Tytuł dajcie sami
Bo lubisz, kiedy cię rozśmieszam. Bo ciągle się zastanawiasz ile jeszcze mogę znieść. Bo patrzysz na mnie i nie widzisz tego, czego ja nie chcę widzieć. Bo znasz mnie lepiej, niż ja sam i z nieukrywanym lękiem wyczekujesz, gdy w moich oczach pojawia się znajomy błysk.
Mozaika układa się bardzo długo. Właściwie jedynym jej plusem jest to, że układa się sama. My musimy tylko żyć. Ja, wszyscy. Myślę, że moja dopiero zaczyna się kształtować. Minie jeszcze sporo czasu, zanim będzie gotowa dołączyć do innych. Stworzenie. Niewyobrażalne, bezkresne. Kilka zdań od każdego, po trochu, po woli. Po trzebne.
Zatracacie się w czymś, czego nawet nie potrafię nazwać. Stwierdzenia są albo zbyt dosadne, a przecież nie chcę nikogo urazić, albo nie oddają tego, co chciałbym przekazać. No tak, ale wy znowu nie będziecie wiedzieli, o czym właściwie piszę. A może ktoś podejmie się napisania solucji? Bo interpretowanie własnych tekstów chyba jednak zakrawa na lekką paranoję...
Machamy. Papatki. Buziaki, na dobranoc, trzymaj się, Misiek. Czemu tak to przerysowujesz? Zdrabniając słowa zdrabniasz mnie. Rozkruszasz na miazgę której potem nie mogę pozbierać do kupy całymi miesiącami. Czy ja obwiniam? Nie. Mówię tylko, jak jest. Cholera, może i niepotrzebnie. Może w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym ludziom. Ale jak nie im(wam), to komu(jej)?
Kpię sobie tylko. Kpiłem wtedy, gdy minuty płynęły, operator zacierał ręce, a my nie powiedzieliśmy ani jednego słowa. Kpiłem wtedy, gdy udałem, że nie widzę uśmiechu mijającej mnie szybko postaci. Kpiłem, gdy wyobrażałem sobie, że jej się po prostu coś zabawnego przypomniało, że to nie ze mnie. Naiwny bałwanek z mnóstwem śniegu na spodniach, narciarz jakiś. A przecież ja nawet nie umiem jeździć.
Wiara, nadzieja, miłość. Pizza, cola, hamburger. Substytuty są o tyle fajne, że za stosunkowo niewielką cenę możesz przez chwilę poczuć się jak król. Rower, worek, ławeczka. Co kto lubi, mnie tam do ćwiczeń nieśpieszno. „Jeszcze wierzę w nadzieję na miłość” - chyba najkrótsze zdanie z trzema cnotami. Albo jeszcze krócej - „Miłość wierzy w nadzieję”. W co ja wierzę?
Kiedyś wydawało mi się, że w Boga. Potem mi się odwidziało, dorastałem, okres buntu i te sprawy. Dzisiaj wiem, że wiara jest potrzebna każdemu. Ale do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy - tak mówią. Zacząłem wierzyć w ludzi. Sprawdzało się lepiej-gorzej, ale zawsze jakoś. Jak oś. Łoś. Jak łoś. No, tak się właśnie sprawdzało. Kiedy zdałem sobie sprawę, że zaczynam odczuwać dumę z mojego ateizmu, postanowiłem zrewidować swoje poglądy. Okazało się, że nie chcę umierać. To znaczy nie chcę, by śmierć była końcem. Nie, nie kłóci się to z moimi, hm, domysłami, ale jeśli oni jednak mają rację? Jeśli nie klękając miesiąc w miesiąc przed konfesjonałem bezpowrotnie tracę szansę, że tak powiem, życiową?
Czasami optymizm wychodzi z pesymizmu. Pisząc aż nadto „czarno” sprawiam, że ludzie parskają śmiechem. A ja tylko chciałem, żeby zastopowali chwilę. Żeby zdanie nie było tak oczywiste, jak statystyczna „Ala z kotem” czy inna Zuzia nieduzia. Im więcej chaosu w tekście, tym lepiej. Im więcej o w tekście o nim samym, tym gorzej. Taka (pół)prawda. Zaprawdę, biedny to kraj, w którym domorośli poeci próbują swoich sił i odrzuceni mszczą się kilkoma tysiącami znaków.
Już dwa razy chciałem skończyć, brnę jednak dalej. Byle tylko się udało, byle tylko zaakceptowali, zrozumieli - albo udali, że rozumieją. Potrzebujemy tego. Bardziej, niż nam się wydaje, bo jeśli tak nie jest, to po co te tłumaczenie w stylu „I tak mi nie zależało”?
Boję się, wprost proporcjonalnie do upływającego czasu. Jeszcze tylko kilka miesięcy i będzie trzeba coś ze swoim życiem zrobić. Gdy coś zaczyna przytłaczać, przerażać, wtedy nie ma miejsca na bunt. Jest już tylko nerwowe wyczekiwanie i próby szukania oparcia we wszystkim. Nie zawsze udane, w końcu co by to było za życie ciągle na poziomie „easy”?
Tyle się mówi o dorastaniu, a czy można „przerosnąć”? Czy chęć posiadania rodziny w wieku dziewiętnastu lat jest najzupełniej normalna? Czy tak samo „normalne” jest ganienie kogoś za to samo? Krytykowanie czyjejś matki tylko za to, że doradza swojemu dziecku jak najszybsze zamążpójście? I wreszcie czy jest takie mówienie o ślubie w przyszłym roku, najdalej za dwa lata z „kimś” o sześć-siedem lat starszym, ale jeszcze nieokreślonym? „Bo chłopak jest w tym samym wieku, taki dziecinny jeszcze.” To na cholerę z nim łazisz?!
Wbrew pozorom nie zawsze piszę o sobie. Wbrew poprzedniemu zdaniu zwykle tak jednak robię. To wszystko pozory, każdy ma własny rozum i każdy ma też do dyspozycji przycisk „wstecz w przeglądarce”. Zwykło się o nim pisać na początku, dzisiaj jednak jestem wyjątkowo paskudny i dopiero teraz uświadamiam nielicznym, że już dawno mogli się wyłączyć z mojego myślotoku. Bo warto.
Czyńcie pokój, nie wysyłajcie dzieci do Iraku, nie wycofujcie wojsk, bo to niekonsekwencja cholerna, głosujcie na „przebrzydłych liberałów”, a najlepiej sami startujcie, nie kupujcie nieświeżych rożków z serem i nie popijajcie ich mlekiem smakowym, nie olewajcie szkoły i własnych matek, nie próbujcie udowodnić, że jesteście lepsi - bo nie jesteście i wreszcie zapomnijcie o tym, że kiedykolwiek zrobiliście coś źle. Tak jest łatwiej.
Tuxedo