N U M E R :
3
luty 2006


kontakt

| poprzednie - spis treści - następne |      
Strona - 21 - ANNIHILATOR...

ANNIHILATOR - In Command

Ech, jakież to były piękne dla muzyki czasy... Całe lata osiemdziesiąte, początki thrashu, blacku, defu i innych takich wesołych gatunków muzycznych. Wszystkie Sodomy, Kreatory, Death, Slayer, Deicide (Amon)... Lata dziewięćdziesiąte to w dużej mierze kontynuacja tego, co się działo dekadę wcześniej, lecz coraz więcej pojawia się kapel, jak to mówią, pozerskich.

Moda na nowoczesne granie staje się powszechna i dalszą część tej historii znacie. "In Command" klasyków thrashu, czyli Annihilator, to takie przejście z jednej dekady w drugą. Spokojnie, spokojnie, nie za sprawą muzyki oczywiście to przejście następuje. Album ma bowiem mistyczny podtytuł, który brzmi "Live 1989-1990", czyli stanowi takie podsumowanie minionego dziesięciolecia. Muzyka to jednak tradycyjny i klasyczny thrash metal, na brzmienie którego orgazm nadciąga, a liczba 80 miga przed oczyma.

Jeszcze wspomnę w tym miejscu, że te ciule z MMP są profesjonalni do bólu: okładka i wkładka walą pikselozą, że aż oczy bolą, a we wkładce, zamiast info o Annihilator i albumie, jest wkładka z Artension "Into The Eye Of Storm" (i nawet logo Shrapnel Records), także o składzie kapeli wam zbyt dużo nie napiszę, niestety. Że jednak pod względem muzycznym album będzie zajebisty, pozwala przypuszczać sam początek, gdy wokalista ryczy kwestię "Are you ready for fuckin' thrash New York!?!", która to kwestia spowodowała u mnie niezdrowe podniecenie.

Na "In Command" składają się zapisy dwóch koncertów, z Nowego Jorku (11.11.1989) i San Antonio (2.11.1990), przy czym całość jest tak fajnie poskładana, że np. "Alison Hell" się powtarza (w sumie "W.T.Y.D" też, ale to wiadomo czemu). Jak gra Annihilator? Czadowo, o tak! Wokalmen krzyczy i ryczy, aż miło, pałker traszuje bardzo rytmicznie i dynamicznie, no a wioślane partie są rewelacyjne.

Wyróżniłbym kawałki takie, jak "W.T.Y.D.", "Alison Hell", "Never Neverland", "Sixes And Sevens" czy nawet "Wicked Mystic". Oprócz kawałków Annihilator, jest na "In Command" fajny kower ACePiorunDeCe, czyli "Live Wire". Muza, jak przystało na thrash metal z lat osiemdziesiątych, jest przebojowa i dynamiczna, a także zagrana z jajem, co wszyscy lubią. Zresztą stary thrash (nowy na ogół też) kopie. Jak mi się będzie chciało, to wam recki Anthrax (madafaka, "Fistful Of Metal"!!!), Megadeth, Overkill albo Assassin napiszę, ale ja wiem, że wy wolicie słuchać zestawu Ozzy + Limp Bizkit + Iron Maiden + Nightwisz + cała masa gejostw.

Jakby się kto rzucał, to Ozzy i Ironi nie są gejowscy, ale Nightwish, LB i gówno w tym typie jak najbardziej. Podsumowując, Annihilator gra bardzo fajnie, idealnie do pomachania główką, z jajem i rokendrolem. Fajniej brzmi druga część koncertu (ta z San Antonio), ale to tylko takie moje małe spostrzeżenie, z którym pewnie nikt się nie zgodzi. No to tyle, ocena byłaby wyższa, ale wydanie jest zdupczone. No cóż, MMP. Bang Your Head!

Autor:Nick Fury (dawniej MORT) 

    | poprzednie - spis treści - następne |
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)