KNOCKIN' ON HEAVEN'S DOOR


-                 (puk puk)

-                 Kto tam?

-                 Ja.

-                 Co za ja?

-                 No ja. Andrzej Go…

-                 Ciii… Bez nazwisk. Czego tu chcesz?

-                 No.. Wejść?

-                 Ty? Do nieba?

-                 A czemu nie?

-                 Ty? Co Boga w sercu nie miał? Co w kościele nie bywał? Co się nie modlił? Co siał herezje na każdym kroku? Oszalałeś? Kto Cię tu wpuścił w ogóle?

-                 Jakaś baba z kosą w ręku mnie tu przywiozła windą.

-                 Pewnie jej się palec omsknął przy wybieraniu kierunku.

-                 Mówiła cały czas: „To ja jestem śmiercią Panie Jędrku”

-                 Widać o niej też jakieś głupoty rozpowiadałeś…

-                 To co? Mogę wejść?

-                 A w życiu!

-                 Przecież ja NIE żyję

-                 To Ci sprawy nie ułatwi…

-                 Przecież byłem uczynny, uczciwy, rozsądny, ułożony, pomagałem innym i przez całe życie starałem się czynić dobrze.

-                 Dzień święty święcił?

-                 Nie.

-                 Nie wzywał imienia Pana Boga nadaremno?

-                 A kto nie wzywa?

-                 Fałszywego świadectwa nie mówił?

-                 Zdarzyło się, ale komu nie?

-                 Skończ z tym „komu nie?”. Inni żałowali, spowiadali się…

-                 A ilu z nich żałowało szczerze, a ilu tylko wyklepywało formułki?

-                 Nie wiem, fakt faktem, że oni to robili, a Ty nie.

-                 Ilu chodzi do kościoła po to, aby chodzić? W ilu przypadkach ten katolicyzm był powierzchowny?

-                 Fakt faktem, że ich było stać na to, żeby pójść do kościoła, nawet, jeśli w to nie wierzyli. Ciebie nie.

-                 Hola, przecież dobro miało być nagrodzone, a czy ja zły byłem?

-                 Zbawiony ma być ten, kto wierzy.

-                 Albo chodzi do kościoła…

-                 To też wiara…

-                 Przecież to nie moja wina, że nie wierzę. To nie jest tak ze sobie pomyślę i już. O! pstryk! Bóg jest! Wierzę w to. Coś mnie musi do tego przekonać, natchnąć. A mnie nie przekonało to, co na ziemi widziałem. Ani ksiądz, co tacę przegrywał w pokera. Ani ministranci nawaleni na pierwszym lepszym wyjeździe na pielgrzymkę. Ani ludzie, którzy nagle po śmierci papieża płakali, a po dwóch dniach znowu diabeł z nich wyłaził. Ani…

-                 Starczy! Nie byłeś wychowywany w chrześcijańskiej rodzinie, ot co.

-                 Możliwe, że jakbym był wychowywany, to bym w to wierzył. Ale chrzest miałem, komunię miałem, bierzmowanie miałem, choć nikt u mnie w domu tak naprawdę nie wierzy. Ale to przez to mnie nie wpuścicie? Zbawienie jest dziedziczne?

-                 I nie pojawił się nikt w Twoim życiu, kto próbowałby Cię nawrócić?

-                 Pojawił się, ale zdania, jakie sobie wcześniej o tym wszystkim wyrobiłem już się nie udało zmienić. Bo niby czemu ten ktoś miałby mieć rację a ja nie? Te argumenty nie były w stanie mnie przekonać. Dlaczego miałem uwierzyć, że wy tu wszyscy sobie jesteście i już.

-                 A dlaczego miałeś nie wierzyć?

-                 Jakby wszyscy dookoła mi mówili, że czarne jest białe też miałbym wierzyć? W dodatku, jeśli nie miałbym logicznego uzasadnienia?

-                 Czy Biblia nie jest dla Ciebie logicznym uzasadnieniem? Co może być logiczniejszym uzasadnieniem niż Słowo Boże?

-                 Na tej zasadzie logicznym uzasadnieniem może być mitologia mezopotamska… Czy wy nie rozumiecie, że to, co się dzieje na ziemi w kościołach to jeden wielki syf? Że księża nie robią tego, co do nich należy? Że nie potrafią nijak przekonać ludzi do Boga? Że pierwsza komunia to pierwsza komórka? Że przy bierzmowaniu nie czułem się wzmocniony duchowo, a czułem tylko jak „Najprzewielebniejszy Ksiądz Infułat” smaruje mi czoło jakimś olejkiem? Że kiedy już się pojawiałem w Kościele to nie czułem niczego podniosłego, a widziałem ludzi, którzy klepią puste frazy i śpiewają tysiąc razy to samo tylko inaczej powiedziane? Że kiedy idzie ministrant z tacą długo manifestacyjnie wymachują tą dziesieciozłotówką w powietrzu? Rozumiecie czy nie?

-                 Starczy… Nie jesteś godzien by tu wejść.

-                 To gdzie mam iść?

-                 Nie wiem, może do piekła?

-                 Jak?

-                 Pojęcia nie mam. Śmierć przychodzi tylko raz. Odejdź już.

-                 Nie! Otwórzcie!

-                 Odejdź!

-                 Nie! Otwórz! Proszę, proszę, otwórz, błagam, przecież byłem dobry słyszysz, dobry, otwórz, otwórz (łup), proszę (łup, łup, łup), OTWÓRZCIE!!!

 

-                 Przestań napieprzać w tę ścianę do jasnej cholery! Jest środek nocy!

 

            Słyszę wrzask kolegi i budzę się w moim studenckim mieszkanku. Więc to był sen. Głupi, koszmarny i popaprany sen. Nierealny i niemożliwy, przecież żadna kostucha nie zawiezie mnie nigdzie windą jak zejdę. A nawet jeśli to, choć nie wierzę, to nie zrobiłem nic złego, a jeśli tak, to tego żałowałem. A Sprawiedliwy mnie osądzi za to, co robiłem, a nie za to czy klepałem Zdrowaśki…

            Chociaż… Jak ostatni raz byłem u spowiedzi, ksiądz, usłyszawszy, że nie chodzę do kościoła, trzymał mnie na klęczkach przez piętnaście minut i zaczął się wypytywać ze szczegółami czy nie kradnę, nie palę i temu podobne sprawy. I długo się wahał czy dać mi rozgrzeszenie… Czyżby były rzeczy ważniejsze niż uczciwe życie? Nawet, jeśli w ten sposób oszukujemy samych siebie? Zobaczymy. Albo i nie zobaczymy.


JĘDRZEJ IV ŚNIADY