| |||||||
| poprzednie - spis treści - następne | | |||||||
Strona - 07 - Metal Union Roadtour...
Relacja z Metal Union Roadtour - 22.10.2005, Bielsko - Biała, Rude Boy Club
Oj, dawno na żadnym koncercie nie byłem. W wakacje z powodu dwóch wyjazdów ominęły mnie koncerty Sceptic i Horrorscope, co trudno mi było przeboleć. Gdy już wróciłem do mego domostwa, owszem, koncerty się odbywały, ale grały tam same punkowe albo regowe kapele, które mnie zbytnio nie pociągały (no dobra, przyznaję, byłem rok temu na Dezerterze, ale to jest prawdziwy punk, a nie jakieś Pidżamy Porno czy inne tego typu twory). Znajomi próbowali mnie wyciągać na te właśnie koncerty, ale nie dałem się, o nie! W sumie bardzo głupio ominął mnie tegoroczny Blitzkrieg. No ale dzięki mojemu mrocznemu instynktowi odczuwałem takie miłe swędzenie w małżowinach usznych, które oznaczało, że w końcu do pięknego Bielska ściągnie jakaś horda niszczycieli. No i instynkt mnie nie zawiódł, ogłoszono kolejną edycję objazdowej imprezy pod szyldem Metal Union Roadtour, która w tym roku miała zahaczyć o nasze piękne Podbeskidzie.
Generalnie skład tegorocznego MUR nie prezentował się dla mnie zbyt atrakcyjnie, jako, że kapele, które objeżdżały nasz nadwiślański kraj, stricte metalowymi nie są. Jednakże, jak to mówią, lepszy dach w garści niż gołąb we wróblu, czy jakoś tak, a na bezrybiu i rak ryba, postanowiłem się na koncert w Rude Boyu przejść. Impreza startowała o 16:66, a przynajmniej tak było nam wszystkim dane do wiadomości na plakatach. Ja, biedny recenzent, mieszkam sobie w takiej zapadłej dziurze, koło takiego znanego "kurortu" narciarskiego (w którym mieszkałem do grudnia 2004), o której wiedzą tylko prawdziwie elitarni neopogańscy wodzowie, a w której mieszka także znany tu i ówdzie Ankhou, że aby do miasta Bielska dojechać, pół godziny żywota muszę spędzić każdorazowo w autobusie. Oczywiście nie byłbym sobą, gdyby pierwszy bus mi nie spieprzył sprzed nosa, toteż musiałem czekać prawie godzinę na następny. Gdy zjawiłem się już w Rude Boy Clubie, było ok. 17:30, a tam dalej robili próby dźwięku. Było to co prawda irytujące, ale jeśli ktoś ma w zwyczaju czekać godzinę na autobus, mało co jest w stanie zakłócić jego spokój. Koncert rozpoczął się wreszcie o 17:55, czyli z jedynie 50-minutowym poślizgiem. Jako pierwszy zespół tego wieczoru dane było zgromadzonej czarnej bandzie ujrzeć Nurofen Menstrual. Hmm, grali nawet nieźle. To taki typ muzyki, w którym granica między wpływami hardcore i death metalu jest bardzo cieńka i trudna do zauważenia.
Kolesie mieli krótkie włosy, wokalista nawet brodę a jeden wiosłowy gitarę jak znany w pewnych kręgach Tony Iommi (Gibson G-400, tyle, że on miał Epiphone). Grali całkiem pozytywnie, co prawda wszystkie kawałki były bardzo do siebie podobne, ale, trzeba przyznać, kopały równo. Wokalista bardzo brzydko krzyczał i ryczał, a i czasem gitarzysta z tą gitarą a'la Iommi chuchał i dmuchał. Grali szybko i ciężko, co wprawiło pewien dziwny stan kilku potwornych kolesi w koszulkach m.in. Kat i Slayer, tak, że robili pod sceną taki dziwny taniec, wiecie, jedni odbijali się od drugich i to takie agresywne było, łobuzy jedne. Tu (w zasadzie to tam, ale w opisywanym momencie) nasunęła mi się pewna refleksja, iż coś mało ludzi przyszło na imprezę tego formatu. Mimo, że Rude Boy Club może pomieścić całkiem znaczną ilość ludzi, to w tą pamiętną sobotę było tam góra 100-150 maniaków. Na Nurofen Menstrual publika nie była jeszcze zbytnio rozgrzana, ale to się później zmieniło. Cóż, grali jako pierwsi, co odbiło się równieź na nagłośnieniu, z który wszędzie i wiecznie są problemy, tak, że nie było słychać chyba jedynej solówki podczas setu Nurofen Menstrual. Po tym występie myślę jednak, że jeśli kapela ta będzie dawała jakiś koncert w miarę znośnym terminie, to przejść się muszę prawie koniecznie.
|
W oczekiwaniu na Huge CCM spoczęliśmy z kumplem przy pewnym stole, gdzie po bezlitosnej cenie ugasiliśmy pragnienie, i zespół pojawił się na scenie, zrobić przedstawienie, wybuchły piekielne płomienie i upaćkałem się w kremie. A tak na poważnie, to postanowiliśmy być równie nekkro, więc oddałem do szatni mą katanę i cały ten nędzny klub ujrzał moją potworną koszulkę Sodom (jedna z dwóch moich metalowych koszulek). Pod sceną zrobił się większy tłok, choć nadal było to może ze 20-25 osób. Znów wpadli tam kolesie w koszulkach Slayer i Megadeth no i rozpoczęliśmy ten nieładny i agresywny taniec, he he. Wokalista Huge CCM miał koszulkę Unleashed, ale niech was to nie zmyli, zespół ten grał trochę dziwny hardcore zamiast death metalu. Fajnie wychodziły wszelkie partie szybkie (sakramencko fajnie!) ale były też takie śmieszne fragmenty jak jakiś pieprzony Korn. Na szczęście takie głupie odjazdy szły tylko na początku, więc długo się nie irytowałem. Występ ten był całkiem niezły, energiczny i dynamiczny, bez zbędnego pieprzenia. W pewnym momencie wokalista powiedział, że teraz zagrają balladę i my, podscenowi rzeźnicy to se możemy iść posiedzieć. No ładnie, pomyślałem sobie, oburzony zmierzając w kierunku stołu, ale momentalnie zawrócilem, bo to co zespół grał, bynajmniej ballady nie przypominało, he he.
Kolejny zespół tego wieczoru, Sunrise, to już podobno ciężki kaliber. Mój basista twierdzi, że to najbardziej znany na świecie polski zespół spod znaku twardego jądra (no, hardcore). Może i tak, ja w tych klimatach nie siedzę, ale prawdopodobnie kumpel mój miał rację, że zespół to już pierwsza liga, bo gdy wyszli na scenę, to pod scenę od razu ściągnęło z 15 nowych ludzi, którzy naprawdę znali teksty i takie tam. W każdym razie ten zespół na pewno ma swoją publikę. Co prawda wyglądali dość dziwnie, ale może tak się wypada ubierać będąc hardcore'ową gwiazdą (czerwony sweter wokalisty). Grali nawet fajnie, a na pewno mieli dobry kontakt z publiką. Czadował zwłaszcza wspomniany wokalista, który skoczył sobie pewnego razu wesoło w tłum (jeżeli 40 osób to tłum) pod sceną, dawał śpiewać fanom i ogólnie był pozytywny. Co prawda efekt (jak dla mnie) trochę popsuło jego pieprzenie o wegetarianiźmie i takich tam pierdołach, ale to tylko ten jeden szczegół. Podczas koncertu Sunrise pod scenę wpadło kilku potwornych gośći, którzy bardziej przypominali szafy, niż gości. Co gorsza, ci szafarze lubili, jak się ich nosi na rękach...
Po Sunrise przyszła kolej na Hedfirst, który to zespół dokonał tego wieczora naprawdę znacznych zniszczeń, wierzcie mi. Słyszałem parę ich piosenek w zamierzchłej przeszłości, ale płyt żadnych nie mam. Być może jakieś kupię, ale najpierw muszę zapłacić za 4 płyty Black Sabbath, 2 winyle Dio i jeden cd Anthrax. To, co prezentował Hedfirst określiłbym jako thrash/death metal zagrany w klimacie stoner rocka. Brzmi nieźle? Koncertowo zabija! Ci kolesie naprawdę wiedzą, co robią, a robią to dobrze! Grali bardzo żywo, bardzo energicznie i bardzo ciężko. Chociaż ludzi pod sceną w dalszym ciągu nie było tak wielu, jak by mogło być, to szeregi headbangujących i pogujących zasiliło kilka osób, które wyraźnie przyszły właśnie dla Hedfirst i Frontside. Cóż mogę napisać o tym występie? Było trochę starszych numerów, były nowe, było np. niezłe "Truth Against Truth". Ogólnie set zabił, a zwłoki zgrindował cover "Born To Be Wild", yeah! Występ tej dość młodej chyba kapeli autentycznie zmiażdżył wszystkich i wszystko, tak, że wrażenia mam jak najbardziej pozytywne. Co do Frontside, to osobiście nie słucham tego zespołu, ale chciałem zobaczyć, jak wypada on na żywo, co zostało mi skutecznie uniemożliwione przez fakt tak długiej instalacji i prób sprzętu, że widziałem jedynie samiuteńki początek występu kolesi z Sosnowca. W każdym razie około godziny 22 musiałem się ewakuować, jako, że chciałem mieć czym do domu wrócić, a tam, gdzie mieszkam, autobus przejeżdża raz na milion lat. Z tego, co słyszałem, Frontside nie zawiódł i mordował przyzwoicie. Szkoda, że nie zostałem na ich występie, ale z drugiej strony nie jest to też dla mnie jakaś niepowetowana strata.
To by było na tyle, jeśli chodzi o moją relację. Koncert, mimo słabej frekwencji (normalnie, jak na wyborach... a swoją drogą niedzielne wyniki II tury sprawiły, że mój obolały od koncertu kark bynajmniej nie przestał mi dokuczać:((..) uważam za udany. Może za rok grać będą lepsze zespoły, może gorsze, ale w tym roku skład Metal Union Roadtour naprawdę umiał skopać tyłeczek.
Jeszcze słówko: Anger, jak byłeś jednym z tych potwornych kolesi (ci w koszulkach Megadeth, Slayer and so on) to pozdrawiam!
Autor:Nick Fury (dawniej MORT) | ||||||
| | poprzednie - spis treści - następne | | |||||||
|
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej
formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone! Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl) | |||||||