N U M E R :
3
luty 2006


kontakt

| poprzednie - spis treści - następne |      
Strona - 10 - Teatr marzeń...

Teatr marzeń - relacja z koncertu Dream Theater

Wystarczy pójść na jeden koncert rockowy, by się uzależnić. Raz nabierzesz w płuca tego powietrza, przesyconego woniami potu, piwa i papierosów, raz zobaczysz ten młyn pod sceną, nawet nie biorąc w nim udziału, raz popatrzysz na ludzi, którzy płyną dwa metry nad ziemią, unoszeni na rękach innych, by po chwili zanurzyć się w ten tłum głową do dołu i pomachać jeszcze glanami na pożegnanie, nim dotkną podłogi, raz dostaniesz w zęby łbem pogującego przed tobą fana, który potem jeszcze nadepnie ci ciężkim butem na nogę, raz zedrzesz głos przez śpiewanie i stracisz na parę godzin słuch przez nagłośnienie i nie ma już dla ciebie ratunku. Już zawsze będziesz chciał przebywać w takich miejscach i w takim towarzystwie.

Do niedawna nie wiedziałem, co tracę. Dopiero w maju, będąc w Łodzi u mojej cudowniejszej połówki, miałem szansę odwiedzić z nią tamtejsze juwenalia. To wystarczyło. Najpierw zobaczyłem w akcji Sweet Noise, która to kapela udowodniła, że na żywo gra o wiele, wiele lepiej, niż w studiu. Może to dlatego, że dzięki głośności instrumentów nie było zbyt dobrze słychać banalnych (choć przesłanie jest w porządku) tekstów Glacy? A może dlatego, że show był naprawdę niezły, a muzyka typowo koncertowa. W sam raz do rzucania głową. Co nie znaczy, że ja rzucałem:) Wolałem sobie posłuchać, bo grali świetnie, co po płytach w rodzaju "Czasu Ludzi Cienia" niej jest znowu takie oczywiste. Ale darujmy im, w końcu ich lubię. Poza tym przydałoby się w kocu przejść bliżej sedna. Ale ponieważ nikt nie stoi teraz nade mną i nie pieprzy mi nad uchem, żebym się streszczał, usatysfakcjonuję moich wiernych fanów, którzy po mej długiej nieobecności w AM zdążyli juz zapomnieć, co to jest ten doorshlaq, i będę wyrabiał 300% normy. Moje teksty będą jeszcze duższe i jeszcze nudniejsze. Co mi tam. Zaś wracając do koncertu: i tak częściej patrzyłem na piękną dziewczynę stojącą obok mnie, niż na ryczącego do mikrofonu brzydkiego Glacę i innych brzydkich panów latających po scenie. Miedzy innymi dlatego występ tak mi się podobał:) A po Sweet Noise grał - jak zwykle genialny - Kult. Mogłem razem z Kazikiem i ponad tysiącem osób ryczeć tekst "Baranka", skakać przy "Gdy nie ma dzieci", fałszować ukochanej do ucha refren "Do Ani" (biedna dziewczyna) i cieszyć się, że wykonali też "Arahję". Coś wspaniałego. Koncert opuściłem jako nałogowiec tej atmosfery. A trzy miesiące później byliśmy na Przystanku Woodstock w Kostrzynie nad Odrą. TAKIEGO klimatu nigdzie indziej po prostu nie ma. Ale o tym napiszę innym razem. To co, że to było w sierpniu? Za bardzo za tym tęsknię, żeby o tym nie opowiadać. W 2006 roku też będziemy na Przystanku. Już na kazdym będziemy. Ciekawe za to, kiedy trafi się okazja, by ponownie zobaczyć i usłyszeć na żywo tak niesamowite zjawisko, jakim jest Dream Theater...

Trasa promująca album "Octavarium", kolejne arcydzieło grupy, była zapowiadana już ładnych parę miesięcy temu. Od dawna było wiadomo, że odwiedzą drugi raz Polskę. Jednak nie rozważałem, czy uda mi się obejrzeć ich poznański występ. Wydawało się to - ze względów finansowych - raczej niewykonalne. Ale w sierpniu, dzięki urodzinom mojej cudnej, pieniądze się znalazły. Można było zamówić dwa bilety i zacząć odliczać dni do 4 października. Świetnie było mieć świadomość, że TAKI koncert jest coraz bliżej, choć wiązało się to także ze straszliwym i przytłaczającym faktem, że będę zmuszony opuścic dwa dni w szkole, by wyruszyć do Poznania. Sami przyznacie, że to prawdziwy szekspirowski dylemat: oglądać występ jednej z najwspanialszych grup na świecie w towarzystwie najwspanialszej dziewczyny na świecie, czy spędzić pouczające godziny lekcyjne razem z paniami od rosyjskiego i matematyki oraz klasą półmózgów. Trudny wybór, zwłaszcza że od dawna napalałem się na naukę o rzeźbie staroglacjalnej i fałdowaniu hercyńskim, które to tematy stanowią moje hobby, a ich nieznajomość przekreśliłaby mą wartość jako człowieka. Cóż, poświęciłem jednak z ciężkim sercem coś tak ważnego, jak szkoła, dla czegoś tak błahego, jak koncert. Jest to kolejny argument dla tych, którzy twierdzą, że muzyka metalowa wypacza charakter młodzieży. Mógłbym, oczywiście, słuchać promującego pozytywne wartosci i krzewiącego odpowiedni styl życia hip-hopu, urozmaiconego i powodujacego głębokie przeżycia duchowe techno albo wyrafinowanego dance'u, ale - o zgrozo - wolę być wypaczony. Z tego (między innymi) powodu świętowaliśmy z moją narzeczoną naszą pierwszą rocznicę właśnie w poznańskiej Arenie zamiast w dyskotece. I nie żałowaliśmy tej decyzji, co może niektórych zaskoczyć (tych mniej inteligentnych niektórych).

Najpierw musiałem sam przebyć pociągniem trasę z Żyrardowa do Łodzi, a kilka godzi później - już nie sam - specjalnie podstawionym busem wyruszyć do Poznania. Podróż minęła spokojnie, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że zapomniałem o Aviomarinie. Żadnych przykrych niespodzianek jednak nie było. Może poza lecącą z głośników muzyką - kierowca widać uznał, że fani Dream Theater pragną przed koncertwm posłuchać RMF FM, w związku z czym po drodze nasze uszy dopieszczane były hitami w wykonaniu Beaty Kozidrak, In-Grid, Moniki Brodki i innych fantastycznych artystów. A przed DT nie grał żaden support, ale po co support komuś, kto przez parę godzin jechał busem z włączonym RMF FM? Rozgrzewka już była.

Poznań widziany przez okna okazał się być pięknym miastem, nawet na najzwyklejszych ulicach. Za to ruch jest tam cokolwiek udziwniony. Ale kto się tym przejmował? Bus zatrzymał się wkrótce na jakimś parkingu. Kilka tysięcy osób w koszulkach DT, Yes, Rush, Pink Floyd i innych progresywnych grup, łażących dookoła, upewniło nas, że trafiliśmy we właściwe miejsce. Jako że do otwarcia Areny zostało jeszcze półtorej godziny, zajęliśmy się pstrykaniem zdjęć. Po wykonaniu kilku zanieślismy aparat do busa, kierowani instrukcją umieszczoną na ładnym, ozdobionym okładkowym motywem "Octavarium" bileciku. Głosiła ona, że na teren imprezy nie można wnosić urządzeń rejestrujących. Jak się później okazało, moglibyśmy równie dobrze wnieść tam kamerę razem z wysięgnikiem, bo i tak nikogo pod tym kątem nie sprawdzano. Ludzie mieli cyfrówki, aparaty i komórki. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej... Trudno. Po odniesieniu aparatu chodziliśmy sobie dookoła Areny (fajnie wygląda, nawiasem mówiąc). W pewnym momencie usłyszeliśmy ze środka znajome takty... Grupa chyba robiła próbę sprzetu. Prawie nic nie było słychać, ale wrażenie było niesamowite. Oni tam byli, oddzieleni od nas tylko ścianami. Byli tam. Chyba wtedy po raz pierwszy w pełni zdaliśmy sobie sprawę, gdzie i po co jesteśmy. Coś niezwykłego.

Ktoś postanowił przez dwa niewielkie wyjścia, obstawione przez kilku bezskutecznie próbujących budzić respekt ochroniarzy, wpuscić do środka pięć tysięcy fanów. W połączeniu z opieszałością strażników spowodowało to długie czekanie wśród coraz bardziej napierającego na plecy tłumu. Goryle pozwalali wejść do Areny maksymalnie trzem osobom naraz, niezbyt uważnie rewidując każdego i odbierając butelki z piciem. Przed drzwiami szybko rósł stos oddartych kuponów i opakowań mineralnej, natomiast wśród oczekujących narastało zniecierpliwienie. Ścisk był niesamowity, a wszyscy parli do przodu. Ochroniarz z groźną miną zapowiedział kary, jeśli ludzie się nie cofną, co zostało skomentowane śmiechem fanów i zatroskanym: "ojej, przeraził nas pan" z ust stojącego niedaleko faceta. My akurat wtedy, 15 minut przed występem, wchodziliśmy do środka... W tym miejscu specjalne pozdrowienia dla jednego gościa z kolejki, który głębokim basem streszczał znajomym wrażenia z koncertu Metalliki i Slipknota. Sposób, w jaki opowiadał o irytujących młodocianych fanach tej drugiej kapeli i w jaki zrecenzował ją pokrótce słowami: "nigdy nie zrozumiem, po cholerę dziewięciu ciuli do wykonywania muzyki, którą zagrałoby dwoje dzieci na cymbałkach", rozśmieszyłby nawet słuchaczy Slipknota.

Sala, w której wszystko miało się odbyć, okazała się być idealna. Odpowiednia wysokość sceny, dobra widoczność z każdego miejsca, dużo przestrzeni i - co wyszło na jaw chwilę potem - świetna akustyka. Ciężko byłoby wymarzyć sobie lepsze warunki. Pod sceną i na ustawionych dookoła sali, niczym w amfiteatrze krzesełkach zaczynała gromadzić się rozgorączkowana publiczność, oklaskując każde poruszenie zasłaniającej to, co najważniejsze czarnej kurtyny i poganiając pracującą ekipę techniczną. Napięcie rosło, a ja byłem tak zafascynowany wszystkim dookoła, ze znowu przestałem zdawać sobie sprawę z tego, po co tam jesteśmy. To wydawało się wręcz nierealne. Może to dlatego opadła mi szczęka, kiedy produkowany przez fanów hałas stał się ogłuszający, usłyszeliśmy pierwsze, niepewne takty otwierającego "Octavarium" utworu "The Root Of All Evil", kurtyna zniknęła, a ja zobaczyłem kilka metrów przed sobą - byliśmy blisko sceny - mojego ulubionego basistę, Johna Myunga. Musiałem mieć ciekawą minę. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Za klawiszami pojawił sie Jordan Rudess, a za zestawem perkusyjnym z uśmiechem machający do widzów, odziany w koszulkę z polskim godłem Mike Portnoy. Kiedy zza kulis wyszedł John Petrucci z gitarą, można było zaczynać. Portnoy usiadł, wystukał początek wspommnianego wcześniej kawałka (którego właśnie słucham - nie mogłem się powstrzymać), a potem na scenie działy się cuda. Wspaniałe, selektywne nagłośnienie wraz z z pierwszym, genialnym riffem zwaliło mnie z nóg. Z zachwytem patrzyłem, jak z zaplecza wybiega James LaBrie, w charakterystyczny sposób machając czupryną, jaką radość sprawia tym facetom muzyka i z jaką wirtuozerią i łatwością wykonują najbardziej skomplikowane fragmenty. Ubrany w dość nietypowe spodnie Petrucci swą grą wpędzał w kompleksy początkujących gitarzystów, Myung w ekspresowym tempie przebierał po basie swymi długimi palcami, Portnoy wyczyniał za bębnami rzeczy nieprawdopodobe z niebywałą wprost lekkością, a Rudess chodził sobie dookoła obrotowej konsoli, z uśmiechem wygrywając pokręcone melodie. I oni to naprawdę grali. Na własne oczy widziałem, że mają tylko po dwie ręce, w co można było wątpić, słuchając z płyt tego, co wyprawiają z instrumentami. Zbliżenie na ręce gitarzysty, widoczne na umieszczonym nad sceną ekranie podczas solówki, spowodowało jeszcze większy opad szczęki. A ja śpiewałem z LaBrie, który nie wydobył z gardła ani jednego fałszywego tonu. Wszystko było perfekcyjne, a jednocześnie żywiołowe. Wystarczyło spojrzeć, z jaką pasją grają, z jakim natchnieniem Rudess wykonuje swoją solową partię, zobaczyć uśmiechy pojawiające się co chwilę na ich twarzach... Bawili się równie dobrze, co zachwycona publiczność. A tuż po tym znakomitym otwarciu przywalili najcięższym i najbardziej technicznym fragmentem nowej płyty, czyli "Panic Attack". Kolejny popis. Kolejny pojedynek Rudessa i Petrucciego na superszybkie solówki, niemożliwe do zagrania przez kogokolwiek innego rytmy perkusyjne, fantastyczny bas... Kto nie widzał, nie uwierzy. Następnie LaBrie zapowiedział, że z okazji 20-lecia zespołu usłyszymy fragment każdej jego studyjnej płyty. Po tych słowach wykonali "Another Won", utwór z czasów, kiedy DT nazywali się jeszcze Majesty. Nie znałem tego, co nie przeszkadzało mi się zachwycać. "A Fortune In Lies" z debiutanckiego albumu kapeli było już bardziej znajome. "Under A Glass Moon" znowu prześpiewałem z wokalistą, ponownie nie mogąc uwierzyć w to, co wyprawia Petrucci. Grał najbardziej ekwilibrystyczne partie z czymś, co można nazwać wręcz nonszalancją. Rudess spokojnie obsługiwał każdą ręką inną klawiaturę. Jedyne, czego można było żałować, to fakt, że nie wybrali z "Images And Words" cudownego "Learning To Live". Ale czy to wada? Zwłaszcza wtedy, kiedy potem słyszy się "Caught In A Web" i "Peruvian Skies"? W ten drugi utwór ponownie zgrabnie wpletli fragmenty "Wish You Were Here" Floydów i "Wherever I May Roam" Metalliki. Coś świetnego. Przed przerwą zagrali jeszcze powalające "Fatal Tragedy" z concept albumu "Metropolis Pt. 2" i dwa kawałki z "Six Degrees Of Inner Turbulence", czyli "About To Crash (reprise)" i "Losing Time/Grand Finale". Po tej porcji zapierających dech w piersiach popisów wszyscy udali się na 15-minutowy odpoczynek. Można było kupić sobie picie, przepłacając za nie trzykrotnie (3 zł za małą mineralną?) i pogadać o wrażeniach. A było o czym rozmawiać. Choć spojrzenia i uściski dłoni, które wymienialiśmy podczas koncertu, mówiły wystarczająco dużo. Poza tym przekazywanie wrażeń było utrudnione ze względu na to, że niewiele słyszałem. Kiedy stoi się niedaleko od głośnika...


Druga część koncertu rozpoczęła się od mocnego uderzenia. Ludzie, którzy się zagapili, a dużo ich było, wbiegali do sali już przy pierwszych dźwiękach "As I Am". Po tym utworze zespół zagrał "Endless Sacrifice", czyli kawałek, do którego mamy dość osobisty stosunek, że o sentymencie nie wspomnę. A wykonanie było niesamowite. Jeden fragment został lekko zmieniony, a Portnoy popisywał się za bębnami. Grał jakieś nieprawdopodobne rzeczy, a w trakcie grania rzucał do fanów pałeczkę, sięgał po drugą, rzucał i tak kilka razy, ani na moment nie przerywając walenia w perkusję i nie zmieniając jego tempa. W tym czasie grał tylko jedną reką. I wcale nie zwalniał ani się nie gubił. Kilka razy było tak, że używał tylko jednej pałeczki, a drugą na przykład wskazywał kogoś w tłumie, coś mu przekazując z szerokim uśmiechem. Oprócz tego grupa stosowała pewien fajny patent: panowie w niektórych chwilach nagle przerywali grę, podczas kilkusekundowej ciszy patrzyli po sobie z wesołymi minami i bez ostrzeżenia zaczynali od dokładnie tego momentu, w którym wcześniej przestali, oczywiście bez najdrobniejszej pomyłki. A ja zdarłem sobie gardło, śpiewając mojej ważniejszej połówce ten świetny tekst. Nie przestawałem śpiewać także przy "I Walk Beside You", po którym mogliśmy usłyszeć piękne i poruszające "Sacrificed Sons", okraszone doskonałym solem Rudessa (który grał w budowniczym kasku, rzuconym później do publiczności). A co potem?

No tak. "Octavarium". Tytułowy utwór z ostatniej płyty. Cudowne, porażające, skomponowane z nieprawdopodobnym rozmachem arcydzieło, pełne tak tekstowych, jak i muzycznych nawiązań do wcześniejszej twórczości DT i innych zespołów progresywnych. Piotr Kaczkowski z radiowej Trójki powiedział o tym kawałku, że takiej muzyki nie było od lat. Miał rację, takie utwory przechodzą do historii. Moim zdaniem jest to jedna z najwspanialszych kompozycji od samych początków rocka i metalu. Usłyszenie na żywo tego monumentalnego, 24-minutowego cuda to coś, o czym można opowiadac wnukom. Najpierw na scenie został sam Rudess i rozpoczął prawdziwe misterium, wydobywając ze swego instrumentu przeraźliwie piękne dźwięki. Na sali było cicho, wszyscy w skupieniu obserwowali przeżywającego muzykę klawiszowca. Po czterech minutach dołączyła do niego reszta kapeli. I nadal na scenie działy się rzeczy nie do opisania. Tyle wirtuozerii, tyle uczuć, niewypowiedziany klimat... Rany, można po prostu wspóczuć ludziom, którzy nie znają TAKIEJ muzyki, którzy nigdy czegoś TAKIEGO nie doświadczają, babrając się w dźwiękach pozbawionych duszy (wiadomo,o czym mówię). To była Sztuka. I koniec porywającego, zapierającego dech w piersiach koncertu najlepszego progmetalowego zespołu świata. Jeśli nie w ogóle najlepszego. Zespołu ludzi, którzy kochają to, co robią. Każdy z nich bierze udział w kilku innych projektach, każdy z nich gra tyle, ile tylko można. Nawet za darmo, jak Petrucci, który parę godzin później dał bezpłatny akustyczny koncert w jednym z poznańskich klubów.

Zaraz... koniec? Jasne, że nie. Fani nie pozwolili grupie długo siedzieć za kulisami. Tupali i wrzeszczeli, dopóki nie doprosili się bisu. Doczekaliśmy się 14-minutowego dzieła "In The Name Of God", zakończonego długą, przepiękną gitarową improwizacją Petrucciego, której brak w studyjnej wersji. A szkoda. Przez większą część utworu i tak byłem zajęty czym innym, niż obserwowanie sceny. Nie napiszę, czym, bo to bardzo prywatne:).

A po tym kawałku usłyszeliśmy "The Spirit Carries On". Pięć tysięcy ludzi śpiewało, że jeśli jutro umrą, to nic złego się nie stanie. Bo dusza nie umiera. Słuchając takiej muzyki wierzy się w istnienie duszy... Na początku tego utworu Portnoy wyjął zapalniczkę, sugerując ludziom, czym mają machać. Tu pozdrawiam stojącego przede mną człowieka, którego zapalniczka, z racji wysokości płomienia, przypominała raczej miotacz ognia. Pośród tych światełek na sali koncert dobiegł końca.

Nie, to nadal nie był koniec. Widownia nie dawała za wygraną. Wątpię, czy gdziekolwiek na świecie tak przyjęto Dream Theater... Pierwsze takty "Pull Me Under", jednego z najbardziej oczekiwanych utworów tego dnia, doprowadziły wszystkich do szaleństwa. Ten riff i refren, stworzone do skakania... Teraz już naprawdę wszsycy śpiewali. A jakiś chłopak za mną tak zapamiętale machał głową, że co chwila czułem jego włosy na swojej szyi. W połowie "Pull Me Under" niespodziewnie przeszło w "Metropolis Pt. 1". "Love is a dance of eternity" - ostatnie słowa ostatniego utworu długo wybrzmiewały w naszych głowach. "Tym razem już NAPRAWDĘ idziemy" - powiedział LaBrie, który tego dnia, jak cała grupa, był w genialnej formie. Panowie sfotografowali się z flagą z napisem "Żary", a potem, przy akompaniamencie puszczonej z taśmy "Deszczowej piosenki" ze starego, słynnego musicalu, zeszli ze sceny. Portnoy na pożegnanie rzucił jeszcze: "Thanks, guys. You were the best fuckin' audience so far". I ja mu wierzę. Aż chciało się odpowiedzieć : "you were the best fuckin' group I've heard so far".

Ciekawe, czy chwaląc publiczność miał na myśli także tych, którzy CAŁY występ przesiedzieli (!) bez ruchu na krzesełkach. Nie trzeba od razu szaleć, ale żeby siedzieć?! I to tak daleko od sceny, że pewnie nawet nie widziało się twarzy i rąk (a to był fajny widok, zwłaszcza przy solówkach) muzyków? Bez komentarza. To i tak jeszcze nic. Niemieccy fani chodzą na koncerty ze stoperami w uszach... To jest dopiero chore. Ale za to oni nie mają takich doświadczeń, jak ja. Ja odzyskałem słuch w pełni dopiero po kilkunastu godzinach. Wcześniej czułem się tak, jakbym uszy zapchane miał watą...

Cudowny, genialny, niezapomniany występ wielkiego zespołu. Prawdziwa Muzyka. Nie mogliśmy iść po autografy, bo trzeba było wracać do busa, ale mamy piękne wspomnienia. Gdy wyszliśmy z Areny, było ciemno. Przyjaźni ludzie dookoła, te gromadki metali i tym podobnych sprawiły, że przez moment poczułem się, jak na Przystanku Wodstock. Brakowao tylko wspólnego powrotu do namiotu. Ale muzyka była w nas, a my byliśmy razem. Wracając busem do Łodzi zasnąłem z głową na Jej kolanach. Piękne zakończenie dnia. A był jeszcze następny. I będą jeszcze dziesiątki tysięcy. Woodstockowa atmosfera ciągle będzie w nas. Muzyka też. Zawsze będziemy młodzi, piękni, szczęśliwi i zakochani. Zawsze będziemy razem. I nie przestaniemy chodzić na koncerty.

Kocham Cię.


PS. Nie, nie umiałem - i nie chciałem - skończyć tej relacji inaczej.

PS2. A ostatnio byliśmy na koncercie Grabaża i Strachów Na Lachy. I można było pośpiewać sobie świetne "Bóg to wie", "Krew płynie z szafy" czy "Miłosną propagandę (kontrabandę?)". Tu już autograf udało się zdobyć:).

PS3. I pozdrowienia dla nieznajomego gościa, który na Przystanku Woodstock, po wyjściu z ostrego pogo, puknął mnie pięścią w moją koszulkę "Train Of Thought" Dream Theater i powiedział: "zajebista płyta". Masz rację, stary. Zajebista:).

PS4. Pozdrowienia także dla fanów DT.

PS5. I dla woodstockowiczów. Górniczo-hutnicza orkiestra dęta robi nam pa-pa-ra-ra!

Autor:Doorshlaq doorshlaq@poczta.onet.pl 

    | poprzednie - spis treści - następne |
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)