|
Zapomniani
bohaterowie II WŚ
PRZEDSŁOWIE
Skrótowo mówiąc, Dywizjon 303 im. Tadeusza Kościuszki ma swoje początki w wojnie polsko-radzieckiej z 1920 roku. Wtedy to Merian Cooper, praprawnuk pułkownika Johna Coopera (przyjaciela Kazimierza Pułaskiego) przybył do Polski. Był pilotem i po zakończeniu I WŚ chciał dalej walczyć. Razem z 17 innymi amerykanami założyli walczący w Polsce Eskadrę im. Tadeusza Kościuszki. Godłem eskadry była czapka krakuska i skrzyżowane kosy na tle flagi amerykańskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym tradycję kontynuowała 111 Eskadra im. Tadeusza Kościuszki. Słowniczek pojęć As - pilot, któremu zaliczono 5 pewnych zestrzeleń. Może to i mała liczba, ale strącenie samolotu na froncie zachodnim nie było tak łatwe jak na wschodnim. 1/2 lub 1/3 zestrzelenia - bywało tak, że jednocześnie dwa samoloty atakowały ten sam samolot. Wtedy pilot otrzymywał 1/2 zestrzelenia. 1/3 w wypadku trzech. Logiczne, nie ? BOHATEROWIE DRAMATU
"Pamiętaj,
że jesteś godnym następcą husarii." AKT I, SCENA I - "DĘBLIN" Pilotów
szkolono w Dęblinie. Dyrektorem placówki był Witold Urbanowicz.
O przyjęcie do niej w 1936 roku starało się prawie 6000 osób, a na
pierwszym roku przewidziano 90 miejsc, co daje nam zawrotną liczbę 66
osób na jedno miejsce (to taka pociecha dla tych, którzy nie dostali
się w tym roku na psychologię :) ). Młodzi chłopcy, różnego pochodzenia
uczyli się manier. I tak młody rolnik, mieszczanin lub syn hrabiego
jadł obiady w sali wyłożonej dwustuletnim parkietem i uczył się bycia
dżentelmenem. Pilot-dżentelmen nie uprawia hazardu, nie upija się, nie
przechwala się i nie zaciąga długów. Niektórzy brali sobie do serca te
zasady, inni - cóż... wszak lotnictwo było w prostej linii spadkobiercą
jazdy, więc i ułańskiego charakteru nie mogło zabraknąć. Dość często
piloci w ramach popisów przelatywali pod mostami czy ścigali się z
galopującymi ułanami.
Życie w szkole miało jednak nieco inny wymiar,
niż wieczna pohulanka. Poznawali całą teorię latania, zasady
aerodynamiki i nawigacji. Z praktyką, jak to u nas było trudniej.
Uczyli się latać na powolnych, starych samolotach z otwartymi owiewkami
i topornymi kadłubami. Miało to jednak być podłożem przyszłych
sukcesów. Szczególną uwagę przykładano do umiejętności obserwacji
nieba. Potrafili obserwować olbrzymie połacie nieba, widzieli dokładnie
wszystko co dzieje się wokół i nie polegali na radarze, którego nie
znano. Dość często w późniejszych latach potrafili dokładnie
opowiedzieć cały przebieg walki, czego nie potrafili dokonać angielscy
piloci zapatrzeni w celowniki i wskaźniki. Nie latali delikatnie i z
wyczuciem. Uczono ich brawury.
Jedno z ćwiczeń
polegało na dwójkowym locie skrzydło w skrzydło, zawróceniu i
skierowaniu się na pełnym gazie na nadlatujący z naprzeciwka trzeci
samolot. Z kursu wolno było zboczyć w ostatniej chwili. Zumbach czekał,
dopóki nie zobaczył oczu drugiego pilota. Kiedy wylądował usłyszał od
swojego instruktora "Za wcześnie pan skręcił, Zumbach" Pojęcie
latania w szyku i taktyki było im zupełnie obce. Wyśmiewali się później
z Anglików latających w formacjach, bo zamiast skupiać się na
obserwacji nieba musieli pilnować się, aby uniknąć zderzenia. Anglicy
zakładali również, że Niemcy będą zachowywali się w walce dokładnie
tak, jak to umieszczano w podręcznikach RAFu. Polska taktyka była
prosta : szybki atak, wzajemna pomoc i osłona w miarę możliwości. Myśliwiec
w powietrzu powinien zamienić się w kobrę; atak musi być zdecydowany,
błyskawiczny i skuteczny Latano na
różnych pozycjach i wysokościach, dzięki czemu piloci mogli
obserwować całe niebo. Szkoła trwała 3 lata. Absolwenci otrzymywali
stopnie podporuczników, prymusi poruczników. Mankamentem był sprzęt - w
sumie nawet jak na dzisiejsze standardy wieku sprzętu, samoloty były
nowe - projekty były z lat 30-tych, więc czasem nie miały 10 lat.
(Dla prównania F-14 Tomcat, F-15 Eagle, F-16 Falcon czy F-18 powstały w
latach 70-tych i 80-tych, MiG-29 też nowy nie jest).
Niestety, ale nawet samoloty projektowane w 1936 roku były niewiele warte. Powodem
jest wojna domowa w Hiszpanii - kraje biorące w niej udział jako "cicha
pomoc" mogły przetestować sprzęt i koncepcje walki w powietrzu (wtedy
to po raz pierwszy Bf-109 B pokazały się na niebie obok Stukasów). Były
technologicznie do przodu o kilka lat względem Polski. Wprawdzie Polska
zaczęła w 1938 nadrabiać zaległości, ale było już za późno.
Projekty były ciekawe, właściwie stały na wyższym poziomie
konstrukcyjnym niż ZSRR, mogły nawet śmiało marzyć o równej walce z
Luftwaffe. Niestety, ale większość z nich deski projektowe opuściła
pomiędzy marcem a lipcem 1939 roku. Prototypy stojące w Polskich
Zakładach Lotniczych zniszczone podczas bombardowań, ocalałe wywiezione
przez Niemców i Rosjan. Rosyjskie MiGi z okresu II WŚ, były
bardzo podobne do polskich PZL 56 (zainteresowanych poszerzeniem tematu
odsyłam na tą stronę).
Sytuacja więc nie była tak różowa, jak przedstawiało to dowództwo.
Parę razy przez artykuł przewinął się termin "Trzej muszkieterowie".
Mowa jest tu o trzech absolwentach tej szkoły - Witoldzie
Łokuciewskim, Mirosławie Fericiu i Janie Zumbachu.
Tercet ten był chyba jednym z najbardziej krnąbrnych w historii szkoły.
Sprawiali dużo kłopotów podczas szkolenia (ułańska fantazja i pociąg do
balowania), nie lubili stosować się do zasad i regulaminów. Łokuciewski
w 1938 roku szkołę ukończył na przedostatnim miejscu, Ferić na ósmym od
końca, Zumbach na 38 od końca. Nie można więc nazwać ich nadzieją
narodu i lotnictwa. Jak wielu innych pilotów, uważali samoloty za
szybkie maszyny służące do kręcenia beczek i latania nad wodą na
plażach pełnych kobiet. W 1938 roku zostali podwładnymi kapitana
Zdzisława Krasnodębskiego w 111 Warszawskiej Eskadrze Pościgowej im.
Tadeusza Kościuszki. AKT
I, SCENA II - "WRZESIEŃ" Pod koniec sierpnia wiadomo było, że wojna jest nieunikniona. Rządzący jednak byli
pewni, że Polska sobie da radę. Nasz wielki i nieomylny wódz, Marszałek Śmigły-Rydz mówił, że nie odda Niemcom nawet guzika od munduru (słowa
dotrzymał, mundur zabrał ze sobą na Węgry). Polska propaganda głosiła, że niemieckie samoloty są zbudowane z tektury, a większość bomb to
atrapy mające siać postrach. Cóż... jak na tekturę, to Bf-109 miały się wtedy nadzwyczaj dobrze i po tygodniu udało im się wyeliminować polskie
lotnictwo z gry. Polacy nie zamierzali jednak oddać władzy nad niebem łatwo. Dziś to stwierdzenie może wydawać się śmieszne, ale piloci
starali się wszystkimi siłami "wykonać swoją robotę".
Rzecz jasna, odbywało się to na innych zasadach niż w późniejszych latach.
Obowiązywał kodeks honorowy - jedną z tradycji były tzw. opuszczone podwozia. Opuszczenie podwozia przez samolot, który mógł je chować
oznaczało, że pilot się poddaje (gorzej było w PZL, które podwozia nie chowały). Na przykład na początku wojny Stanisław Skalski zmusił
jednego Bf-109 do lądowania na łące. Wylądował obok niego i udzielił pilotowi pierwszej pomocy. W korespondencjach wojennych od dziennikarzy
zachodnich można przeczytać, że jest to "czysta wojna" - nie strzelano do spadochronów, nie bombardowano szpitali, nie ostrzeliwano kolumn
ludności... oczywiście korespondenci wojenni nie wiedzieli za bardzo co się dzieje, gdyż większość z nich trzymała się z daleka do linii
frontu.
W rzeczywistości Niemcy ogólnie nie żałowali sobie i typowe ludobójstwo było na porządku dziennym. Wywoływało to
oburzenie wśród polskich pilotów i spowodowało później pewne niechlubne następstwa. Sam Krasnodębski został zestrzelony i musiał wyskoczyć z
samolotu. Gdy opadał w jego stronę zaczął lecieć Messerschmit i strzelać w niego. W ostatniej chwili jakiś polski myśliwiec zmusił
Niemca do zmiany kursu. Jemu się udało, ale wielu pilotów nie miało tego szczęścia.
Najwięcej starć przeprowadzono nad Warszawą, gdy
atakowano nadlatujące bombowce.
Najwięcej starć przeprowadzono nad Warszawą, gdy
atakowano nadlatujące bombowce.
Tam właśnie operowała Warszawska Brygada Pościgowa. Nie chcę tu
zanudzać kolejnymi cyferkami, więc napiszę tylko : było bardzo ciężko.
Brakowało samolotów, części zamiennych, piloci byli przemęczeni,
mechanicy nie nadążali z naprawami, lotniska były w coraz gorszym
stanie. W efekcie mieliśmy przyspieszony efekt bitwy o Wielką Brytanię:
lotnictwo pomimo chęci pilotów po tygodniu praktycznie zostało
zniszczone, niedobitki latały nad Warszawą próbując bezskutecznie
przepędzić He-111 i Ju-87.
Najprostszym przykładem jest wypadek
Fericia. Lecąc swoim P-11 został zaatakowany przez Bf-110. Niemiec w
błyskawicznym tempie odstrzelił mu drążek sterowy. Jego samolot wpadł w
korkociąg i zaczął spadać, a siła wgniotła go w fotel. Wreszcie za
którymś obrotem wypadł z samolotu, ale był zbyt nisko - w efekcie
spadochron nie zadziałał z całą siłą i odniósł kontuzję krzyża.
Próby reorganizacji polskich sił powietrznych podejmowano poza obszarem
działań wojennych - na terenach Lubelszczyzny i dalej na wschód. 17
września po agresji ZSRR od wschodu nie było już jednak mowy o
rekonstrukcji. Front poruszał się zbyt szybko, aby można było cokolwiek
zrobić.
Jan Zumbach podczas gdy wojna trwała kurował się na południu
Polski po skomplikowanym złamaniu nogi, jakiego doznał 26 maja. Na
wieść o wojny o kulach pokuśtykał na stację kolejową i próbował się
dostać do Warszawy. Okazało się jednak, że jego eskadra została
przeniesiona już w nieznane miejsce. Postanowił zgłosić się do
miejscowego sztabu jaki pilot samolotu zwiadowczego. Przełożeni
odmówili mu jednak zgody (nadal chodził o kulach), ale Zumbach nie
zamierzał się poddać i swoje dalsze nalegania motywował tym, że lata
rękami a nie nogami. Ostatecznie otrzymał zgodę.
Powyższe postawy nie wystarczyły jednak, aby wygrać wojnę. Kampania dobiegła do końca.
Polscy piloci zanim stracili swoje maszyny, posłali na ziemię 126
samolotów niemieckich, setki innych uszkodzili. Rozpoczął się exodus
na zachód: jedni uciekali przez Rumunię i Grecję, inni przez kraje
nadbałtyckie, jeszcze inni przez Słowację i Węgry, a najdalszym punktem
przerzutowym była Syria. Pierwotnie piloci mieli ruszyć do Rumunii, tam
otrzymać nowe samoloty i powrócić. W kolumnie uciekinierów wyruszyli
więc piloci i personel naziemny eskadry Zdzisława Krasnodębskiego,
Urbanowicz prowadził pilotów ze szkoły w Dęblinie. Za nimi "biegł" Jan
Zumbach, który pomimo złamanej nogi nie zaniechał pościgu za resztą
swojej eskadry...
Tyle na
dziś. W następnej części opowiem nieco obszerniej o samym przebiegu
ucieczki i o lataniu we Francji. Tak więc pozostańcie przy odbiornikach
pełni wiary, albowiem: Temelin |