|
Terry Pratchett, Neil Gaiman - Dobry
Omen
Tuxedo
Nie wiem, czy mieliście już kiedyś kontakt z
twórczością Pratchetta. Najchętniej kopnąłbym w tyłek wszystkich, którzy jeszcze
takiego kontaktu nie doświadczyli. Obawiam się tylko, że mógłbym dostać od tego
co najmniej odcisków na stopie, nie wspominając już o wybitym dużym palcu i
naderwaniu łękotki (gdziekolwiek by się ta nie znajdowała). Trudno byłoby też
kopnąć samego siebie.
Od razu się tłumaczę: zasługiwałbym na najwyżej pół kopniaka. A to z tego
powodu, że "Dobry Omen" czytałem już po raz drugi, niestety pozostaje on moją
jedyną dotychczasową stycznością z autorem. Powód jest banalny: zwyczajnie w
"mojej" bibliotece nie ma innych pozycji Terry'ego (czy zdrabnianie imion
wielkich pisarzy jest spoufalaniem?). Jak mocno bym jednak nie żałował, to nawet
już nie w ramach pokuty mogę zachęcić do poszukiwań innych. Oczywiście jeśli po
rzeczonym kopniaku będą mieli jeszcze jakąkolwiek ochotę na czytanie tej
recenzji.
Chyba już wystarczy tego wodolejstwa, mamy trzeci akapit, a ja ciągle nie
napisałem jeszcze ani słowa o samej książce... no dobra, domyśliliście się
pewnie, że autorem dzieła jest Terry Pratchett, którego noty biograficznej
bynajmniej nie zamierzam tu przytaczać. W "Dobrym Omenie" chodzi o odwieczny
konflikt między dobrem i złem. A dokładniej: o uniknięcie jego najgroźniejszego
skutku, czyli osławionego Armageddonu. Wydawałoby się, że zależeć może na tym
jedynie ludziom. A jednak. Najzagorzalsi w walce o niedopuszczenie do Końca jest
para starych, hm, znajomych. Pierwszy z nich to anioł Azirafal, znany również
jako zwyczajnie ziemski antykwariusz. Poczciwina z niego wielka. Drugi to
diabeł, rzecz jasna. Crowley'a charakteryzuje para ciemnych okularów i stary,
acz świetnie utrzymany Bentley, który teoretycznie nie powinien już być na
chodzie. Teoretycznie.
Fabuła toczy się jeszcze wokół Antychrysta, czyli ni mniej, ni więcej tylko
jedenastoletniego Adama Younga. Adam może nie jest najgrzeczniejszym z chłopców,
ale do miana Wielkiego Adwersarza, Pogromcy Królów, itd. jeszcze mu sporo
brakuje. Jednak natura (oraz przistoyne i akuratne profesyje Agnes Nutter)
zobowiązuje. Chcąc - nie chcąc zostaje więc chłopiec rzucony, a może sam dociera
rowerkiem, w sam środek Końca Świata. Jak to jednak zwykle bywa, coś może pójść
nie tak. A Adam nie byłby sobą, gdyby przynajmniej nie spróbował pomóc losowi.
Zwłaszcza w sytuacji, gdy sam ten los tworzy.
Książka obfituje w nawiązania do Biblii, przekomiczne są zwłaszcza sceny z
Czterema Nowymi Motocyklistami Apokalipsy, tudzież odwołania (odwołania? toż to
zmiana historii i świętokradztwo! - oburzyłby się zagorzały katolik, czyli nie
ja :-)) do sprawy z całym tym grzechem pierworodnym - wiecie, jabłka, te sprawy.
Zresztą nie ma co tego wymieniać, bo książka liczy pół tysiąca stronnic :)
Przestraszonych uspokajam, że ma też format mniejszy niż zwykły, szkolny zeszyt,
a przy tym czyta się tak świetnie, że mniej-więcej w połowie zaczyna się
żałować. Chyba jeszcze nigdy w środku książki(!) nie towarzyszyło mi myśl
"szkoda, że NIEDŁUGO się skończy". I choć przede mną były jeszcze jakieś dwie
godziny niczym nie zmąconej zabawy, to już odczuwałem niedosyt, bo wiedziałem,
że cokolwiek by się na kartach dzieła nie wydarzyło, mnie i tak będzie mało!
|
|
|
|
| Good Omens |
|
| fantasy |
|
| brak |
|
|
 |
|
|
I co dalej? To pytanie zadają sobie z pewnością ci, którzy ukończą książkę. Tym
zalecam lekturę książki telefonicznej, która przynajmniej częściowo powinna
obniżyć poprzeczkę, jaką niewątpliwie postawią każdej następnej lekturze...
Jednak "co dalej" zapytają też ci, którzy chcieliby się jeszcze cos-niecoś o
tytule dowiedzieć. Tym odpowiem krótko: a guzik. Biegiem do biblioteki i samemu
spróbować. Bo to trzeba przeżyć, przeczytać, przetrawić. "Dobry Omen" może
zachęcić do czytania tych, którzy słowa pisanego wystrzegają się jak diabeł wody
święconej (niekoniecznie tej z termosu Crowley'a). Język Pratchetta (i Gaimana)
to coś wypadkowego humoru angielskiego, humoru angielskiego i jeszcze czegoś, co
mogę chyba określić mianem humoru angielskiego. W tym miejscu oczywiście
spłycam, ale już naprawdę nie mam sił dalej pisać. Najchętniej dorwałbym tę
książkę i przeżył to jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze...
Ojć, zagalopowałem się i niewprawny czytelnik mógłby pomyśleć, że moje myśli
zboczyły (ekhm...) na całkiem inny temat, ale to mówię: niewprawny. Reszta
dostrzeże, że książka mi się po prostu podobała i chciałbym, żeby najwięcej osób
przeżyło... znaczy przeczytało to samo :)
|
|