W KACZOGRODZIE
Ku przerażeniu moich
wszystkich w miarę rozsądnych znajomych wybory na prezydenta Polski wygrał Lech
Kaczyński. Udało mu się. Wybulona kasa na bilbordy i reklamy oraz intensywne
tourne po kraju w celu przekonywania naiwniaków do swojej osoby zostały
zakończone sukcesem dla niego, a dla Polski polityczno-gospodarkową wersją
Katriny. Udało mu się. Chwalona bożą rączką wiadoma stacja radiowa bardzo
gorliwie i skrupulatnie wykonała swoją robotę, służąc jako sterownik wszystkich
osamotnionych dewotek, dla których sensem życia jest ładowanie kasy na konto
Rydzyka. Skutek jest już widoczny - wiślany kraj, należący teraz do dwóch
braciszków, zamienił się w disneyowski Kaczogród.
Będzie źle? Mówi się, że
zmienić się w Polsce może tylko i wyłącznie na korzyść władzy - w żadnym wypadku
obywateli. Inni twierdzą, że IV Rzeczpospolita przypominać będzie ciemnogród,
jeszcze inni, że będzie dobrze, gdyż Kaczyński jako człowiek wykształcony podoła
obowiązkom, jakie na niego czekają. Bardziej trzeźwi stawiają retoryczne
pytanko, czy uda mu się wprawić w życie choć część z tego, co naobiecywał.
Ja sam niechętnie spoglądam naprzód. Na myśl, że nowa konstytucja będzie
konstruowana z pomocną i chętną do pracy, lepką na pieniążki rączką Rydzyka,
miękną mi kolana. Brrr... Jednocześnie reaktywowana ma być kara, polegająca na
przymusowym odesłaniu oskarżonego na łono Abrahama czy do innego boga, jakiego
sobie zażyczy. Przykładowym katolikiem nie jestem, ale zdaje mi się, że taki
gorliwy chrześcijanin, jakim jest Lech Aleksander Kaczyński, na tego typu rzeczy
godzić się nie powinien.
Kochający inaczej również nie mają aktualnie innej
perspektywy, jak spakowanie swoich manatków i wyruszenie do, powiedzmy,
Holandii, jeżeli planują dokonać aktu stania się małżeństwem. Ta kwestia do
moich zmartwień nie należy, ale szkoda mi tych, którzy się tutaj zaliczają. Bo
Kaczyński prędzej podda się publicznemu obrzezaniu, niż pozwoli dwóm
przedstawicielom tej samej płci stanąć na ślubnym kobiercu. W końcu homofobia,
jak inne fobie, nie zalicza się do chorób łatwo wyleczalnych.
A co z
Donaldem? Przegrał, dał się pobić pół metra mniejszemu od siebie, padł przed
obliczem polityka, który bardziej nadawałby się na pierwszoplanowanego aktora u
Petera Jacksona w adaptowanym "Hobbicie", niż na - chociażby - uczciwego gracza
w bierki. A tak czeka nas, wierząc zapowiedziom, pięć lat politycznej jazdy bez
trzymanki i hamulców w ciągniku Leppera.
Nawet prasa zagraniczna nie bardzo
wyobraża sobie Kaczkę w charakterze Pierwszego Polaka. Wytykają jego negatywy,
podkreślają jego chłodny stosunek do Rosji i Unii, co dobrze raczej o nim nie
świadczy, zwłaszcza po czasie, jaki Kwaśniewski poświęcił na wepchanie się do
urzędu w Brukseli.
Co nas czeka? Chciałbym wiedzieć. Człowiek pewnie
wtedy stoi, wie, czy spieprzać do Niemiec w poszukiwaniu życiowego sukcesu na
plantacji truskawek od razu, czy poczekać parę miesięcy. W każdym razie
przygotowuję się na ciekawe czasy - wyśpiewajcie sobie sami, w jakim kontekście.
Nadejdą czasy takiej prezydentury, jakiej historia Polski jeszcze na własnej
ziemi nie odczuła.
Ale na razie oddycham z ulgą na widok blaknących plakatów
z uśmiechem naszego obecnego, pożal się Boże, prezydenta. Z uśmiechem, dodam,
tak fałszywym, jak banknot 120 zł.
Michał
Chmielewski
eric_wu@wp.pl
http://www.sianow.kw.pl/
511969234