Wyspy Sołowieckie
część pierwsza

"Wydaje się, że w tej świetlistej przestrzeni nie ma miejsca na grzech... Przyroda tutejsza jakby jeszcze nie dojrzała do grzechu."- Michał Pryszwin

Wyspy Sołowieckie leżą nad Morzem Białym i z racji bytowania pod kołem polarnym mają bardzo ciekawy podział doby. Pół roku świeci słońce, a przez drugie pół- nie. Możnaby pomyśleć że jest to kraina lodu i zimnych wiatrów, gdzie nie uświadczysz żywej duszy. Oczywiście, bywało zimno. Jeziora pokrywały się grubą warstwą lodu, a bywało że zamarzało samo morze i można było drogę na kontynent pokonać saniami. Ale w lato było bardzo ciepło, drzewa rosły a zwierzątka hasały sobie beztrosko. Dlaczego beztrosko? Bo na wyspie nie było drapieżników.

Około 1430 roku na Sołówki przybywają dwaj zakonnicy: Sawwatiusz i Zosima. Byli zachwyceni tym co zobaczyli. Wyspy były piękne, roślinność bujna a po wyspie biegały zwierzęta, ufne i nie bojące się ludzi. Kiedy mnisi przekonali się że na wyspie nie ma żadnych drapieżników uznali ją za świętą. Nie tylko dlatego zresztą. Zosima w noc przybycia na Sołówki miał cudowną wizję: widział klasztor unoszący się w powietrzu i całą okolicę skąpaną w niebiańskim świetle.

Tak więc ci mnisi położyli podwaliny pod budowę klasztoru Sołowieckiego. Wybudowano tu później sobory Zaśnięcia Marii Panny i Przemienienia Pańskiego, cerkiew Ścięcia Jana Chrzciciela na Górze Siekierskiej i jeszcze dwadzieścia innych cerkwi. Wybudowano również ponad dwadzieścia kaplic, pustelnię Golgoty, pustelnię Troicką, pustelnię Sawwatijewską, pustelnię Muksalmską i samotnie dla eremitów w znacznej odległości od klasztoru.

Kupa roboty. Na początku mnisi wszystko robili sami, ale pracy przybywało. Dlatego na wyspie jako następni pojawili się klasztorni chłopi. Zakonnicy i ich chłopi nie zajmowali się jednak tylko budownictwem sakralnym. Jeziora połączono dziesiątkami kanałów i doprowadzano z nich drewnianymi rurami wodę do klasztoru. Ponadto przegrodzono rzekę Muksalmę tamą złożoną z olbrzymich głazów (w XIX wieku zrobić tamę nie było wcale prosto, ponadto trzeba było wziąć pod uwagę to że wszystko zamarza w zimę na kość). Nad samą rzeką pasły się stada bydła a klasztorne ogrody warzywne były pełne jarzyn. W cieplarniach mnisi hodowali kwiaty, w tym róże. Z biegiem lat mieszkańcy wyspy dorobili się własnych młynów, tartaków, garncarni, małej huty, kuźni, introligatorni i garbarni, własnej wozowni, mieli nawet małą elektrownię.

Świat jednak o Wyspach nie zapomniał. Klasztor dwukrotnie odpierał ataki Anglików: po raz pierwszy w 1808 i po raz drugi w 1854. Został zdobyty tylko raz, działo się to gdy bronił się przed zwolennikami patriarchy Nikona w 1667 roku. Sztuka ta udała się dzięki zdradzie mnicha Feoktista, który wpuścił carskich żołnierzy przez tajne przejście.

Carskim urzędnikom w końcu nasunęło się że przecież taki klasztor, z jego solidnymi murami, otoczony przez morze i położony na krańcu świata jest doskonałym więzieniem. Wsadzano tu heretyków większego kalibru jak i dysydentów politycznych. Karę odbywał tu między innymi ostatni ataman koszowy Siczy Zaporoskiej, Kolniczewski (karę odsiedział i wyszedł na wolność jako ponad stuletni starzec). Kolejnych skazańców możnaby wyliczać, ale niezbyt długo, bo Sołówki nie były żadną "masówką".

Przez długi czas mnisi mieli spokój. Aż przybyła do nich władza ludowa. Przyszli towarzysze komisarze, z klasztoru zrobili sowchoz a w haśle "ora et labora" ("módl się i pracuj") położyli większy nacisk na pracę. Więc zakonnicy, chociaż wcześniej też nie próżnowali, przyłożyli się do pracy. Taka sytuacja wcale nie pasowała towarzyszom komisarzom. W oczy (i łapy) kłuły ich bogactwa klasztoru, które zamiast zostać spożytkowane dla większej pomyślności ludu pracującego miast i wsi, marnowały się.

Taka sytuacja nie mogła trwać wiecznie. 25 maja 1923 roku klasztor został podpalony. Zabudowania zostały uszkodzone, zniknęło wiele kosztowności ze skarbca. Spłonęły wszystkie księgi inwentarzowe przez co nie bardzo można było stwierdzić co zniknęło. Jak myślicie, kto okazał się winny podpalenia klasztoru i zagarnął skarby? Otóż nikt inny jak ta niby pobożna, mnisia hołota! W zaistniałej sytuacji postanowiono wyrzucić zakonników z wysp. Osiemdziesięcioletni a bywało że stuletni starcy na kolanach i z płaczem błagali aby ich nie wyrzucać, by mogli w spokoju umrzeć na "świętej ziemi". Ich prośby rozbiły się o rewolucyjną niezłomność.

I tak krzyż na wyspach zastąpiła czerwona gwiazda.

Dziadek Mróz
am_historia@o2.pl