Luty 2006      


|:  RECENZJA  :|

Terry Pratchett, Neil Gaiman - Dobry Omen
Tuxedo

Nie wiem, czy mieliście już kiedyś kontakt z twórczością Pratchetta. Najchętniej kopnąłbym w tyłek wszystkich, którzy jeszcze takiego kontaktu nie doświadczyli. Obawiam się tylko, że mógłbym dostać od tego co najmniej odcisków na stopie, nie wspominając już o wybitym dużym palcu i naderwaniu łękotki (gdziekolwiek by się ta nie znajdowała). Trudno byłoby też kopnąć samego siebie.

Od razu się tłumaczę: zasługiwałbym na najwyżej pół kopniaka. A to z tego powodu, że "Dobry Omen" czytałem już po raz drugi, niestety pozostaje on moją jedyną dotychczasową stycznością z autorem. Powód jest banalny: zwyczajnie w "mojej" bibliotece nie ma innych pozycji Terry'ego (czy zdrabnianie imion wielkich pisarzy jest spoufalaniem?). Jak mocno bym jednak nie żałował, to nawet już nie w ramach pokuty mogę zachęcić do poszukiwań innych. Oczywiście jeśli po rzeczonym kopniaku będą mieli jeszcze jakąkolwiek ochotę na czytanie tej recenzji.

Chyba już wystarczy tego wodolejstwa, mamy trzeci akapit, a ja ciągle nie napisałem jeszcze ani słowa o samej książce... no dobra, domyśliliście się pewnie, że autorem dzieła jest Terry Pratchett, którego noty biograficznej bynajmniej nie zamierzam tu przytaczać. W "Dobrym Omenie" chodzi o odwieczny konflikt między dobrem i złem. A dokładniej: o uniknięcie jego najgroźniejszego skutku, czyli osławionego Armageddonu. Wydawałoby się, że zależeć może na tym jedynie ludziom. A jednak. Najzagorzalsi w walce o niedopuszczenie do Końca jest para starych, hm, znajomych. Pierwszy z nich to anioł Azirafal, znany również jako zwyczajnie ziemski antykwariusz. Poczciwina z niego wielka. Drugi to diabeł, rzecz jasna. Crowley'a charakteryzuje para ciemnych okularów i stary, acz świetnie utrzymany Bentley, który teoretycznie nie powinien już być na chodzie. Teoretycznie.

Fabuła toczy się jeszcze wokół Antychrysta, czyli ni mniej, ni więcej tylko jedenastoletniego Adama Younga. Adam może nie jest najgrzeczniejszym z chłopców, ale do miana Wielkiego Adwersarza, Pogromcy Królów, itd. jeszcze mu sporo brakuje. Jednak natura (oraz przistoyne i akuratne profesyje Agnes Nutter) zobowiązuje. Chcąc - nie chcąc zostaje więc chłopiec rzucony, a może sam dociera rowerkiem, w sam środek Końca Świata. Jak to jednak zwykle bywa, coś może pójść nie tak. A Adam nie byłby sobą, gdyby przynajmniej nie spróbował pomóc losowi. Zwłaszcza w sytuacji, gdy sam ten los tworzy.

Książka obfituje w nawiązania do Biblii, przekomiczne są zwłaszcza sceny z Czterema Nowymi Motocyklistami Apokalipsy, tudzież odwołania (odwołania? toż to zmiana historii i świętokradztwo! - oburzyłby się zagorzały katolik, czyli nie ja :-)) do sprawy z całym tym grzechem pierworodnym - wiecie, jabłka, te sprawy. Zresztą nie ma co tego wymieniać, bo książka liczy pół tysiąca stronnic :) Przestraszonych uspokajam, że ma też format mniejszy niż zwykły, szkolny zeszyt, a przy tym czyta się tak świetnie, że mniej-więcej w połowie zaczyna się żałować. Chyba jeszcze nigdy w środku książki(!) nie towarzyszyło mi myśl "szkoda, że NIEDŁUGO się skończy". I choć przede mną były jeszcze jakieś dwie godziny niczym nie zmąconej zabawy, to już odczuwałem niedosyt, bo wiedziałem, że cokolwiek by się na kartach dzieła nie wydarzyło, mnie i tak będzie mało!

  Good Omens
  fantasy
  brak

 



I co dalej? To pytanie zadają sobie z pewnością ci, którzy ukończą książkę. Tym zalecam lekturę książki telefonicznej, która przynajmniej częściowo powinna obniżyć poprzeczkę, jaką niewątpliwie postawią każdej następnej lekturze... Jednak "co dalej" zapytają też ci, którzy chcieliby się jeszcze cos-niecoś o tytule dowiedzieć. Tym odpowiem krótko: a guzik. Biegiem do biblioteki i samemu spróbować. Bo to trzeba przeżyć, przeczytać, przetrawić. "Dobry Omen" może zachęcić do czytania tych, którzy słowa pisanego wystrzegają się jak diabeł wody święconej (niekoniecznie tej z termosu Crowley'a). Język Pratchetta (i Gaimana) to coś wypadkowego humoru angielskiego, humoru angielskiego i jeszcze czegoś, co mogę chyba określić mianem humoru angielskiego. W tym miejscu oczywiście spłycam, ale już naprawdę nie mam sił dalej pisać. Najchętniej dorwałbym tę książkę i przeżył to jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze...

Ojć, zagalopowałem się i niewprawny czytelnik mógłby pomyśleć, że moje myśli zboczyły (ekhm...) na całkiem inny temat, ale to mówię: niewprawny. Reszta dostrzeże, że książka mi się po prostu podobała i chciałbym, żeby najwięcej osób przeżyło... znaczy przeczytało to samo :)

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!