Still standing

 

Skończyłem się. Ot tak, po prostu, najzwyczajniej w świecie. Skończyłem się i nic na to nie poradzę. Mógłbym się drzeć, zapierać paznokciami i innymi częściami ciała, ale właściwie po co? Źle mi z tym? Nigdy nie miałem większych aspiracji, a to, czego już dokonałem, napawa mnie niebywałą dumą. Dumą. Duma. O tak. To jest coś. Jakże pozytywne uczucie. Dla mnie, bo duma jest dla mnie. Ona nie może istnieć samodzielnie, obok. Albo w kimś innym - wtedy nie będzie już dumą, a zwyczajną zazdrością. A zazdrość... no, ta to dopiero jest denerwująca. Jak cię dopadnie, to już nie popuści. Będzie trzymać i trzymać, aż do końca... no właśnie, końca czego? Żywota ludzkiego? Ale mi się fajnie rymnęło :) Śmierć jaka jest, każdy widzi. Nie, Andrzej nie jest śmiercią. Tzn. j e s z c z e nie jest. Bo kto tam wie, co w jego głowie siedzi? Dzisiaj smaży Peryskopy, trafne polemiki, to może jutro wparuje na uczelnię z karabinem w dłoni i rozpieprzy to wszystko w drobny, zakrwawiony maczek, bo skądś trzeba brać pomysły na kolejne arty, nieprawdaż?

Skończyłem się, ale przecież wiem, że to nieprawda. Jeśli się skończyłem, to albo mnie nie ma (tylko kto wtedy pisze ten tekst?), albo się od nowa z a c z ą ł e m (wtedy znowuż brakuje arta „pomiędzy”, jeden powinien być o końcu, drugi o początku, trzeci między tymi dwoma, bo skoro nie istniałem, to pisząc arta o własnym nieistnieniu musiałem już istnieć, ale jeżeli jeszcze nie zacząłem się od nowa, to jakim cudem... no, wiecie, o co mi chodzi). Dla ułatwienia przyjmijmy więc, że jestem teraz skończony, ale tak... nie do końca. Taki trochę niedoskończony. (Word zinterpretował mi to słówko jako błąd, ci ludzie z Microsoftu to się naprawdę na niczym nie znają, a już na pewno nie na prawdziwej Sztuce.)

Więc jestem skończony (prawie). Co czuję? Nic specjalnego. To, co dwie minuty wcześniej i pewnie też później, bo aż tak szybko nie piszę. To byłby kolejny paradoks, skończyć pisać jednocześnie ciągle miarowo uderzając w klawisze. Ale w końcu świat jest ich pełen (paradoksów, klawiszy zresztą też). Moja krew na czarnym Maybachu. Krew to nie krew, a Maybach to nie samochód, nazwa klawiatury jedynie. Chcielibyście, żebym był stygmatykiem i pisząc kolejne teksty tryskał krwią (bo radością to już chyba nigdy nie będę)? Jasne, że byście chcieli. Tylko się do tego nie chcecie przyznać. Szukacie przecież taniej sensacji, jedynie złotówka i już macie kilka stron o aktorce uwikłanej w kolejny romans. Wiecie, że żeby być uwikłaną w romans wcale nie trzeba wychodzić z domu? Wystarczy jakieś zdjęcie z widzianą raz w życiu osobą sprzed pięciu lat. A Fak(t)ajcie się wszyscy!

W dalszym ciągu jestem skończony, pewnie zauważyliście, że w poprzednim akapicie zaczęło mi już brakować pomysłów. To może napiszę, co zwiastowało mój koniec, żebyście wiedzieli wcześniej i na swój własny koniec mogli się przygotować. Otóż jest kilka czynników, które mogą, chociaż wcale nie muszą warunkować przyjście końca. Są to:

-Barbórka

-Witamina C w dużych ilościach

-Brak poczucie humoru i zdolności dostrzegania ironii w Wyjątkowo Złośłiwych Tekstach Których Nikt Poza Pewnym Autorem Nie Rozumie

-Nietrzymanie kciuków za Adasia Małysza (co najmniej karalne)

Jak więc sami widzicie, koniec może was złapać dosłownie wszędzie. Raz skończona osoba w zasadzie nie ma już prawa powrotu do świata żywych, przysługuje jej jedynie pożegnalny tekst, który koniecznie musi mieć angielski tytuł, tak, żeby się wydawało, że piszący zna obce języki i potrafi je fantastycznie wkomponować w rodzimy krajobraz. Bo przecież gdyby ów piszący zdecydowałby się ciągnąć eksperyment lingwistyczny i zastosować obcy język w całym arcie, to:

a.) 99% czytelników wcisnęłoby „wstecz” w przeglądarce

b.) piszący narobiłby mnóstwa błędów, które skutecznie zraziłyby do niego pozostały 1% czytelników

Podana przeze mnie wartość 99% wzrasta o jeden punkcik procentowy w przypadku, gdy autor wybiera język koreański, chiński lub podobne, a zwłaszcza gdy postanawia je przemieszać.

Skończyłem się. Możecie mnie pocałować w combo. Śmieję się. Brechtam, skaczę i upadam na błoto (dzisiaj). Nie tylko czasami, zawsze z procentami, gardząc rymami. Koniec tekstu zamierzony, głupota powszednia i niezrozumiała dla studentów, matek karmiących i innych dziatek/swatek.



Tuxedo

tuxedocomen@poczta.onet.pl

P.S. Zyziu: nie oglądałem Dragon Ball’a, ale podobało mi się. Jak jasna cholera. Zawsze mi się podobało, twierdziłem jedynie, że potrafisz lepiej. I nie pomyliłem się :)

P.P.S. The Rasmus. A myśleliście, że skąd wziąłem taki wypasiony, obcojęzyczny tytuł?

P.P.P.S. Kryptoreklama