N U M E R :
3
luty 2006


kontakt

| poprzednie - spis treści - następne |      
Strona - 06 - Relacja z Mystic...

Relacja z Mystic Festival 2005 Chorzów 29.05.2005r.

O tym kto będzie główną gwiazdą na V edycji organizowanego przez Mystic Productions festivalu dowiedziałem się w styczniu, choć było to wiadomo już wcześniej. Owa gwiazda to legendarny zespół heavy metalowy- Iron Maiden. Od razu postanowiłem wybrać się na ten koncert i za parę dni razem z przyjaciółmi mieliśmy już bilety na płytę (100 zł.). Teraz pozostawało jeszcze czekać aż się okaże kto będzie grał przed Maiden a zapowiedzi były bardzo obiecujące, mówiono o kilku czołowych zespołach metalowych ze świata, szykowała się więc niezła impreza. Żeby już nie przedłużać napiszę od razu kto tam po kolei występował (w nawiasach będą krótkie opisy kapel dla tych co mogą ich nie znać):

DragonForce (power metal- Wielka Brytania) / Frontside (połączenie hardcore z death metalem- Polska) / Primal Fear (heavy metal- Niemcy) / Behemoth (black/death metal- Polska) / Kreator (thrash metal- Niemcy) / Nightwish (pop gotyk*- Finlandia) / Iron Maiden (heavy metal- Wielka Brytania) /

Kilka miesięcy czekania i w końcu nadchodzi ten wielki dzień, niedziela 29 maja, spakować się i na pociąg. Trafił nam się bardzo fajny, prawie nowy, wagon. Gdzie niegdzie widać już innych fanów Ironów, którzy także wybierają się na festival. Na miejscu, przed stadionem (wspominałem już, że koncert miał miejsce na Stadionie Śląskim ?) byliśmy około 11.30, otwarcie bram o 12.00 a że jakichś wielkich tłumów nie ma, można się jeszcze udać do sklepu po coś do picia i posiedzieć w cieniu pod drzewem, bo trzeba Wam wiedzieć, że przez cały dzień był cholerny upał. Ogólnie zbyt wielu ludzi jeszcze nie było, większość zjawiła się dopiero na Nightwish i Iron Maiden. Około 13 weszliśmy do środku, odwiedziliśmy bardzo skromne stoisko z koszulkami i płytami (ja kupiłem sobie po koncercie "Requiem" Huntera), ubraliśmy papierowe bransoletki i weszliśmy na płytę.

Teraz następuje relacja właściwa, czyli opis tego co najważniejsze- występów poszczególnych grup. Nie przegapiłem ani jednego zespołu a że miejsce też miałem całkiem niezłe więc mogę wszystko w miarę rzetelnie, mam nadzieję, opisać.

Pierwszy na scenę wyskoczył angielski DragonForce. Zespół ten gra naprawdę szybki, zajebisty power metal. Nie jestem jakimś specjalnym miłośnikiem tego gatunku ale uważam, że ta kapela jest świetna ! Zagrali chyba ze cztery długie, rozbudowane kompozycje i było widać, że ludziom się podobało a grać jako pierwsza kapela i to jeszcze w godzinach największego upału to trudne zadanie. Zespół składa się z wokalisty, dwóch wioślarzy, perkusisty, klawiszowca i basisty. Ten ostatni miał jakieś problemy ze sprzętem ale nie przeszkodziło to jakoś specjalnie Anglikom żeby zagrać super koncert. Na szczególne pochwały zasługują perkusista i gitarzyści. Pałker z tej kapeli mógłby spokojnie grać w jakimś extramalnym zespole, zapierdala na tej podwójnej stopie i kotłach aż miło. Gitarzyści także dysponują znakomitymi umiejętnościami, sam gram na gitarze i chciałbym umieć zagrać takie szybkie solówki i zagrywki jak oni.

DragonForce nagrał na razie dwie płyty- "Valley Of The Damned" i najnowszy "Sonic Firestorm" którego teraz właśnie słucham. Brzmienie podczas ich występu (jak i w sumie podczas całego festivalu) pozostawiało wiele do życzenia. Perkusja, a w szczególności centralki, zagłuszały gitary które brzmiały za cicho, tak jak wokal, który potem na szczęście uległ poprawie. Mi się występ DragonForce bardzo podobał. Przytoczę jeszcze cytat z Brytyjskiego magazynu na temat tej kapeli-"DragonForce are as metal as fuck. They will be enormous !" Metal Hammer UK. Podobno DragonForce jako jedyny zespół wyszedł na płytę do ludu co także dobrze o nich świadczy.

Po krótkiej przerwie z tyłu sceny zawisła się flaga z okładką najnowszej płyty Sosnowskiego Frondside. Szczerze mówiąc nie lubię całego tego połączeni hardcoru z metalem i Fronside mnie do tej muzyki jednak nie przekonał. Nie znam żadnych dokonań tej kapeli ale dosyć dużo ludzi znało ich twórczość i świetnie się bawili. Mocne, ciężkie riffy i niski gardłowy wokal to cechy charakterystyczne dla występu Frontside. Mi się na ich koncercie najbardziej podobał wygląd gitar ;-) Niestety, Frontside moim zdaniem był najsłabszym zespołem w tej edycji festivalu.

Słońce tego dnia grzało niemiłosiernie, na szczęście były węże z wodą więc można było podejść i się oblać. Ja tak zrobiłem ale za niecałą godzinę znowu byłem cały suchy. Wodą lali także w sektorach ale, kurde, tylko przednie sektory. Dopiero jak zrobiło się trochę chłodniej zaczęli lać też nas, w dalszych rzędach. Ludzi cały czas nie było za wielu i w przerwach między występami można było usiąść spokojnie na ziemi, napić się wody i posmarować olejkiem przeciw słonecznym.

Niedługo po Fronside na scenę wszedł niemiecki Primal Fear. Nie mieli ze sobą żadnej flagi ani nic, szkoda. Zagrali całkiem nieźle. Gatunek jaki reprezentuje ten zespół to taki heavy metal ale o bardziej rockowym brzmieniu gitar. Dziwnie wyglądał ich wokalista. Całkiem łysy koleś w jakichś obcisłych dzwonach, ja bym tak nie wyszedł na scenę :-) Muszę się przyznać, że do koncertu słyszałem tylko jeden kawałek Primal Fear- "Metal is forever" (fajny teledysk) i przez cały ich set koncertowy czekałem właśnie na ten numer, bardzo mi się podoba i chciałem razem z zespołem odśpiewać wspaniały refren. Dlatego cholernie się ucieszyłem gdy zaczynając ostatnią piosenkę koncertu wokalista wydarł się do mikrofonu: "Metal is foreveeeeeer !!!" i zaczęli grać ten utwór. Tym miłym akcentem pożegnaliśmy ze sceny Primal Fear.

Teraz czas na najlepszy polski zespół metalowy i jeden z najlepszych na świecie. Nie, to nie Kombi :-) Już za parę minut na scenę wejdzie bestia z Pomorza- Behemoth ! Mój entuzjazm wynika głównie z tego, że od kilku miesięcy słucham ich najnowszego dzieła-"Demigod" i nie mogę wyjść z podziwu jaka to genialna płyta ! To brzmienie, kompozycje, perkusja, no po prostu geniusz. Dla mnie jest to najlepsza płyta jaką ostatnimi czasy słyszałem więc na ich koncert na Mystic cieszyłem się tak samo jak na występ Maiden. Behemoth nie zawiódł i pokazał, że naprawdę im zależy, że grają z pasją co nie jest takie łatwe jak się co chwilę gra jakieś trasy tak jak oni. Z tyłu zawisła flaga z logo Behemoth, po lewej i po prawej postawiono transparenty z okładką "Demigod" a przed statywem mikrofonowym Nergala jakiś żelazny, rzymski znak, także motyw z ostatniej płyty. Niby nic takiego, trochę materiału i kawałek żelastwa ale po Iron Maiden to właśnie oni mieli najlepszą scenografię. Gdy już wszystko było gotowe, Inferno, Nergal, Seth i Orion wyszli na scenę (wszyscy oczywiście w corpsepaintingach), przywitali się z ludźmi i zaczęli od utworu otwierającego ich najnowszy album- "Sculpting the throne ov Seth". Zaczęła się rzeźnia. Powstał młyn, można było sobie włosami pomachać i w ogóle wesoło się zrobiło. Z "Demigod" zagrali jeszcze utwór tytułowy oraz "Conquer All" (umiem to grać na mojej gitarze elektrycznej), ze starszych kawałków było m. in. "As Above so Below" oraz chyba "Chant For Eexhaton 2000" (extra numer !). Ten drugi utwór został zagrany na koniec i Nergal przebrał się w ten czarny kostium i maskę znaną z sesji zdjęciowej do "Demigod". Brzmienie było dalej zrąbane, to znaczy gitary było źle słychać ale i tak koncert był super a Behemoth potwierdził swoją klasę. Szkoda tylko, że koncert był krótki no ale to normalne na takim festivalu. Dopiero następny zespół dostał więcej czasu.


Zespołem tym był Kreator. Tej kapeli nie trzeba chyba przedstawiać ale z dziennikarskiego obowiązku napiszę, że jest to legenda thrash metalu z Niemiec i są nazywani "europejskim Slayerem" co chyba najlepiej obrazuje ich wielką klasę. Co prawda ich ostatnie dokonania budzą trochę kontrowersji ale i tak są wielkim zespołem i koniec. Kreator promował akurat swój ostatni album-"Enemy Of God" który w opinii Mille Petrozzy (wokalista i gitarzysta) miał być połączeniem ich najsłynniejszego dzieła-"Pleasure To Kill" i poprzedniej płyty-"Violent Revolution". W związku z tym, z tyłu pojawiła się ogromna, zakrywająca cały tył sceny, flaga z futurystycznymi motywami z okładki "Enemy Of God". Kiedy już koncert miał się zacząć puszczono kolorowe dymy z urządzeń ustawionych po bokach sceny, niestety, wiejący lekko wiatr zepsuł nieco efekt. Potem na scenę wyszła czwórka muzyków i zaczęli od utworu tytułowego z ostatniego albumu. Na początku byłem lekko zdezorientowany co do instrumentarium zespołu bowiem wyglądało na to, iż nie ma basu a są trzy gitary ! Po prostu basista miał swój bas w kształcie "V", takim jakie mają gitary (Mille grał właśnie na takiej). Taki mały, nie istotny w sumie szczegół ale postanowiłem o tym napisać żeby było trochę ciekawiej:-) Jako drugi numer zagrali, zdaje się, lubiany przeze mnie utwór-"Violent Revolution"**. Razem z zespołem śpiewałem refren tej skocznej piosenki. Potem Petrozza zapytał się nas wszystkich: "People in Poland, are you ready to kill ?". Było już wiadome co zagrają jako następne. "Pleasur to kill !!!". Numer wypadł bardzo dobrze ale brzmienie na Kreatorze dalej było złe. Dało się usłyszeć bass ale gitary nadal grały za cicho. Mille co jakiś czas przemawiał do ludzi. Gdy zapytał: "Can you feel this agresion ?" było jasne, że zaraz poleci "Extreme Agresion", też świetny numer. Między czasie poleciały jeszcze wspomniane już dymy. Na koniec zaserwowali jeszcze wspaniałe "Betrayer" i zeszli ze sceny. Kreator zagrał bardzo dobrze ale nie idealnie a to dlatego, że mieli dziadowskie brzmienie oraz grali jako support, przez co nie zdobyli całego stadionu, co jednak nie przeszkodziło mi i innym ludziom świetnie się bawić na ich występie. Uważam, że taki zespół jak Kreator, który już przez wieloletnią karierę zdobył uznanie i mnóstwo fanów, powinien grać bezpośrednio przed Iron Maiden, no ale to nie ja organizowałem ten festival.

Następny miał grać znany tu i ówdzie Nightwish i teraz dopiero zrobiło się tłoczno na płycie. Widać było, że ten zespół przyciąga wiele osób. Z tyłu rozwiesili flagę z okładki płyty "Once", takich rozmiarów jak ta od Kreator i zaczęli grać. Nie lubię zbyt tej kapeli i od razu dodam, że ich występ jakoś diametralnie tej sytuacji nie zmienił. Są za bardzo kiczowaci jak dla mnie i, nie bójmy się tego słowa, komercyjni. Najbardziej wkurzył mnie ich clip "I Wish I Had An Angel", takiego pojebanego rytmu na perkusji w piosence rockowej nie słyszałem chyba nigdy, normalnie jak Szlagier Maszyna (jest taki zespół !). Sam teledysk też jakiś taki durnowaty. Postanowiłem się jednak nie uprzedzać do tej kapeli na podstawnie kilku tylko spostrzeżeń i ich koncert chciałem obejrzeć z jak najwyższą uwagą. Poza tym byłem strasznie ciekawy jak się prezentuje na żywo całkiem urodziwa pani wokalistka, nazywa się chyba Tarja, czy jakoś tak. Nightwish wyszedł poprzedzając swój występ jakimś klimatycznym intro. Po lewej stronie stanął jedyny gitarzysta w zespole, po lewej basista i klawiszowiec z całym sprzętem. Tarja w czarnym wdzianku z fajnym dekoltem biegała po całej scenie. Nie będę wyszczególniać poszczególnych piosenek bo ich nie znam. Pamiętam, że zagrali "End Of All Hope", które akurat słyszałem wcześniej i mi się podoba. Jako chyba trzeci utwór basista (a także wokalista) zapowiedział, że zgodnie z tradycją zagrają cover, którym będzie "High Hope" Pink Floyd. Nie znam tego utworu, więc ciężko mi coś o tym więcej powiedzieć, dodam tylko, że basista odśpiewał go sam. Po jakimś czasie wokalistka Nightwish ubrała jakąś czerwoną pelerynkę i zaczęła śpiewać do czerwonego mikrofonu, zawsze to jakieś urozmaicenie. W pewnym momencie basista zrobił krótką przerwę aby pochwalić naszą polską, smaczną wódkę, którą się raczył, co wywołało oczywiście aplauz publiczności, niestety nie udało mi się dojrzeć co to był dokładnie za trunek. Na Nightwish było już pełno ludzi, cieszyłem się w duchu, że mam ponad te 180 cm, dzięki czemu, jak stanąłem na palcach to prawie wszystko widziałem. Gorzej miała moja koleżanka, zresztą fanka Nightwish, która jest dużo mniejsza i razem z kumplem musieliśmy ją od czasu do czasu podnieść żeby mogła coś zobaczyć. Na końcu zagrali "I wish I Had An Angel". Muszę przyznać, że ten krytykowany przeze mnie numer całkiem nieźle spisał się na koncercie i nawet mi się podobało, wyszło to dosyć energicznie. Występ Finów nie był zły ale nie przekonali mnie do swojej muzyki.

Po całym dniu szaleństwa w największym upale trzeba jeszcze znaleźć siły na występ gwiazdy wieczoru. Motywacja była jednak ogromna bo oto teraz, za parę minut ma wystąpić Iron Maiden ! Robi się tłoczno jak cholera, nie ma mowy o tym żeby sobie gdzieś usiąść. Jeszcze strojenie perkusji itp. Zapomniałbym o bardzo ważnym szczególe. Maiden zawitało do nas w ramach trasy promującej ich najnowsze wydawnictwo DVD dokumentujące początki kariery. Trasa ta nosi nazwę "Eddie Rips Up" i postanowiono, że będą grane utwory tylko z czterech pierwszych płyt a więc z: "Iron Maiden", "Killers", "The Number Of The Beast" i "Peace Of Mind". Zaczęli od instrumentalnego intra z "Killers"-"The Ides Of March". Myślałem, że zaraz potem będzie mój ulubiony "Wrathchild" ale po intrze sprawnie przeszli w "Murders in the Rue Morgue". Gdy Ironi zaczęli grać zrobił się niezły ścisk, ludzie zaczęli napierać, raz do przodu, raz do tyłu ale po jakimś czasie się uspokoiło. Potem zagrali kolejny klasyk z ich drugiej płyty, zdaje się "Another life". Zapowiadano, że będzie to największa trasa w historii Maiden, że będzie extra dekoracja i takie tam. Niestety z tym wystrojem scenicznym wcale nie było tak rewelacyjnie jak zapowiadano. Nie było też źle, po prostu spodziewałem się czegoś więcej. Z tyłu było podwyższenie po którym mógł skakać Bruce a jeszcze dalej wizerunki Eddiego które się co chwilę zmieniały, do tego rzecz jasna światła i różne atrakcje w konkretnych utworach o których jeszcze wspomnę. Cały zespół dawał z siebie wszystko. Gitarzyści kręcili gitarami, Nicko napierdalał na perkusji jak należy a Dickinsona wszędzie było pełno.

Frontman Iron Maiden wydał niedawno nowy, solowy album-"Tyranny Of Souls". Słyszałem tą płytę, nic nadzwyczajnego ale można posłuchać. Świetnie wyszedł "The Trooper". Bruce wyskoczył z lewej strony sceny w przebraniu żołnierza z XIX wieku z flagą Wielkej Brytanii. Zagrali prawie wszystkie kawałki z pierwszej płyty. Wokalista otwarł się przed publicznością opowiadając ile znaczy dla niego "Remember Tomorow". Strasznie lubię ten utwór, tak samo jak "Charlotte the Charlott", który również zagrali Mogliśmy odśpiewać także refreny takich klasyków jak "Run To The Hills" czy "Die With You Boots On". W związku ze wspomnianą już scenografią wiąże się także pewna zabawna anegdota. Mianowicie od Mystic Festival liczbą szatana będzie 66. Gdy zespół miał grać "The Number Of The Beast" z tyłu zapaliły się tylko dwie pierwsze szóstki. Podczas tego numeru Dickinsona zaatakowały kuso ubrane diablice z widłami, na szczęście nic mu się nie stało i koncert mógł być kontynuowany. Sam utwór wypadł super ale jeszcze lepszy był "Hallowed By Thy Name". Wcześniej średnio lubiłem ten numer ale na Mystic wyszedł zajebiśie, szczególnie ten moment kiedy utwór nabiera prędkości. Zagrali jeszcze m.in.: "Phantom Of The Opera" i "Prowler" z debiutu oraz "Revelations" i "Where The Eagles Dare" z "Peace Of Mind". Nie mogło oczywiście zabraknąć Hymnu-"Iron Maiden" podczas którego na scenę wyszedł Eddie w stylu wczesnych lat osiemdziesiątych. Po tym kawałku Ironi zeszli ze sceny a my wszyscy przywołaliśmy ich z powrotem okrzykami "Maiden ! Maiden !". W trakcie koncertu dało się też słyszeć okrzyki: "Fear of the dar ! Fear of the dark !" ale zespół twardo trzymał się zasady o graniu tylko starych utworów, ten jeden kawałek mogli jednak na bis zagrać. Bisy zaczęły się od wspaniałego "Running Free" podczas którego Bruce mówił do ludzi, opowiadał jak mu się u nas podoba i przedstawił cały zespół (tak jak byśmy ich nie znali !). Cały utwór przez to znacznie się przedłużył. Po "Running Free" zagrali "Drifter" a już całkiem na końcu "Sanctuary". Koncert był świetny ale za krótki, grali około 90 min. Iron Maiden ma tyle wspaniałych piosenek z pierwszych czterech płyt, że nawet nie brakowało specjalnie takich kawałków jak "The Wicker Man", "The Evil That Man Do" czy wspomniane już "Fear Of The Dark". Szkoda, że nie zagrali "Wrathchild" i "Killers" ale jakikolwiek by set koncertowy ustalili, zawsze będzie komuś coś brakowało.

Po koncercie pojechaliśmy zapchanym tramwajem na PKP. Teraz tylko kupić bilety, zjeść coś i do chaty !

*-sorry, ale nie wiem jak to nazwać żeby się za bardzo nie pomylić ;-) **-cholera, tak sobie myślę, czy nie było to przypadkiem "Immposible Brutallity" z "Enemy of God". Sam już nie pamiętam.

P.S. Na ewentualne mejle mogę odpisywać nieregularnie bo nie mam stałego dostępu do sieci.

Autor: Yaskier (karol11998877@o2.pl) 

    | poprzednie - spis treści - następne |
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone!
Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl)