O pożytkach z rycia w ziemi
i samych ryjcach

Historia - długa i zagmatwana, raz bywa powodem do dumy, czasem wręcz przeciwnie. Pewne jest tylko to, że wielu onieśmiela, a ludzi o słabszych nerwach przyprawia o palpitacje serca. Oczywiście są tacy, którzy mają kaprys poznać wszystkie zakręty losu ludzkości, od chwili gdy ta miała czelność pozłazić z drzew (i o takim typie będzie w tym tekście mowa, cierpliwości). Rany, ale bezczelni zuchwalcy! Lecz prawda jest smutna - wszystkiego to my się nigdy nie dowiemy.

Pewien weteran wojenny, zaproszony niegdyś do mojej szkoły w celu uraczenia rozpuszczonych smarkaczy opowieściami z dawnych czasów, poetycko (no w sumie każdemu wolno... ech...) przyrównał historię do plaży składającej się z milionów ziarenek piasku, symbolizujących losy człowiecze na przestrzeni wieków. Na koniec uronił łzę wzruszenia, widząc zasłuchaną dziatwę, usiłującą nie ziewać zbyt ostentacyjnie.

Co nam, psze państwa, wychodzi z tej zezowatej refleksji z jedną nóżka bardziej? Ano to, że zapuszczanie się do jaskini, po której pałętają się zarówno słowiańscy woje jak i wszystkie żony Henryka VIII, jest w sumie pozbawione większego sensu. Szkoda czasu, nudno i śmierdzi. A guzik - tak przynajmniej stwierdzili pewni znudzeni życiem szaleńcy, którzy zapoczątkowali dziedzinę nauki zwaną dziś archeologią.

Chociaż, jak się okazuje, sam termin "archeologia" został ukuty już przez starożytnych Greków, a powszechnie zaczęto go używać w XVII w. na oznaczenie nauki o przeszłości poznawanej na podstawie badań materialnych pozostałości działań ludzkich. Przyznacie, że to dość pokręcona definicja. I tak powszechnie wiadomo, że archeolodzy to te nieroby, co w przerwach między kopaniem dołów, a pędzelkowaniem cudzych czerepów, żłopią "Mocny Strzał".

Czym się różni facet składający skorupy pomorskich urn domkowych od osobnika przekopującego piaski Sahary? Właśnie, archeologia dzieli się na "różne takie", czyli (na przykład): archeologię starożytnych organizmów państwowych (Egipt, Grecja, Rzym - a czego się spodziewaliście?) czy też archeologię wielkich grup etnicznych (Słowianie, Germanie, Celtowie). Oczywiście, podziałów jest więcej, ale akurat w tym tekście jest to najmniej istotne. Bo nauka powinna bawić!

Ale jak to się zaczęło? Archeologia stawiała pierwsze, dość niezgrabne zresztą, kroki w jakże dziś odległym i nierealnym XIX wieku. Ej, zaraz - u góry pisze, że w XVII. No tak, ale od słów (używania terminów, znaczy się) do czynów jest długa droga. Chodzi o to, że dopiero w XIX wieku dłubanie w ziemi było działaniem w pełni świadomym i celowym.

Patrząc na to wszystko z perspektywy naszych czasów, wyczyny prekursorów grzebania w glebie można uznać za barbarzyństwo i przyprawiającą o ból głowy amatorszczyznę. Ale trzeba przyznać, że to 170 lat temu (przyjmując [i jednocześnie zaokrąglając] za początek rok 1831, gdy Ch. Thomsen rozróżnił na podstawie badań narzędzi pracy trzy epoki [kamienia, brązu i żelaza] prehistoryczne) możliwości badaczy były nieporównywalnie mniejsze niż obecnie.

Do czego zmierzam? Współcześnie mamy także podział interesującej nas nauki ze względu na różne ciekawe kryteria, dajmy na to geograficzne (archeologia kontynentów, śródziemnomorska, Polski), chronologiczne (od paleohistorii do archeologii czasów nowożytnych), czy w końcu rodzaju środowiska (archeologia lotnicza, podwodna, wysokogórska). Przyznacie, że przed wiekami odkrywanie sekretów błękitnych toni wodnych leżało poza możliwościami ówczesnych badaczy.

Teorii nam na ten moment wystarczy - zajmijmy się lepiej konkretnym przypadkiem. Bo jacy mogli być ludzie, którzy mimo braku wypracowanych metod wykopaliskowych czy specjalistycznych studiów wyższych dokonywali przełomowych odkryć? Kimkolwiek byli, nie da się ukryć, że dzięki tym pełnym fantazji awanturnikom świat mógł zobaczyć legendarne skarby i poznać miejsca, w których rozkwitła cywilizacja.

Na zwieńczenie tego okołoarcheologicznego tekstu przybliżymy sobie losy podróżnika, który nieco nieświadomie przyczynił się do zrzednięcia mgieł historii. Ot, zwyczajny facet, niby brał życie na luzie, a poodkrywał równie ciekawe rzeczy co Carter czy Schliemann, którzy przecież mieli sprecyzowane plany naukowe podparte pewną wiedzą.

Cofnijmy się do pierwszych lat dziwnego XVII wieku. Konkretnie do rodzinnego miasta włoskiego kupca Pietra della Valle - Neapolu. Przyjaciele, z racji jego licznych podróży, zwali go Pielgrzymem. Przyczyną jego wojaży nie były bynajmniej sprawy służbowe. Awanturniczy żywot stał się antidotum na upokorzenie jakiego doznał, gdy narzeczona wystawiła go do wiatru. Urażony Pietro złożył śluby, że nie wróci do miasta, nim nie odwiedzi Grobu Świętego, po czym hucznie pożegnał się z rodakami i przyobiecał, że będzie często pisać.

Jak się później okazało, wyprawa do Jerozolimy była zaledwie początkiem, bo Valle zasmakował w tułaczce. Zwiedził Wenecję, Konstantynopol i Kair, przemierzył wzdłuż i wszerz Mezopotamię, Syrię i Iran. Nawet dziś taki plan podróży wydaje się co najmniej ambitny, a co dopiero w czasach Pielgrzyma! Ten, jak przyrzekł ziomkom, regularnie wysyłał do nich listy, przypadkowo odkrywając w sobie niezwykły talent pisarski.

Z zawodu miłosnego wyleczył się szybko, a w Mezopotamii zakochał się po raz drugi. Niestety, jego wybranka zmarła wkrótce po ślubie. Pietro był kreatywnym człowiekiem, toteż jej zwłoki zabalsamował i jeździł z jej trumną po świecie, by po czterech latach pochować ją w Neapolu. W międzyczasie ożenił się z przyjaciółką zmarłej, co zaowocowało czternastoma synami.

Przyszedł dzień, gdy Włoch-obieżyświat trafił do Persji, dokładnie w okolice miasta Shiraz. Miał tam okazję odkryć coś, co zapewniło mu pamięć potomnych. W kotlinie otoczonej pagórkami, Valle ujrzał gigantyczne ruiny, kiedyś będące pełnym przepychu pałacem. Oczywiście, zaintrygowało go to znalezisko, ale od tubylców przybyłych z legendarnym Kalifem Harunem al-Raszydem w VIII wieku nie dowiedział się niczego konkretnego, bo ruiny były znacznie starsze. Jak się później okazało, Pietro natrafił na gruzy stolicy trwającego zaledwie 200 lat imperium perskiego - Persepolis.

Miasto założył w VI w. p.n.e. zdobywca Babilonii, Cyrus. Państwo zarządzane przez Dariusza, następcy Cyrusa, opierało się na kruchych podstawach. Wyzysk i wysokie podatki było wszystkim, co Daruś mógł zaproponować podbitym ludom, toteż nie dziwota, że Aleksander Macedoński nawet się nie zasapał zdobywając perskie ziemie. Przy okazji puścił z dymem królewski pałac. Zdołano uratować kilka bocznych skrzydeł, ale i te zamieniły się w ruinę przy okazji tureckich i mongolskich najazdów. O gruzach zapomniano, dopiero w XVII wieku Pietro della Valle przypomniał Europie o Persepolis.

Tak się składa, że samo odkrycie starożytnego miasta nie było jedyną zasługą Włocha. Rezolutny podróżnik natrafił wśród zgliszczy na cegły pokryte pismem klinowym, wtedy jeszcze kompletnie nie znanym. Pietro przywiózł odbitkę tajemniczych znaków do Europy, gdzie zaczęto się zastanawiać, czy mają do czynienia z pismem czy jedynie ozdobnym ornamentem.

Nasz bohater nie tylko obstawiał za pierwszą wersją, ale też zliczył wszystkie znaki i wysnuł teorię, że każdy jeden to osobne słowo. Wykombinował nawet, że znaki czytamy od lewa do prawa. Nie mógł wtedy przypuszczać, że rozszyfrowanie tajemnczych klinów otworzy drogę do bliższego poznania cywilizacji Sumerów, Babilończyków i Asyryjczyków. Zanim jednak pismo klinowe przemówiło, upłynęło wiele wody w Eufracie. Tymczasem nazwisko Włocha na stałe zapisało się w dziejach archeologii.

*

Choć Pietro był raczej szczęśliwym odkrywcą niż archeologiem, miał niemały wkład w interesującą nas dzisiaj dziedzinę nauki. Ale to był, Drodzy Czytelnicy, dopiero początek... Wielcy odkrywcy mieli dopiero nadejść. Same niezwykłe osobowości: Woolley, Mallowan, Champollion... Zakład, że życiorys każdego z nich mógłby wystarczyć na książkę nielichej grubości, porywającej wartką akcją godną najlepszych powieści sensacyjnych. Rzecz jasna, dużo zależałoby od utalentowanego pisarza...

Tymczasem ja już kończę i pozwolę sobie cichutko zaproponować zainteresowanie się tą fascynującą archeologią. I nie mówię tu już o Internecie - w omawianej dziś kwestii jest rażąco ubogi. Szczerze radzę poszukać jakiś spleśniałych od starości książek, które, z pewnością od lat nie używane, zabierają miejsce w pobliskiej bibliotece.

Fauske
fauske@interia.pl