                ballinboy@o2.pl

 

Jeszcze numer temu znany jako JaCeN

 

PS 1: Angel Martinez- If I could go.

PS 2: Moss Def, Common, NAS, Eminem. - artyści, których polecam.