Zapomniani bohaterowie II WŚ
część pierwsza



PRZEDSŁOWIE

Nam jedna szarża, do nieba wzwyż
i jeden order - nad grobem krzyż...
                                      K. Baczyński


Rys historyczny dramatu

Skrótowo mówiąc, Dywizjon 303 im. Tadeusza Kościuszki ma swoje początki w wojnie polsko-radzieckiej z 1920 roku. Wtedy to Merian Cooper, praprawnuk pułkownika Johna Coopera (przyjaciela Kazimierza Pułaskiego) przybył do Polski. Był pilotem i po zakończeniu I WŚ chciał dalej walczyć. Razem z 17 innymi amerykanami założyli walczący w Polsce Eskadrę im. Tadeusza Kościuszki. Godłem eskadry była czapka krakuska i skrzyżowane kosy na tle flagi amerykańskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym tradycję kontynuowała 111 Eskadra im. Tadeusza Kościuszki. 

Słowniczek pojęć

As - pilot, któremu zaliczono 5 pewnych zestrzeleń. Może to i mała liczba, ale strącenie samolotu na froncie zachodnim nie było tak łatwe jak na wschodnim. 

1/2 lub 1/3 zestrzelenia - bywało tak, że jednocześnie dwa samoloty atakowały ten sam samolot. Wtedy  
pilot otrzymywał 1/2 zestrzelenia. 1/3 w wypadku trzech. Logiczne, nie ?

BOHATEROWIE DRAMATU

Witold Łokuciewski - były podoficer kawalerii. Pochodził z ziemiańskiej rodziny ze wschodniej Polski. Należał do tych ułanów, z którymi piloci ścigali się dla popisów. W pewnym momencie znudziło mu się wieczne przegrywanie wyścigów i zapisał się do szkoły pilotów. Pierwszy z "muszkieterów", ukończył szkołę w Dęblinie w 1938 roku na przedostatnim miejscu. Prywatnie miał duszę hazardzisty, a jego aktorska uroda i naturalna ogłada przysporzyła mu sporo wielbicielek wśród płci pięknej. Wrodzony spryt i umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach niejednokrotnie uratowała mu życie. Był jednym ze współautorów legendarnej "Wielkiej ucieczki" - masowej ucieczki pilotów z niemieckiego Stalagu. Jeden z największych asów polskiego lotnictwa. Na koncie ma zaliczone 8 samolotów strąconych na pewno, 3 i 1/2 zniszczone prawdopodobnie.

Jan Zumbach - Urodzony w Warszawie, mieszkał w Brodnicy, uczył się w Płocku. Zamiłowanie do latania narodziło się w nim w 1928 roku podczas pokazów lotniczych w Brodnicy. Drugi muszkieter, ukończył szkołę na 38 miejscu od końca. Nie przeszkodziło mu to jednak w strąceniu 12 i 1/3 samolotów, prawdopodobnym zestrzeleniu 5 pozostałych i uszkodzeniu jednego. Nie brał udziału w walkach września 1939 roku - 26 maja w wypadku lotniczym złamał nogę i pomimo usilnych starań nie udało mu się w chaosie wojny dotrzeć do swojej eskadry. Był człowiekiem, który nie lubił legalnego i statecznego życia, podobnie jak Łokuciewski spryt niejednokrotnie ratował mu życie. Aby nie psuć historii , o jego kombinacjach napiszę dalej...

Mirosław Ferić - urodził się w Sarajewie, jednak jego rodzice wyemigrowali do Polski po I WŚ. Trzeci muszkieter, ukończył szkołę w Dęblinie na ósmym miejscu od końca. Na koncie ma  9 1/3 potwierdzonych strąceń, 1 prawdopodobne i 1 uszkodzenie. Podobnie jak Zumbach, Ferić zainteresował się lataniem przesiadując godzinami na lotnisku aeroklubu i podziwianiu samolotów. Przez kolegów zwany "Ox" (ang. - wół). Prowadził osobisty dziennik, do którego dość często kazał się wpisywać swoim towarzyszom. Jego dziennik był swoistą kroniką dywizjonu 303-go. Bogata w zdjęcia, opisy, wspomnienia i wycinki prasowe kronika znajduje się dziś w Londynie w Instytucie Polskim i Muzeum im. gen. Władysława Sikorskiego.

Witold "Kobra" Urbanowicz - W 1936 roku zestrzelił lecący nad Polską radziecki samolot zwiadowczy (sprawę oczywiście zatuszowano). Ponadto odważył się skrytykować wysokiego oficera 1 pułku lotniczego. Za karę został oddelegowany do Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa i szkoły w Dęblinie, gdzie objął dowodzenie nad placówką. Na koncie miał 17 zestrzeleń potwierdzonych i 1 prawdopodobne. Przez pewien czas służył w Chinach, gdzie latał na P-40 z amerykanami. Jego umiejętności wzbudzały podziw i szacunek podwładnych. Chcąc, nie chcąc, miał przez większość służby kontakt z "Trzema muszkieterami" zarówno w Dęblinie jak i później, latając z nimi w dywizjonie 303-cim.

POSTACIE POBOCZNE

Zdzisław Krasnodębski - ps. "Król", był dowódcą 111 i 112 eskadry pościgowej we wrześniu 1939 roku. Kilka lat wcześniej był dowódcą Urbanowicza (do incydentu z radzieckim samolotem), ich drogi ponownie miały zejść się kilka lat później. Nie był jednak ani chodzącym regulaminem ani przywódcą niezdyscyplinowanej bandy. Jego autorytet pozwalał nawet zapanować nad "trzema muszkieterami". To właśnie w jego eksadrze znaleźli się po ukończeniu szkoły w Dęblinie


Jozef Frantiszek - Czech, który uważał, że jest Polakiem. Frantiszek był jednym z instruktorów latania w Polsce, po wybuchu wojny wyruszył razem z Polakami na zachód i walczył w Dywizjonie 303. Fratniszek ma na koncie 17 zestrzelonych maszyn i jedną zniszczoną prawdopodobnie.


Stanisław Skalski - postać, która nie odegrała żadnej większej roli w Dywizjonie 303, jednak bez wspomnienia o tej postaci artykuł nie miałby sensu. Skalski był postacią barwną, która niestety umarła rok temu w osamotnieniu. Po zakończeniu wojny miał na koncie 18 i 11/12 strąceń potwierdzonych, 2 prawdopodobne oraz 4 i 1/3 uszkodzonych. Na jego liście strąceń znajdują się chyba wszystkie modele samolotów stosowanych na zachodzie przez III Rzeszę.
Polscy piloci - czyli członkowie polskich dywizjonów 300,301,302,303,304,305,306,307,308,309,310,311,312,313,314,315,316,663, Polskiej Eskadry Balonowej i członkowie brytyjskich dywizjonów myśliwskich, bombowych i rozpoznawczych.

 

Merian Cooper - amerykański pilot, założyciel Eskadry im. Tadeusza Kościuszki. Po wojnie polsko-bolszewickiej z 1920 roku zajął się produkcją filmową. Był jednym z producentów sławnego "KING KONGA".

"Pamiętaj, że jesteś godnym następcą husarii."
Kodeks podchorążych

AKT I,  SCENA I - "DĘBLIN"

Pilotów szkolono w Dęblinie. Dyrektorem placówki był Witold Urbanowicz. O przyjęcie do niej w 1936 roku starało się prawie 6000 osób, a na pierwszym roku przewidziano 90 miejsc, co daje nam zawrotną liczbę 66 osób na jedno miejsce (to taka pociecha dla tych, którzy nie dostali się w tym roku na psychologię :) ). Młodzi chłopcy, różnego pochodzenia uczyli się manier. I tak młody rolnik, mieszczanin lub syn hrabiego jadł obiady w sali wyłożonej dwustuletnim parkietem i uczył się bycia dżentelmenem. Pilot-dżentelmen nie uprawia hazardu, nie upija się, nie przechwala się i nie zaciąga długów. Niektórzy brali sobie do serca te zasady, inni - cóż... wszak lotnictwo było w prostej linii spadkobiercą jazdy, więc i ułańskiego charakteru nie mogło zabraknąć. Dość często piloci w ramach popisów przelatywali pod mostami czy ścigali się z galopującymi ułanami.

Życie w szkole miało jednak nieco inny wymiar, niż wieczna pohulanka. Poznawali całą teorię latania, zasady aerodynamiki  i nawigacji. Z praktyką, jak to u nas było trudniej. Uczyli się latać na powolnych, starych samolotach z otwartymi owiewkami i topornymi kadłubami. Miało to jednak być podłożem przyszłych sukcesów. Szczególną uwagę przykładano do umiejętności obserwacji nieba. Potrafili obserwować olbrzymie połacie nieba, widzieli dokładnie wszystko co dzieje się wokół i nie polegali na radarze, którego nie znano. Dość często w późniejszych latach potrafili dokładnie opowiedzieć cały przebieg walki, czego nie potrafili dokonać angielscy piloci zapatrzeni w celowniki i wskaźniki. Nie latali delikatnie i z wyczuciem. Uczono ich brawury.

Jedno z ćwiczeń polegało na dwójkowym locie skrzydło w skrzydło, zawróceniu i skierowaniu się na pełnym gazie na nadlatujący z naprzeciwka trzeci samolot. Z kursu wolno było zboczyć w ostatniej chwili. Zumbach czekał, dopóki nie zobaczył oczu drugiego pilota. Kiedy wylądował usłyszał od swojego instruktora "Za wcześnie pan skręcił, Zumbach"
                                                                                                             (L. Olson i S. Cloud "Sprawa Honoru")

Pojęcie latania w szyku i taktyki było im zupełnie obce. Wyśmiewali się później z Anglików latających w formacjach, bo zamiast skupiać się na obserwacji nieba musieli pilnować się, aby uniknąć zderzenia. Anglicy zakładali również, że Niemcy będą zachowywali się w walce dokładnie tak, jak to umieszczano w podręcznikach RAFu. Polska taktyka była prosta : szybki atak, wzajemna pomoc i osłona w miarę możliwości.

Myśliwiec w powietrzu powinien zamienić się w kobrę; atak musi być zdecydowany, błyskawiczny i skuteczny
                                                                                                      (Witold Urbanowicz "Początek Jutra")

Latano na różnych pozycjach i wysokościach, dzięki czemu  piloci mogli obserwować całe niebo. Szkoła trwała 3 lata. Absolwenci otrzymywali stopnie podporuczników, prymusi poruczników. Mankamentem był sprzęt - w sumie nawet jak na dzisiejsze standardy wieku sprzętu, samoloty były nowe - projekty były z lat 30-tych, więc czasem nie miały 10 lat. (Dla prównania F-14 Tomcat, F-15 Eagle, F-16 Falcon czy F-18 powstały w latach 70-tych i 80-tych, MiG-29 też nowy nie jest).

Niestety, ale nawet samoloty projektowane w 1936 roku były niewiele warte. Powodem jest wojna domowa w Hiszpanii - kraje biorące w niej udział jako "cicha pomoc" mogły przetestować sprzęt i koncepcje walki w powietrzu (wtedy to po raz pierwszy Bf-109 B pokazały się na niebie obok Stukasów). Były technologicznie do przodu o kilka lat względem Polski. Wprawdzie Polska zaczęła w 1938 nadrabiać zaległości, ale było już za późno.

Projekty były ciekawe, właściwie stały na wyższym poziomie konstrukcyjnym niż ZSRR, mogły nawet śmiało marzyć o równej walce z Luftwaffe. Niestety, ale większość z nich deski projektowe opuściła pomiędzy marcem a lipcem 1939 roku.  Prototypy stojące w Polskich Zakładach Lotniczych zniszczone podczas bombardowań, ocalałe wywiezione przez Niemców i Rosjan. Rosyjskie MiGi z okresu II WŚ,  były bardzo podobne do polskich PZL 56 (zainteresowanych poszerzeniem tematu odsyłam na tą stronę). Sytuacja więc nie była tak różowa, jak przedstawiało to dowództwo.

Parę razy przez artykuł przewinął się termin "Trzej muszkieterowie". Mowa jest tu o trzech absolwentach tej szkoły - Witoldzie Łokuciewskim, Mirosławie Fericiu i Janie Zumbachu. Tercet ten był chyba jednym z najbardziej krnąbrnych w historii szkoły. Sprawiali dużo kłopotów podczas szkolenia (ułańska fantazja i pociąg do balowania), nie lubili stosować się do zasad i regulaminów. Łokuciewski w 1938 roku szkołę ukończył na przedostatnim miejscu, Ferić na ósmym od końca, Zumbach na 38 od końca. Nie można więc nazwać ich nadzieją narodu i lotnictwa. Jak wielu innych pilotów, uważali samoloty za szybkie maszyny służące do kręcenia beczek i latania nad wodą na plażach pełnych kobiet. W 1938 roku zostali podwładnymi kapitana Zdzisława Krasnodębskiego w 111 Warszawskiej Eskadrze Pościgowej im. Tadeusza Kościuszki. 

AKT I,  SCENA II - "WRZESIEŃ"

Pod koniec sierpnia wiadomo było, że wojna jest nieunikniona. Rządzący jednak byli pewni, że Polska sobie da radę. Nasz wielki i nieomylny wódz, Marszałek Śmigły-Rydz mówił, że nie odda Niemcom nawet guzika od munduru (słowa dotrzymał, mundur zabrał ze sobą na Węgry). Polska propaganda głosiła, że niemieckie samoloty są zbudowane z tektury, a większość bomb to atrapy mające siać postrach. Cóż... jak na tekturę, to Bf-109 miały się wtedy nadzwyczaj dobrze i po tygodniu udało im się wyeliminować polskie lotnictwo z gry. Polacy nie zamierzali jednak oddać władzy nad niebem łatwo. Dziś to stwierdzenie może wydawać się śmieszne, ale piloci starali się wszystkimi siłami "wykonać swoją robotę".

Rzecz jasna, odbywało się to na innych zasadach niż w późniejszych latach. Obowiązywał kodeks honorowy - jedną z tradycji były tzw. opuszczone podwozia. Opuszczenie podwozia przez samolot, który mógł je chować oznaczało, że pilot się poddaje (gorzej było w PZL, które podwozia nie chowały). Na przykład na początku wojny Stanisław Skalski zmusił jednego Bf-109 do lądowania na łące. Wylądował obok niego i udzielił pilotowi pierwszej pomocy. W korespondencjach wojennych od dziennikarzy zachodnich można przeczytać, że jest to "czysta wojna" - nie strzelano do spadochronów, nie bombardowano szpitali, nie ostrzeliwano kolumn ludności... oczywiście korespondenci wojenni nie wiedzieli za bardzo co się dzieje, gdyż większość z nich trzymała się z daleka do linii frontu.

W rzeczywistości Niemcy ogólnie nie żałowali sobie i typowe ludobójstwo było na porządku dziennym. Wywoływało to oburzenie wśród polskich pilotów i spowodowało później pewne niechlubne następstwa. Sam Krasnodębski został zestrzelony i musiał wyskoczyć z samolotu. Gdy opadał w jego stronę zaczął lecieć Messerschmit i strzelać w niego. W ostatniej chwili jakiś polski myśliwiec zmusił Niemca do zmiany kursu. Jemu się udało, ale wielu pilotów nie miało tego szczęścia.

Najwięcej starć przeprowadzono nad Warszawą, gdy atakowano nadlatujące bombowce. Najwięcej starć przeprowadzono nad Warszawą, gdy atakowano nadlatujące bombowce. Tam właśnie operowała Warszawska Brygada Pościgowa. Nie chcę tu zanudzać kolejnymi cyferkami, więc napiszę tylko : było bardzo ciężko. Brakowało samolotów, części zamiennych, piloci byli przemęczeni, mechanicy nie nadążali z naprawami, lotniska były w coraz gorszym stanie. W efekcie mieliśmy przyspieszony efekt bitwy o Wielką Brytanię: lotnictwo pomimo chęci pilotów po tygodniu praktycznie zostało zniszczone, niedobitki latały nad Warszawą próbując bezskutecznie przepędzić He-111 i Ju-87. Najprostszym przykładem jest wypadek Fericia. Lecąc swoim P-11 został zaatakowany przez Bf-110. Niemiec w błyskawicznym tempie odstrzelił mu drążek sterowy. Jego samolot wpadł w korkociąg i zaczął spadać, a siła wgniotła go w fotel. Wreszcie za którymś obrotem wypadł z samolotu, ale był zbyt nisko - w efekcie spadochron nie zadziałał z całą siłą i odniósł kontuzję krzyża.

Próby reorganizacji polskich sił powietrznych podejmowano poza obszarem działań wojennych - na terenach Lubelszczyzny i dalej na wschód. 17 września po agresji ZSRR od wschodu nie było już jednak mowy o rekonstrukcji. Front poruszał się zbyt szybko, aby można było cokolwiek zrobić.

Jan Zumbach podczas gdy wojna trwała kurował się na południu Polski po skomplikowanym złamaniu nogi, jakiego doznał 26 maja. Na wieść o wojny o kulach pokuśtykał na stację kolejową i próbował się dostać do Warszawy. Okazało się jednak, że jego eskadra została przeniesiona już w nieznane miejsce. Postanowił zgłosić się do miejscowego sztabu jaki pilot samolotu zwiadowczego. Przełożeni odmówili mu jednak zgody (nadal chodził o kulach), ale Zumbach nie zamierzał się poddać i swoje dalsze nalegania motywował tym, że lata rękami a nie nogami. Ostatecznie otrzymał zgodę.

Powyższe postawy nie wystarczyły jednak, aby wygrać wojnę. Kampania dobiegła do końca. Polscy piloci zanim stracili swoje maszyny, posłali na ziemię 126 samolotów niemieckich, setki innych uszkodzili. Rozpoczął się exodus na zachód: jedni uciekali przez Rumunię i Grecję, inni przez kraje nadbałtyckie, jeszcze inni przez Słowację i Węgry, a najdalszym punktem przerzutowym była Syria. Pierwotnie piloci mieli ruszyć do Rumunii, tam otrzymać nowe samoloty i powrócić. W kolumnie uciekinierów wyruszyli więc piloci i personel naziemny eskadry Zdzisława Krasnodębskiego, Urbanowicz prowadził pilotów ze szkoły w Dęblinie. Za nimi "biegł" Jan Zumbach, który pomimo złamanej nogi nie zaniechał pościgu za resztą swojej eskadry...

Tyle na dziś. W następnej części opowiem nieco obszerniej o samym przebiegu ucieczki i o lataniu we Francji. Tak więc pozostańcie przy odbiornikach pełni wiary, albowiem:

CIĄG DALSZY JEST NIEUCHRONNY I ZBLIŻA SIĘ WIELKIMI KROKAMI :)

Temelin