|
Etapy postępowania sądowego w Królestwie Polskim w czasach monarchii stanowej
Po pierwsze skarga (nazywana wówczas żałobą, bo skarżący żalił się sądowi) musiała być złożona do sądu. Związane było to z tym że z urzędu ścigano jedynie przestępstwa przeciw państwu i samemu monarsze. Związane było to z rozgraniczeniem przestępstw na publiczne (jak bicie fałszywej monety, było to przestępstwo przeciwko państwu) i prywatne (gwałty, mężobójstwo- przy czym "mąż" oznacza człowieka, w tym kobietę, etc.), którymi państwo się nie interesowało. Następną czynnością było sporządzenie pozwu przez sędziego. Początkowo pozwy były wyłącznie ustne (większość ludzi była przecież niepiśmienna), Pozew dostarczał woźny, ogłaszając go oskarżonemu, gdziekolwiek się nań natknął (nie ma znaczenia: w domu, na drodze czy w karczmie). Powód był informowany przez sędziego bezpośrednio po sporządzeniu pozwu. W pozwie znajdowały się informacje o tym kto, gdzie, kiedy i przed kim miał się stawić. Jako ciekawostkę podam to że konsekwencje wszystkich błędów w pozwie ponosił powód, mimo że nie brał udziału w jego układaniu Z czasem zaczęto sporządzać pozwy na piśmie. Trudnił się tym pisarz sądowy. Pisał on dwa razy pozew, na środku rysując szlaczek. Potem kartę przedzierano wzdłuż tego szlaczku. Dlaczego to robiono? Był to środek zapewniający prawdziwość pozwu. Sprawdzono to przytykając obie karty do siebie, w miejscu rozdarcia. Siłą rzeczy musialy do siebie pasować. Pozew pisany woźny musiał dostarczyć do dóbr pozwanego. Nie musiał jednak sładać go na ręce samego oskarżonego; odbiorcą mógł być ktokolwiek mieszkający w jego majątku, zobowiązany był przy tym dostarczyć pozew adresatowi. Termin rozprawy bezwzględnie obowiązywał powoda. Jego nieobecność powodowała natychmiastowy upadek sprawy, której nie można było wnieść po raz drugi. Dla pozwanego dopiero trzeci termin był terminem "zawitym" (zawiązanym, takim którego nie można już przełożyć). Za nieusprawiedliwioną nieobecność w sądzie oskarżony płacił karę, tzw. "niestanne". Niestawienie się przed sądem było usprawiedliowne: w przypadku choroby (pomocne było zaświadczenie księdza o udzieleniu ostatniego namaszczenia), "sprawy o większe", czyli takiej gdzie jest się oskarżonym o cięższe przestępstwo i tego dnia stawało się przed sądem gdzie indziej. Nieobecność usprawiedliwiały również "zajęcia publiczne", którymi oskarżony się trudnił w dniu wyznaczonym na rozprawę. Gdy wszyscy zgromadzili się na procesie, zaczynano od odczytania skargi. Po tym pozwany miał trzy możliwości: - mógł uznać zasadność skargi i poddać się karze; - mógł spróbować przciągnąć sprawę poprzez złożenie zarzutów formalnych. Zarzuty były dwojakie: beemtoryjne, prowadzące do zamknięcia sprawy. Pozwany mógł wykazać że w sądzonej sprawie wyrok już zapadł, działała tu zasada res iudicata pro veritate habetur (łac. sprawę osądzoną ostatecznie uważa się za rozstrzygniętą; wyrok sądu uważa się za prawdę). Nikt nie mógł być bowiem sądzony dwa razy w tej samej sprawie, gdy zapadł prawomocny wyrok (swoją drogą, apelacja była długo nieznana, każdy wyrok był prawomocny). Drugim zarzutem beemtoryjnym było przedawnienie. Te następowało dosyć szybko; zazwyczaj wystarczyły trzy lata i trzy niedziele. Przedawnienie nie obejmowało tylko przestępstw przeciwko państwu i monarsze; dylatoryjne, odraczające postępowanie. Sądy były w owym czasie bardzo sformalizowane, w określonych okolicznościach trzeba było wypowiedzieć daną formułę czy też uczynić specyficzne gesty. Oskarżony mógł zarzucić błędy formalne, opuszczenie jakiegoś słowa, użycie innej frazy. Sąd musiał wtedy dostarczyć mu nowy pozew. Mógł poskarżyć się że pozew został mu dostarczony w niewłaściwy sposób. Mógł zarzucić pomylenie adresata: np pozwano Jana z Mysichkiszek a ten tutaj był Janem z Psichkiszek. Wreszcie, można było zarzucić niewłaściwość sądu dla oskarżonego. Była to zasada actor sequitur forum Rei(dla powoda właściwy jest sąd pozwanego). W czasach monarchii stanowej każdy stan miał właściwe dla siebie sądy. Jeśli nic nie stało na przeszkodzie do prowadzenia dalszego postępowania, sędzia wyznaczał termin przedstawienia dowodów i decydował, która strona będzie je przedstawiała jako pierwsza. Kolejność była niezmiernie ważna, gdyż jeśli uznano przedstawione dowody za prawdziwe wyrok natychmiast zapadał, bez wystąpienia drugiej strony z ichnimi dowodami. Przy czym tutaj również panowała zasada formalizmu, przedstawienie dowodów w nieprawidłowy sposób powodowało przegraną. Pierwszeństwo miała strona, która miała dowód "lepszy" czyli stojący wyżej w hierarchii. Jeśli dowody były na tym samym poziomie, jako pierwsza dowód przeprowadza osoba wyższa stanem. W przypadku gdy i dowody i stany są równe, pierwszeństwo ma pozwany. Hierarchia dowodów była następująca: najwyżej stały dokumenty, zaraz po nich naoczni świadkowie (ex visu). Następna w hierarchii była przysięga ze współprzysiężnikami, nie będącymi świadkami, lecz gotowymi przysięgą poświadczyć uczciwość tej osoby. Ludzi tych mogło być od dwóch do dwunastu, im więcej tym lepiej. Następna była przysięga własna, i tylko własna. Najniżej w hierarchi stały dowody bodajże najciekawsze bo sądy boże (teordalia). Były to pojedynki przed sądem. Przy czym nie musiano się zakuwać w blachy i tłuc mieczami (nie każdy był przecież rycerzem, i nie każdego było stać na takie zbytki). Walka mogła być z powodzeniem prowadzona za pomocą kijów. Przegrywał ten kto sam się uzna za pokonanego, lub kogo za pokonanego uzna sędzia. Kobiety oczywiście nie walczyły, mogły natomiast wynająć kogoś kto będzie walczył w zastępstwie. Nie był to jednak jedyny rodzaj sądu bożego. Były jeszcze próby żelaza i wody. Trzeba było przejść po rozpalonym żelazie, bądź przejść z kawałkiem takiegoż żelastwa w dłoni przez kilka metrów. Jeśli odrzuciło się żelazo, bądź zeskoczyło zeń, próba wypadała niepomyślnie. Próba wody polegała na wyciągnięciu kamienia z naczynia wypełnionego wrzątkiem. Oczywiście, jeśli nie udało się wyjąć kamienia, próba wypadała niepomyślnie. W obu próbach oparzenia zawijano i po jakimś czasie sprawdzano ich stan. Jeśli rana się goiła, to człowiek był niewinny. "Paskudzenie się" rany świadczyło o winie. Niezależnie od boskich wyroków, bardzo pomagały tu zdolności lecznicze rodziny. Był jeszcze drugi sposób wykonania próby wody. Była to próba wody zimnej. Wiązano człowieka w kij i wrzucano do stawu. Jeśli się unosił się na powierzchni, to źle. Woda, będąca czystym żywiołem, nie chciała przyjąć przestępcy. Przyczyną unoszenia się na wodzie częściej niż wola żywiołu były raczej ubrania wrzucanych. Wpadał on bowiem do topieli w noszonych szatkach. Te nim nasiąknęły pozwalały utrzymać się na powierzchni. Swoją drogą, jeśli ktoś poszedł na dno jak przysłowiowy kamień w wodę to też nie mógł odetchnąć z ulgą. Na koniec ulubiona część: wyrok. Winny albo niewinny, innych możliwości prawodawca nie przewidział. Co działo się ze skazanym po ogłoszeniu skazującego wyroku? Najczęściej musiał zapłacić karę pieniężną (tzn. w jakichkolwiek dobrach, nie musiały to być pieniądzę sensu stricte, równie dobrze mógł zapłacić skórami bądź solą). Jeśli nie mógł uiścić wyznaczonej kwoty, mógł dać sędziemu rękojmię, że zdobędzie te pieniądze i wróci. Ktoś musiał to poświadczyć i odpowiadał przed sądem w razie ucieczki skazanego. Jeśli skazany nie znalazł takiej osoby, sąd mógł mu zamienić karę pieniężną na "karę na życiu i ciele". Czyli mógł skazać go na śmierć, bądź chłostę. Mógł też przekazać go powodowi. Ten mógł z nim zrobić co tylko chciał: zabić, pokroić, kopnąć w zad, czy nawet puścić wolno. By wyegzekwować karę, woźny jeździł do majątku skazanego "z ciążą" (bo na dobrach "ciążył" wyrok). Jeśli skazany trzy razy odmówił zapłacenia kary, a sąd nie miał możliwości zmuszenia go do tego, zwrano się o pomoc do starosty.
Dziadek Mróz |